Rozwiązana pętla

Rozmawia Marcin Jakimowicz

|

GN 13/2014

dodane 27.03.2014 00:15

O tym, dlaczego były więzień, alkoholik i bezdomny opowiada na lewo i prawo, że Bóg jest wielki, z Henrykiem Krzoskiem

Rozwiązana pętla – Bóg znalazł mnie na ulicy – przekonuje w tytule swej książki Henryk Krzosek, człowiek, który na samym dnie doświadczył cudu uzdrowienia henryk przondziono /gn

Marcin Jakimowicz: W podstawówce nauczyciel matematyki rzucił: „Krzosek, z ciebie już nic nie będzie”. Naprawdę takie słowa rzutują na całe życie i skutecznie podcinają skrzydła?

Henryk Krzosek: To jedyne nazwisko nauczyciela z podstawówki, które pamiętam do dziś. Oj, zabolało mnie to i zraniło tak mocno, że nie poszedłem więcej do szkoły. Moja mama nie mogła nad tym zapanować, bo harowała od rana do wieczora. Ojciec pił. Pamiętam, że te słowa zabrzmiały o wiele mocniej: „Krzosek, z ciebie już nigdy nic nie będzie”. Nigdy!

Wracały, gdy leżał Pan na pryczy w więzieniu albo starał się znaleźć nocleg na śmietnikach Hamburga?

Wracały. Taką mamy naturę: pamiętamy rzeczy, które nas głęboko ranią. I nawet jeśli wydaje nam się, że zapomnieliśmy, to w pewnym momencie wychodzą na wierzch. Od chwili gdy usłyszałem: „nic z ciebie nie będzie”, zacząłem udowadniać wszystkim wokoło, że to prawda. Staczałem się niezwykle szybko. Siedem lat spędziłem w więzieniach. Chciałem być kimś, walczyłem: w czasie pierwszego wyroku skończyłem podstawówkę. Dostałem drugi wyrok (pięć lat) i chciałem skończyć szkołę zawodową. Mocno się przykładałem. Naprawdę nie chciałem być przestępcą. Szukałem szczęścia. Na zakończenie z matematyki miałem piątkę…

Opowiada Pan dziś, że Boga spotyka się na poziomie słabości. Jak ma Go spotkać więzień, który za Chiny nie pokaże cienia słabości i zakłada dziesięć tysięcy masek twardziela i luzaka?

W więzieniu miałem dwie osobowości: twardziela, zbuntowanego, grypsującego, w opozycji do regulaminu, prawa, personelu. A z drugiej strony byłem człowiekiem, który chciał szukać szczęścia i żyć normalnie.

Co by się stało, gdyby Pan zapomniał o tatuażu: „Urodziłem się po to, by stworzyć piekło na ziemi” i odsłonił prawdziwą twarz?

Zostałbym zniszczony. Nie miałbym życia. Wyeliminowano by mnie z kręgu grypsujących, z elity.

A gdyby ktoś wpadł do celi i zaczął opowiadać takie historie jak Pan dzisiaj: „Bóg kocha, jest mocny, przytula”?

Nie mam pojęcia. Pewnie odrzuciłbym te bajeczki. Ale kto wie? Mówiłem niedawno świadectwo w więzieniu w Stargardzie Szczecińskim. Dyrektor zapytał: „O czym pan będzie im mówił?”. „O miłości” – odpowiedziałem. „Oj, to trudne…”. „Tak, trudne, bo tu nikt nigdy nie wymawia tego słowa” – odparłem. Opowiadałem o Bożej miłości. I co? Żadnej ironii, szyderstw. Cisza jak makiem zasiał. Wszyscy mnie słuchali. Widziałem, że niektórzy wychylali się do przodu, by koledzy ich nie widzieli, a z ich oczu płynęły łzy. Twardziele płakali! Powiedziałem, że byłem grypsującym w Nowogardzie, miałem ksywę „Kurczak”. Jeden z więźniów pamiętał mnie z tamtych lat. Na zakończenie rzucił: „Heniek, ale trzymasz zasady?”. (śmiech)

Połowa Pana historii to udawanie twardziela. Czy te maski nie rujnują nam życia? Okazanie miłości swojej dziewczynie, Joli – obciach, przyznanie się do cierpienia, wątpliwości – obciach…

Bałem się, że gdy koledzy zobaczą, że jestem uległy żonie, nie będę miał życia. Więc udawałem, starałem się grać. Raniłem osobę, którą bardzo kochałem, bo bałem się publicznie okazać jej uczucia… Błędne koło…

I ruszyła lawina: więzienie, alkohol, rozstanie z żoną i synami, ulica, bezdomność, śmietniki...

