Jak pani widzi, żyję

Barbara Gruszka-Zych

|

GN 16/2014

publikacja 17.04.2014 00:15

Walce Straussa zawsze wyłączam – mówi Zofia Posmysz, która przeżyła 3 lata w hitlerowskich obozach koncentracyjnych. – Coś robię, a tu z radia wyskakuje Strauss i natychmiast jestem tam. Już nie cierpię, ale widzę tamtą scenę, orkiestrę, słyszę krzyki na rampie.

Zofia Posmysz do dziś opowiada o swoim życiu w obozach koncentracyjnych młodym w Międzynarodowym Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu Zofia Posmysz do dziś opowiada o swoim życiu w obozach koncentracyjnych młodym w Międzynarodowym Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu
jakub szymczuk /gn

Swoją pierwszą, opublikowaną w „Głosie Ludu” notatkę o procesie toczącym się przeciw esesmanom oświęcimskim podpisała nie nazwiskiem, ale obozowym numerem 7566. – Tego się nie da zetrzeć? – pytam. – Niektóre koleżanki usunęły numery chirurgicznie – odpowiada. – A z duszy? – To niemożliwe. Pewne przeżycia – nie tylko te złe, ale i bardzo dobre – są tak utrwalone w pamięci, że się żyje nimi do końca, a to była część życia z niczym nieporównywalna, proszę pani.

Koszule i liście

– To było niewyobrażalne zło, ostateczne upodlenie człowieka – bardziej psychiczne niż fizyczne – opowiada. – Czułyśmy się upokorzone, kiedy esesmanka przychodząca liczyć naszą kolumnę, zaciskała nos palcami, powtarzając: „Ależ wy śmierdzicie”. Kobiety przecież cierpiały dodatkowo z powodu miesiączki, a nie było żadnych podpasek. Niektóre darły koszule, ale na ile miesięcy mogła starczyć jedna koszula? Niektóre, pracujące w polu, próbowały używać liści łopianu, ale co łopian mógł pomóc? Pamiętam taki incydent – wycinałyśmy w stawie trawę i wynosiłyśmy ją na tragach na brzeg. Jeden ze strażników eses- manów, gdy zobaczył, jak mojej towarzyszce strugami ciekła krew po nogach, odwrócił się ze słowami: „Co za świństwo”. Powiedział to z obrzydzeniem, ale odczułam w tym również współczucie. Wiele z nas miało biegunkę, bo jadło się wszystko, co znalazło się w polu: jagody, nawet surowe ziemniaki, wszystko, co można było przełknąć. Zresztą biegunkę powodowało również codzienne wyżywienie. Do latryny było daleko, nieraz trudno było zdążyć. – Jak pani to zniosła? – pytam. – Jak pani widzi, żyję. Człowiek nie ma pojęcia, ile może znieść.

Drugiego dnia

Do KL Auschwitz-Birkenau trafiła jako 19-latka. Aresztowali ją 15 kwietnia 1942 r. w Krakowie, posądzając o kolportaż ulotek. Po sześciu tygodniach śledztwa w więzieniu gestapo przy ul. Montelupich została zesłana do Oświęcimia. – Niezbyt się zmartwiłam, słysząc, dokąd nas wiozą, bo to znaczyło koniec przesłuchań na gestapo – mówi. – Jak tam było? – pytam. – Bili, kopali… Ojoj, dziecinko, o co pani pyta!? Ci, którzy przeżyli, często wychodzili kalekami. Rzeczywistość obozowa okazała się inna, ale równie straszna. Już następnego dnia pognali nas w pole. Dookoła wysiedlono wszystkich rolników i teren zarekwirowano dla obozu.

Ziemia w Oświęcimiu jest bardzo tłusta, to tzw. ciężka gleba. Zaorane poprzedniego roku skiby skamieniały. Musiałyśmy je rozbijać motykami, od czego wstrząsał się mózg. Roboty nie udało się uniknąć, ale można było się chronić od tych najgorszych przypadków. Każda dziesiątka kobiet miała swoją kierowniczkę. To były przeważnie Niemki, kryminalistki – najbardziej posłuszne i sprawne ramię SS. Na szczęście było ich za mało i do funkcji kierowniczek grup dopuszczono też Polki.

