W kierunku śmierci

Jerzy Szygiel

|

GN 27/2014

publikacja 03.07.2014 00:15

Decyzje francuskiego wymiaru sprawiedliwości otwierają drogę do legalizacji eutanazji.

Ważą się losy sparaliżowanego 38-letniego Vincenta Lamberta. O jego życiu lub śmierci będzie decydował Europejski Trybunał Praw Człowieka Ważą się losy sparaliżowanego 38-letniego Vincenta Lamberta. O jego życiu lub śmierci będzie decydował Europejski Trybunał Praw Człowieka
PHOTOPQR /epa/pap

Wciągu dwóch dni Francją wstrząsnęły dwie bezprecedensowe sprawy, w których ścierały się życie i śmierć. Dla rozdartej rodziny sparaliżowanego 38-letniego Vincenta Lamberta dzień 24 czerwca był szalony: najpierw francuska Rada Stanu (odpowiednik naszego Naczelnego Sądu Administracyjnego) zdecydowała w Paryżu, że można go pozbawić sztucznego odżywiania, ale późnym wieczorem Europejski Trybunał Praw Człowieka w trybie nagłym zawiesił wykonanie tego rozstrzygnięcia do czasu, aż sam rozpatrzy sprawę. Gdyby tak się nie stało, Vincent Lambert mógłby zostać wywieziony do Belgii, gdzie eutanazja jest legalna. Następnego dnia sąd w Pau (w Akwitanii, na południowym zachodzie kraju) uwolnił od zarzutu siedmiokrotnego zabójstwa 53-letniego lekarza pogotowia z Bayonne Nicolasa Bonnemaisona, który podawał niektórym swoim ciężko chorym pacjentom środki przeciwbólowe w śmiertelnych dawkach. Lekarz, któremu groziło dożywocie, wyszedł z sądu całkowicie niewinny, co znaczy, że zakaz wykonywania zawodu, orzeczony już przez Izbę Lekarską, może być cofnięty. Obie te sprawy ilustrują tendencję państwa do opowiadania się po stronie zwolenników eutanazji. Nad odpowiednią ustawą pracują rządzący socjaliści.

Vincent Lambert leży zamknięty w specjalnie zabezpieczonym przez policję pokoju szpitala w Reims, gdyż jego przypadek budzi skrajne publiczne emocje. W 2008 r. wyszedł on z wypadku drogowego z pokiereszowaną czaszką, sparaliżowany. Z początku lekarze uznali, że choć nie komunikuje się z otoczeniem, daje znaki przytomności. Jednak jego stan nigdy się nie polepszył. W końcu stwierdzono, że jest w stanie „świadomości minimalnej plus”. Chory rusza oczami, odczuwa ból, jednak nie da się stwierdzić, czy rozumie, co się do niego mówi. Czasem uśmiecha się lub płacze, ale ciągle nie da się przesądzić, czy chodzi o łzy radości lub smutku, czy też o reakcję neurodegeneratywną, bez związku z uczuciami. Katolickim rodzicom Vincenta to nie przeszkadza. Również jego brat i siostra traktują go jak inwalidę, którym po prostu należy się opiekować, nawet jeśli nadzieja na polepszenie jest prawie żadna. Natomiast Rachel, żona Vincenta, uważa, że cierpi on z powodu „zawziętości terapeutycznej”, która wynika z „nierozsądnego uporu” reszty jego „religijnej” rodziny, więc należy „pozwolić mu umrzeć”.

31 dni głodu

Do takich wniosków doszedł na początku zeszłego roku zespół lekarzy opiekujących się Vincentem. Ich szef, dr Eric Kariger, zdecydował wtedy, że należy przerwać sztuczne odżywianie pacjenta. Odnotowano, że jego zachowanie „mogło wskazywać na opór wobec leczenia”. Leczenie zaś polegało tu właściwie tylko na podawaniu jedzenia i picia z pominięciem przełyku. Vincent nie był niczym odżywiany (podawano mu jedynie odrobinę wody) przez 31 dni, a mimo to nie umarł. W tym czasie Viviane Lambert, jego matka, poruszała niebo i ziemię, by zmusić szpital do podjęcia karmienia. Jak jej mąż Pierre była przekonana, że syn chce żyć i że nie godzi się odmówić choremu jedzenia i powodować tym jego śmierć. Zaalarmowany przez nią lokalny sąd administracyjny w maju zeszłego roku nakazał szpitalowi wycofać się ze swojej decyzji. Zwycięstwo rodziców nie trwało długo: ubiegłej jesieni zespół doktora Karigera znów podjął decyzję o wstrzymaniu odżywiania Vincenta. Liberalna prasa starała się zdyskredytować matkę, donosząc, jakoby była „integrystką katolicką”, ale sąd, do którego ponownie się odwołała, orzekł w styczniu tego roku, że „kontynuacja leczenia nie była ani bez- użyteczna, ani nieproporcjonalna” i że dr Kariger „błędnie ocenił zachowanie pacjenta”. Vincenta znowu zaczęto odżywiać, więc Rachel zwróciła się do Rady Stanu.

Vincent, zanim uległ wypadkowi, był pielęgniarzem w szpitalu psychiatrycznym. Według jego żony miał wielokrotnie zapewniać, że nie chciałby pozostawać w stanie całkowitej zależności jak jego niektórzy pacjenci, że wolałby wtedy umrzeć. 24 czerwca Rada Stanu unieważniła poprzednie wyroki sądów i zezwoliła na odłączenie sztucznego odżywiania Vincenta, opierając się na tym pośrednim „świadectwie woli” i zdaniu powołanych biegłych lekarzy, według których pacjent nie jest już w stanie „świadomości minimalnej”, lecz „chronicznym stanie wegetatywnym”, co prawnie dopuszcza decyzję lekarzy z Reims. Zdaniem rodziców pierwszy raz w historii Francji sąd faktycznie skazał na śmierć kogoś, kto nie był o nic oskarżony. „On nie jest żadnym warzywem. Zrobię wszystko, by ocalić życie syna” – mówiła roztrzęsiona po tym wyroku Viviane Lambert i natychmiast wniosła sprawę do Strasburga. Po kilku godzinach Trybunał, ze względu na ciągle zawarte w prawach podstawowych prawo do życia, zwrócił się do rządu francuskiego o wstrzymanie wykonania decyzji Rady Stanu. To nie znaczy, że ostatecznie ta decyzja zostanie obalona – Trybunał ma w tych kwestiach dość sprzeczne orzecznictwo. Jednak Vincent będzie zapewne żył jeszcze co najmniej kilka miesięcy.

Skrócić cierpienia

Profesor Didier Sicard, autor oficjalnego raportu z 2012 r. na temat opieki paliatywnej, uważa, że konsumpcyjne społeczeństwo „w ciągu ostatnich 30 lat stało się nietolerancyjne wobec agonii, jakby umierający popełniali nieuprzejmość, zbytnio kłopocząc żyjących”. „Lekarze mogą być motywowani najlepszymi intencjami, ale medycyna powinna mniej ufać swojej potędze. Przydałoby się jej trochę pokory” – te zdania profesora, wypowiedziane na procesie doktora Bonnemaisona, który po cichu otruł 7 osób, nie wpłynęły na ławę przysięgłych w Pau. Nawet prokurator był mu przychylny, domagał się pięciu lat więzienia w zawieszeniu, bez zakazu uprawiania zawodu – „Nie jest pan mordercą, ani trucicielem w powszechnym rozumieniu tego słowa, jednak popełnił pan błąd”. Przysięgli poszli jeszcze dalej i uznali, że w ogóle nie było żadnego błędu. Przyznali rację obronie, która wykazywała, że doktor, wstrzykując śmiertelne dawki leków, nie chciał zabić swoich pacjentów, a jedynie „skrócić ich cierpienia”, co miało być dyktowane współczuciem i szlachetnymi intencjami.



We Francji ok. 25 proc. pacjentów hospicjów i domów opieki dla zniedołężniałych starszych ludzi umiera na pogotowiu. Wysyła się ich tam w sytuacji nagłego załamania zdrowia lub agonii. Doktor Bonnemaison właśnie takim pacjentom aplikował śmiertelne zastrzyki, choć zapewniał później, że „nie jest zwolennikiem eutanazji”. Problem w tym, że jeśli społeczeństwo oficjalnie uzna, że lekarz dyskretnie, ze współczucia, zabijający pacjentów jest niewinny, otwiera się pole do niezliczonych nadużyć, jak ma to miejsce w Belgii. Zresztą nawet tak charakterystycznie pojmowane współczucie coraz rzadziej jest ich motywem.

Sprzeciw katolików

Chrześcijanie są przeciwni głodzeniu i zabijaniu chorych. Jan Paweł II jeszcze w 2004 r. przypominał lekarzom katolickim, że podawanie chorym i inwalidom jedzenia i picia nie jest nawet aktem medycznym, lecz naturalnym środkiem podtrzymania życia. Również w „stanie wegetatywnym”, który przecież nie wyklucza polepszenia. W encyklice Evangelium vitae pisał: „Od eutanazji należy odróżnić decyzję o rezygnacji z tak zwanej „uporczywej terapii”, to znaczy z pewnych zabiegów medycznych, które przestały być adekwatne do realnej sytuacji chorego, ponieważ nie są już współmierne do rezultatów, jakich można by oczekiwać, lub też są zbyt uciążliwe dla samego chorego i dla jego rodziny. (...) Rezygnacja ze środków nadzwyczajnych i przesadnych nie jest równoznaczna z samobójstwem lub eutanazją; wyraża raczej akceptację ludzkiej kondycji w obliczu śmierci”. W sytuacji Vincenta trudno mówić o „przesadnych środkach”, a czyny doktora Bonnemaisona pozostają zabójstwami, bez względu na intencje.

Tego samego dnia, gdy doktor Bonnemaison wolny wracał do domu, w Wielkiej Brytanii siedmiu z dziewięciu sędziów Sądu Najwyższego nie zgodziło się przyznać inwalidom prawa do samobójstwa z pomocą medyczną. Ale europejska tendencja jest inna. Brak tolerancji dla cierpienia zmienia się w brak tolerancji dla cierpiących. Nowe pojmowanie śmierci, jako uprawnionej części terapii antybólowej, ma niestety coraz więcej zwolenników. Walka z tym absurdem nie jest łatwa, jednak francuscy katolicy nie składają broni – Europę czeka legislacyjna bitwa, w której na pewno ich nie zabraknie. Na razie dwie ostatnie decyzje francuskiego wymiaru sprawiedliwości przygotowują publiczny grunt pod reformę tzw. ustawy Leonettiego, która od 2005 r. dopuszcza przerwanie „uporczywej terapii” osób w stanie wegetatywnym. Nikt nie ma wątpliwości, że przewidziany na grudzień projekt wyjdzie poza tę granicę.