Tak. Niżej już nie mogłem upaść. Następnym krokiem było samobójstwo.

Często Pan o nim myślał?

Tak. Po co żyć? Nie jestem nikomu potrzebny. Każdego dnia ocierałem się o śmierć.

Jak Pan przeżył dwie zimy w Hamburgu?

Nie mam pojęcia. Wiedziałem, że trzeciej już nie wytrzymam. Spałem po śmietnikach, jadłem resztki z koszów. Nie trzeźwiałem. Było mi tak potwornie zimno, że od rana do wieczora szybko chodziłem, by nie zamarznąć. Nie mogłem usiąść. Cały czas myślałem tylko o jednym: skąd skombinować alkohol. To mnie napędzało. Myłem się w toaletach publicznych. Głowa pod zimny strumień wody, a potem wychodziłem na mróz. Lodową czapkę miałem za darmo…

Miedzy kloszardami była jakaś solidarność?

Tak. Rodzaj dziwnej wspólnoty – wszyscy mieliśmy jeden problem: gdzie się napić? Wiedziałem, gdzie się udać, by spotkać kogoś, kto da mi łyk piwa, który ratował mi życie.

Po nawróceniu poszedł Pan do tych ludzi z opowieścią o Bogu, który wyzwala?

Tak. Ale mówili: „Heniek, miałeś szczęście. Udało ci się. Masz silną wolę”. Tak długo mi to wmawiali, że w końcu przez pewien czas sam zacząłem w to wierzyć. Ale potem zrozumiałem, że to nie tak! Modliłem się nad alkoholikiem, którego Bóg uwolnił w taki sam sposób jak mnie, i zrozumiałem: tu nie chodzi o mnie. Bóg jest w stanie podźwignąć z dna absolutnie każdego. Ile razy widziałem podobnych do mnie, którzy zostawali uzdrowieni!

Najmocniejsza scena: wchodzi Pan do sklepu, by ukraść solidny sznur…

Postanowiłem: koniec. Wieszam się. Tym razem skutecznie. Wszyscy się ode mnie odwrócili: żona z dziećmi (sam nie chciałem ich spotykać, bo byłem w opłakanym stanie), ludzie na ulicy. Siadałem na ławce – ludzie wstawali w popłochu. Brudny, śmierdzący… „Skończ z sobą” – pomyślałem. Wszedłem do sklepu żeglarskiego i ukradłem linę. Nie krzyczałem do nieba, bo nie wiedziałem, czy Bóg jest. Na stołówce dla bezdomnych przed posiłkiem była modlitwa. Mnie to nie interesowało. Chciałem rzucić się na talerz zupy, której i tak nie mogłem zjeść, bo tak mocno trzęsły mi się ręce, że większość wylewałem… Wstyd potworny. Tego dnia siedziałem obwiązany liną i czytałem wiszący w stołówce plakat: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął…”. Nie zginął! A ja czekałem na śmierć. Pomyślałem: „Nie chcę umierać, ale nie potrafię już żyć”. I wtedy podeszła do mnie jedna z kobiet i powiedziała: „Henryk, tylko Bóg może ci pomóc”.

Padł Pan na kolana?

Nie. Jeszcze nie. Kobieta dała mi ulotkę: „Alkohol i rodzina”. Nie chciałem jej wziąć, bo to był mój odwieczny problem. Wziąłem tylko dlatego, że była w języku polskim. Chciałem coś poczytać w moim języku. W parku zacząłem czytać wstrząsające świadectwa alkoholików wyzwolonych dzięki mocy Jezusa. „Boże, jeśli jesteś, pomóż!” – rozpłakałem się jak dziecko.