Po piętnaście minut

W moim komandzie była Monika Galicyna, jak mówiono, żona wysokiej rangi polskiego wojskowego. Kiedy widziała, jak zbliża się Kommandoführer, krzyczała do nas po niemiecku: „Dalej, ruszać się!”. Ale gdy odchodził, mówiła: „Odpocznijcie sobie”. Możliwość odpoczynku pojawiła się, gdy nasze komando zostało skierowane do wycinania trawy nad Sołą. Zarośla były tam gęste, a za mało funkcyjnych. Gdy komando ustawiło się do powrotu do obozu, okazało się, że brak jednej więźniarki. Uciekła, przekraczając Sołę. Komando – całe 200 osób – zostało skazane na ogolenie głów i karną kompanię. – Wtedy zrozumiałam, że najważniejsze jest przeżyć najbliższe 15 minut. A potem kolejny kwadrans. Tego mnie nauczyła towarzyszka „od trag” – Zosia Jachimczuk, krucha, delikatna skrzypaczka, absolwentka konserwatorium w Krakowie, bohaterka mojej książki „Wakacje nad Adriatykiem”. Kiedy pracowałyśmy w stawie, wycinając trzcinę, w pewnym momencie poczułam, że mam dosyć, że nie chcę dłużej walczyć o życie. Był zimny dzień, a my w pasiakach, w lodowatej wodzie sięgającej powyżej kolan. Powiedziałam: „Nie wytrzymam, wyjdę, niech mnie zastrzelą”. Chwyciła mnie za rękę: „Poczekaj jeszcze tylko 15 minut”. Nie miałyśmy zegarków, więc zaczęła odliczać sekundy „raz, dwa, trzy”. Po każdym kolejnym kwadransie mówiła: „Widzisz, wytrzymałaś jeszcze trochę”. Tak przetrwałyśmy do końca dnia.

Termometr i zupa

– Przy życiu utrzymali mnie święci ludzie – współwięźniarki i lekarz, więzień, dr Janusz Mąkowski, którego po wojnie opisałam w opowiadaniu „Ten sam doktor M.” – wspomina. – W 1942 r. wybuchła epidemia tyfusu, która dotknęła nawet załogę SS. Wszy były wszędzie, więc złapała też jakąś jedna esesmanka. Dopiero wtedy postanowiono zrobić z tym porządek, organizując szpital. Były tam termometry i tak zwane pielęgniarki. Tylko co z tego? Nie było leków ani dostatecznej ilości płynów, a tyfus to nieustanna gorączka ponad 40 stopni. Zachorowałam pod koniec 1942 r. Przez 10 dni na przemian traciłam i odzyskiwałam przytomność. Leżałam na górnej pryczy i to było szczęście, bo chore z braku basenów załatwiały się pod siebie i to przeciekało na niższe prycze. Nie przetrwałabym bez pomocy Marii, warszawianki, która pełniła funkcję pielęgniarki. Wchodziła na górną pryczę i karmiła mnie mączną zupą. To była taka rzadka breja, więc mogła mi wmawiać, że łatwo ją wypiję. Prawdopodobnie to dało mi siły do przetrwania. Ona, starsza znacznie ode mnie, szczególnie się mną opiekowała. Nieraz leżąc półprzytomna, słyszałam, jak wzdycha: „O Boże, znowu 40 stopni”. Albo znajdowała jakąś miskę, żeby chore nie załatwiały się pod siebie.

Noc skazańca

Właśnie wtedy do pracy w szpitalu kobiecym w Birkenau skierowano komando mężczyzn, składające się z kilkunastu lekarzy i studentów medycyny – Polaków. Kiedy przyszli na wizytę, miałam już obniżoną gorączkę. Dr Mąkowski obejrzał mnie i powiedział: „Teraz możesz wszystko jeść, żebyś odzyskała siły”. Ale kiedy zaczęłam jeść, dopadła mnie czerwonka. Trzeciego dnia dr Mąkowski zobaczył mój krwawy kał i powiedział: „Musisz przetrzymać jeszcze tę noc. Jutro przyniosę lekarstwo”. Wie pani, przez tę noc modliłam się jak skazaniec, bo czekałam na wyrok – przyjdzie, nie przyjdzie. Przecież lekarze wracali na noc do męskiego obozu. Mogło im się coś stać. Następnego dnia doktor przyniósł mi buteleczkę z jakimś płynem. Sam nalał mi na łyżkę kilka kropli, bo drżała mi ręka. Odchodząc, powiedział: „Gdybym jutro nie przyszedł, masz to brać”. Po trzech dniach biegunka ustąpiła. Potem okazało się, że to było opium. Jak je zdobył? Kilka dni po tym, kiedy byłam już na dobrej drodze do wyleczenia, tylko straszliwie wychudzona i słaba, dr Mąkowski nie przyszedł. Na bramie była rewizja i znaleziono przy nim leki, które przenosił innym chorym. Miał szczęście, że Niemcy bardzo potrzebowali lekarzy. I dostał tylko regulaminową karę 25 uderzeń chłosty i 10 nocy w celi do stania w bunkrze obozu głównego. Na dzień przychodził do pracy. Tu czekało na niego przygotowane przez więźniarki legowisko, aby mógł się przespać. Stały na straży i budziły go, kiedy nadchodził esesman.

Ktoś prowadzi

– W piątej klasie szkoły powszechnej mieliśmy księdza katechetę, którego trochę się bałyśmy, bo był surowy. Kiedyś zaproponował, żebyśmy przez kolejne dziewięć pierwszych piątków miesiąca przystępowały do spowiedzi i Komunii św. Kiedy zapytałam dlaczego, odpowiedział bardzo poważnie: „Kto odbędzie taką nowennę, nie umrze bez sakramentów św.”. Dlatego byłam święcie przekonana, że nie umrę w Oświęcimiu, bo nie mogłam tam dostać sakramentów. Pan Jezus powiedział: „Twoja wiara cię uzdrowiła”. I to był mój przypadek. Nie wiem, jakim sposobem uniknęłam w obozie tylu niebezpieczeństw. Można to było różnie tłumaczyć, ale byłam pewna, że Ktoś mnie prowadzi. Na przykład na początku nie wiedziałam, jak się mam ustawiać w kolumnie. Szybko się zorientowałam, że lepiej stać w środku niż z brzegu, gdzie cię dosięgnie kij albo pies. Któregoś dnia przyszedł na nasz blok nieznany esesman i kazał stanąć do apelu. To mogło znaczyć coś najgorszego, ale stanęłam w pierwszym szeregu i on wybrał mnie razem z kilkoma innymi. Nie wiedziałam do czego. Zostałam przydzielona do obieralni kartofli i przeniesiona na blok kuchni, a to zmieniło moje życie na lepsze.

Różaniec z błota

Kiedy w 1943 r. pracowałam w kuchni głównej, któregoś dnia w błocie na Lagerstrasse znalazłam różaniec, który ktoś wyrzucił ze strachu przed esesmanem. Podniosłam go i umyłam, a nocą, kiedy rozpaliłam pod załadowanym kotłem ogień, siadałam na zydelku i modliłam się na nim. Pewnej nocy sąsiedni kocioł zaczął syczeć, co oznaczało, że za mocno się pod nim pali. Pilnująca go więźniarka poszła do latryny. Rzuciłam różaniec i pobiegłam wygarnąć węgiel z paleniska. Gwiżdżący kocioł zwabił esesmana. Kiedy wróciłam, zobaczyłam go przy moim kotle z różańcem w ręku. „To twoje? – zapytał. Co miałam powiedzieć? Przytaknęłam. „Jesteś katoliczką?”. Potwierdziłam, pewna, że to mój koniec. Oddalił się, obszedł drugi rząd kotłów, wrócił i oddał mi różaniec. Ledwie żywa ze strachu, spytałam: „Dlaczego?”. „Moi rodzice są katolikami” – usłyszałam. I jakby dla wyjaśnienia dodał: „Jestem Węgrem”.

Medalik Tadeusza

W bucie, w ciasno upiętych włosach, a nawet podczas dokładnej rewizji – w ustach – przeniosła na wolność medalik z twarzą cierpiącego Chrystusa, ofiarowany przez Tadeusza Lisowskiego, który naprawdę nazywał się Paolone. Był kapitanem Wojska Polskiego, a w Auschwitz razem z kilkunastoma oficerami należał do podziemnej organizacji wojskowej. – Do obozu kobiecego został oficjalnie sprowadzony przez Aufseherin kuchni, aby mnie nauczyć prowadzenia księgowości, bo podobną funkcję pełnił w obozie męskim – opowiada. – Przychodził przez trzy dni i to były wszystkie nasze spotkania. A potem pisał grypsy, ja do niego też. W czerwcu 1943 r. żeśmy się poznali, a w październiku został rozstrzelany. Reszty dowiaduję się z jej opowiadania „Chrystus oświęcimski”, które mi ofiaruje, żebym się dowiedziała, jaki to był rodzaj uczucia. Ona miała „stary” numer, ale on miał jeszcze starszy – 329, co znaczyło, że był w obozie od czerwca 1940 r. Trzy razy siedzieli blisko siebie, rozmawiając, jakby przez chwilę znaleźli się w innym, wykrojonym z obozowego piekła świecie. Podczas trzeciego spotkania zapytał ją, czy wierzy w Boga, bo wielu uważa, że „jeżeli możliwe jest coś takiego jak Auschwitz…” – nie dokończył. A potem ofiarował jej medalik, mówiąc: „Niech cię chroni. Strzeż go i jeśli Bóg pozwoli, donieś do wolności”. Ich korespondencją były grypsy. Nie pisali o miłości, ale dla niej świat się zmienił: „Chodziłam po Lagerstrasse jak gdyby to była Floriańska, na wózek Leichenkomanda, wypełniony powyżej brzegów nagimi zwłokami, spoglądałam tak, jakby wiózł polana, z błogostanu nie wyrywały mnie krzyki dochodzące z rampy. To uczucie, całkowicie bezinteresowne, samo w sobie było dla mnie szczęściem”. Jego ostatni gryps brzmiał jak przesłanie na resztę życia: „Ten Jezus z medalika mówi jedno: Bądź wola Twoja. I ty to mów, ilekroć nań spojrzysz”. – Boi się Pani śmierci? – pytam. – Boję się tego, że nie zdążę napisać o moich oświęcimskich świętych, a śmierci się nie boję. Epikur powiedział, że dopóki się żyje, to śmierci nie ma, a jak się już umrze, to obojętne. Ale jak patrzę na te drzewa za oknem i myślę, że ich nie zobaczę, to mi żal.

Muzyka w obozie

– Czy w obozie były takie drzewa? Nie, ale kiedy była ładna pogoda, widać było szczyty Beskidów, o których pisał Tadeusz – zamyśla się. Patrząc na nie i słuchając utworów wykonywanych przez znakomitą kobiecą obozową orkiestrę, na moment wydostawała się z niewoli. – Kiedyś koleżanka Danka Kolak, która w niej też występowała, zaprosiła mnie na koncert dla załogi SS i więźniarek funkcyjnych – mówi. – Siedząc za drzwiami, po raz pierwszy usłyszałam kwartet z „Rigoletta”. Dopiero po wojnie odkryłam, że w operze śpiewają dwie kobiety i dwóch mężczyzn, ale ja do tej pory słyszę tam głosy czterech kobiet. Wtedy po raz pierwszy w Auschwitz się popłakałam, czując kontrast między pięknem tamtej muzyki a rzeczywistością. Uważam, że człowieka nie wolno stawiać w sytuacji ostatecznej, bo nikt się nie rodzi bohaterem ani męczennikiem. Rodzimy się do życia, myślimy o szczęściu i człowiek postawiony w nieludzkiej sytuacji może nie wytrzymać, nawet jeżeli byłby bardzo szlachetny. Może zostać funkcyjnym, dostanie władzę i będzie musiał wydać kogoś na śmierć, obciążyć swoje sumienie. Nie wiem, jakich wyborów dokonywała Stenia Starostka, blokowa bloku VIII. Wtedy jeszcze Polki nie były funkcyjnymi, a ona szybko awansowała na Lagerheiste. Była straszna, nadgorliwa. Kiedy sytuacja wymagała, żebyśmy jak najszybciej stanęły na apelu, biła kobiety pejczem. Czy musiała to robić?

Złe od szatana

Czy esesmani mieli ludzkie twarze? W każdym trwa walka dobra ze złem. Moja mama była niewykształcona. Kiedy na początku wojny rozstrzelano w Krzesławicach kilkadziesiąt osób, wstrząśnięta zapytałam: „Gdzie jest Pan Bóg?”. Odpowiedziała: „Zapamiętaj – wszystko, co dobre, pochodzi od Pana Boga, wszystko, co złe, od szatana”. Zawsze we wszystkich, nawet w oprawcach, chciałam zobaczyć coś ludzkiego. Człowiek czepiał się najdrobniejszych szczegółów, by uwierzyć, że ludzie są dobrzy. Kiedy raz zemdlałam w polu i dziewczyny niosły mnie przez bramę, gdzie odbywało się liczenie, usłyszałam przejęty głos: „Mój Boże, taka młoda!”. Zobaczyłam, że pochyla się nade mną kobieca twarz w czapce SS. Pomyślałam, że nawet w niej tli się iskra człowieczeństwa. – Czy po obozie czegoś się Pani bała? – Nie. Myślałam, że skoro przeżyłam Auschwitz, nic mi już nie grozi. Miałam dobrego, mądrego męża, Jana Piaseckiego – literata i redaktora, któremu zawdzięczam napisanie mojego pierwszego, najbardziej znanego utworu „Pasażerka”. Opowiedziałam mu, jak na placu Concorde w Paryżu usłyszałam Niemkę mówiącą głosem mojej nadzorczyni w obozie. Zwierzyłam się, że nie wiedziałam, czy ją zadenuncjować, czy zapytać: „Jak się pani powodzi, pani Franz?”. Poradził mi, żebym to napisała, i tak powstała „Pasażerka”. Nie rozmawiali o Auschwitz. Dopiero kiedy pojechała na spotkanie z przewodnikami KL Auschwitz-Birkenau i ktoś z MDSM zaproponował, żeby regularnie zaczęła o tym opowiadać, zgodziła się. – Niemcy chcą poznać obozową codzienność – mówi. – Dziękuję im, że chcą o tym wiedzieć. Bo wiedząc, mogą być odporni na działanie nowych, zbrodniczych ideologii.