Jak Bóg zmienił cynika, który pije wszystko, co napotka na drodze, w Henryka Krzoska, który jeździ po świecie, głosząc: „Nie jestem alkoholikiem”?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. To największa tajemnica mojego życia. Zagadka. Działanie Boga, którego doświadczyłem na własnej skórze. 6 lipca 1989 roku trafiłem na ewangelizację (nie znałem nawet tego słowa). W parku obok stadionu Sankt Pauli. To był mój rewir. Dzielnica seksu, rozrywki, gdzie zawsze mogłem znaleźć coś do picia czy resztki jedzenia. Ewangelizacja była po niemiecku, słabo rozumiałem ten język. Byłem dodatkowo pijany, a tu słucham i… rozumiem słowa prowadzącego. Mówi, że Bóg kocha, jest w stanie nas uzdrowić. Wszystko do mnie docierało. Zacząłem płakać: „Boże, jeśli jesteś, daj mi nowe życie. Jeśli nie, to się powieszę”. Wyglądałem okropnie, pijany, śmierdzący. Otwarłem się na ludzi, którzy przy mnie stali. „Jestem alkoholikiem – wydukałem po niemiecku. – Śpię na śmietniku”. Nie musiałem zresztą niczego mówić, wszystko było widać… Zaczęli się nade mną modlić. Powtarzałem: „Boże, zmień mnie, zmień mnie!”. Czułem jakieś dziwne ciepło. Klęczałem spocony, wstydziłem się tego. Po modlitwie czułem się potwornie zmęczony. Dowlokłem się do swojego śmietnika i zasnąłem. Spałem jak zabity. Obudziłem się i poczułem, że coś jest nie tak. Nie miałem żadnego kaca. Żadnych lęków. Ruszyłem na ulicę, patrzę, siedzą moi znajomi alkoholicy i wołają: „Heniek, chodź, napij się!”. I pokazują dwulitrowe wino. A ja czuję… że nie muszę pić. Nie wiem, o co chodzi! Nie muszę pić! Od tego dnia nigdy więcej nie tknąłem alkoholu. Boże, co się dzieje? Muszę zapalić. Robię skręta i czuję, że… nie drżą mi dłonie. A przecież wczoraj nie byłem w stanie zjeść zupy! To ostatni papieros w moim życiu – postanowiłem. I tak było.

Jeździ Pan z tą opowieścią po gimnazjach, więzieniach, grupach AA. Wierzą?

Słuchają. Ale czy wierzą? Nie wiem. Z alkoholikami trudno się rozmawia, bo w grupach AA słyszę: „Nie piję od dziesięciu lat, ale jestem alkoholikiem”. A ja odpowiadam: „A ja nie piję od 25 lat i… nie jestem alkoholikiem”. „To niemożliwe” – słyszę. A ja naprawdę nie jestem alkoholikiem. Tuż po nawróceniu dostałem pracę w sklepie z… alkoholem. Kiedyś kradłbym go litrami, teraz spokojnie układałem na półkach butelki.

Ludzie mówią, że dzieci alkoholików muszą pić – opowiadał mi mistrz bokserski Tim Guénard. – Nie! Nie jestem sumą genów matki i ojca. Mnie nie raniły ciosy ojca. Raniły mnie jego słowa. I słowa sceptyków: „Będziesz taki sam jak on”. Nie jestem.

Zgadzam się! Jestem dzieckiem Bożym. Bóg mówi: „Moje dziecko, wszystko moje do ciebie należy”. Wszystko!

Rodzina uwierzyła w te rewelacje?

Początkowo nie. Żona, którą cudem odszukałem (zmieniła adres), powiedziała: „Heniek, to kolejna sztuczka, wymówka, ucieczka. Teraz wrabiasz w to wszystko Boga?”. Rozumiałem ją. Przecierpiała ze mną niejedno. Ciągle widziała we mnie alkoholika, strzęp człowieka. Siostra powiedziała: „Jeśli przez rok nie wrócisz do alkoholu, wyjdę na balkon i zacznę krzyczeć: Bóg jest wielki!”.

Krzyczała?

Nie… Ale też się nawróciła! (śmiech)

Udało się uratować kontakt z synami. Wygrał Pan los na loterii…

Tak… Dosłownie. Zacząłem spotykać się z synami, chciałem nadrobić te stracone lata. Bywało różnie. Niełatwo wrócić do siebie po takiej traumie… A jednak czułem, że Bóg to wszystko błogosławi. Kiedyś mój syn Arek zaczął mnie męczyć: „Kup mi deskorolkę!”. Były wtedy na topie. Taka deskorolka kosztowała 150 marek. „Nie kupię ci. Nie mam za co. Nie jestem w stanie” – tłumaczyłem, ale nie chciał słuchać. Pękało mi serce. „Jezu, co robić?”. Wracaliśmy autobusem. Arek siedział obrażony, wściekły. „Duchu Święty, Pocieszycielu, zrób coś” – szeptałem. Zobaczyłem, że mijamy Wesołe Miasteczko. „Wysiadamy!” – rzuciłem. Remik, młodszy syn, pobiegł na karuzele, ale Arek stał nieporuszony. Nie wiedziałem, co zrobić. I wtedy usłyszałem w sercu głos: „Kup im losy”. Poszedłem do okienka: chłopcy wybrali losy. Arek przeczytał: „Wolny wybór”. Na półce leżała… wymarzona deskorolka. Po chwili wracał przeszczęśliwy, taszcząc ją pod pachą. Bóg jest wielki – pomyślałem wtedy. I do dziś nie zmieniłem zdania. (śmiech)

Tagi: