Prawo do
 niezabijania

GN 11/2014

publikacja 13.03.2014 00:15

O tym, dlaczego zdecydowała się publicznie odmówić uczestnictwa w aborcjach w rzeszowskim szpitalu Pro-Familia, z położną Agatą Rejman 
rozmawia
 Mariusz Majewski

Prawo do
 niezabijania Nie wytrzymałam tego, przy czym uczestniczyłam. To mnie rozbiło jako kobietę, jako matkę i jako katoliczkę – mówi Agata Rejman Mariusz Majewski /foto gośc

Mariusz Majewski: Szpital domaga się od Pani sprostowania i odszkodowania za słowa o zabijaniu dzieci. Według dyrektora jest to określenie, „które w rażący sposób narusza dobre imię szpitala i dotyka pracowników”. Teraz użyłaby Pani innego sformułowania?


Agata Rejman: Władze szpitala napisały, że mam sprostować wypowiedź z konferencji, podczas której miałam podać nieprawdziwe – według nich – informacje dotyczące „zabijania dzieci”. Zwracam uwagę na ten cudzysłów. Tak napisała dyrekcja szpitala. Dodając, że placówka przeprowadza aborcje zgodne z prawem. A przecież nie powiedziałam, że szpital robi rzeczy niezgodne z prawem. Najbardziej jednak zdziwił i zdenerwował mnie ten cudzysłów przy słowach o zabijaniu dzieci. 


W terminologii medycznej aborcję określa się delikatnymi sformułowaniami: zabieg, przerywanie ciąży czy terminacja ciąży. 


Przecież tam pracują lekarze, którzy wiedzą doskonale, jak to wygląda. Niezależnie od tego, czy aborcję nazwiemy zabiegiem, przerwaniem czy terminacją ciąży, w swojej istocie jest ona zabiciem dziecka. Pacjentka przychodzi z żywą ciążą. Oni podają leki naskurczowe, leki, które powodują krwawienie i wywołują poronienie. Jeśli kobieta jest po 22. tygodniu ciąży, to mamy do czynienia z porodem przedwczesnym. Jak inaczej nazwać aborcję, skoro dziecko rodzi się martwe? Albo rodzi się żywe i umiera, jak dziecko ze szpitala we Wrocławiu. 


Pracuje Pani w Pro-Familia niespełna cztery lata. Dlaczego dopiero od kilku miesięcy położne zgłaszają problemy z respektowaniem przez szpital klauzuli sumienia?


Bo wcześniej nie było w naszym szpitalu aborcji. Pojawiły się one dopiero pod koniec ubiegłego roku. I nikt, odkąd tam pracuję, nie mówił nam, że będą działy się takie rzeczy. Gdybym wiedziała, podpisując umowę, że w szpitalu będą aborcje, w tym też aborcje eugeniczne, to nie zdecydowałabym się na pracę w nim. Tymczasem byłam dumna, że będę w tak dobrze wyposażonym i nowoczesnym szpitalu, ze znakomitymi specjalistami, w placówce, która daje możliwości rozwoju. Pro-Familia zainspirowała mnie do skończenia specjalizacji ginekologicznej. Było to moje marzenie. 


Kiedy zorientowała się Pani, że w szpitalu są przeprowadzane aborcje?


Pod koniec 2013 r. przyszłam na nocny dyżur. Koleżanki były jakoś dziwnie poruszone i skonsternowane. Przekazały mi wówczas, że pacjentka krwawi i ma założone leki powodujące krwawienie. Ale nikt nie nazwał rzeczy po imieniu, a ja się od razu nie domyśliłam. W międzyczasie przyszedł doktor. Kazał podłączyć kroplówkę i leki naskurczowe. 


Można się nie domyślić, że kobieta jest przygotowywana do aborcji?


Myślałam, że może jest to ciąża obumarła. W takim przypadku jest bardzo podobny sposób postępowania. Zostałam wówczas sama na oddziale jako położna. Poprosiłam do pomocy koleżankę, położną z innego szpitala. Zajęłam się innymi rzeczami w zabiegówce, a pacjentkę doglądała właśnie ta koleżanka. W pewnym momencie przybiegła do mnie i powiedziała: „Słuchaj, Agata, pacjentka poroniła, co ja mam robić?”. Dalej nie wiedziałam, co się dzieje. Dalej myślałam, że to ciąża obumarła. Koleżanka wzięła to dzieciątko, zawinęła w chustę i zaniosła do innej zabiegówki. Położyła tam i nie wiedziała, co ma zrobić. Mimo że jest starsza, z doświadczeniem, mówiła, że nie może się z tego otrząsnąć, bo jeszcze nigdy się z czymś takim nie spotkała. W końcu po skończonych zabiegach dotarłam do tego dzieciątka. Ochrzciłam je, mimo że było już nieżywe. Później musiałam znaleźć odpowiedni pojemnik i zalać je formaliną, bo taka jest procedura. Musiałam patrzeć na to wszystko, brać to dziecko do rąk… (Cisza) Niech mi któryś doktor powie prosto w oczy, że położna ma marginalny udział w tym wszystkim. To wszystko dzieje się naszymi rękami i my na to wszystko musimy patrzeć. 


Po trzeciej takiej sytuacji przebywa Pani na zwolnieniu lekarskim. Dlaczego? 


Nie wytrzymałam tego, przy czym uczestniczyłam. To mnie rozbiło jako kobietę, jako matkę i jako katoliczkę. Trzeci przypadek aborcji na moim dyżurze był 1 stycznia. Koleżanka zaczęła się kłócić z lekarzem, że przecież to dziecko miało się rodzić na porodówce, żeby przynajmniej godnie to wyglądało. Wtedy nie wytrzymałam i zapytałam ją, o jakim godnym umieraniu w ogóle mówi w przypadku aborcji, jeśli celem jest zabicie dziecka. Godne umieranie może być wtedy, jeśli kobieta roni dziecko i nic nie można już zrobić, żeby je uratować. I lekarz tak nam mówił, że to zwykłe poronienie. Później przyszła inna koleżanka z porodówki i pyta, co my tu wyrabiamy. Mówię jej, że jest aborcja. Złapała się za włosy i nie mogła uwierzyć. Zbladła i uciekła na salę porodową. Zawołałam wtedy doktora i mówię do niego, żeby sam się zajął tą pacjentką i siedział tu przy niej. Ja w tym uczestniczyć nie będę, bo jestem katoliczką, chcę przyjmować sakramenty i chcę swoim dzieciom rano móc spokojnie patrzeć w oczy. 


Ale nie udało się nie uczestniczyć?


Gdy zaczął się poród, nie było nikogo innego i musiałyśmy w tym brać udział. Najpierw pojawiła się nóżka albo rączka. Lekarz pociągnął i wypadła reszta. Dziecko wpadło do metalowej miski. Położyłyśmy je na chuście i ochrzciłyśmy. Wyszłam na korytarz. Nie widziałam tego, ale koleżanka mi powiedziała, że na chuście dziecko podniosło klatkę piersiową, nabrało oddechu i umarło. Wiem, że później powtórzyła to na zebraniu z lekarzem, że nie może tak być, żeby dzieci na naszych oczach umierały. 


Co było dalej?


Jeszcze przez kilka dni pracowałam, miałam głównie nocne dyżury. W końcu oddziałowa zapytała mnie, która to położna powiedziała lekarzowi, że chce do komunii chodzić. Zdziwiło mnie to pytanie. Sytuacja w szpitalu już była rozdmuchana, więc mówię jej, że to ja tak powiedziałam. Wśród personelu był to gorący temat. Na ginekologii zaczęły się ciche rozmowy, co mamy robić. Zwyczajnie bałyśmy się. 


Dyrektor szpitala tłumaczył, że „gdyby pani wcześniej powiedziała, że źle się czuje, asystując przy zabiegach, byłaby zwolniona z tego obowiązku”. 


Myślałyśmy, że skoro nikt z dyrekcji czy lekarzy nie przyszedł z nami porozmawiać, wyjaśnić sytuację, powiedzieć, że będą u nas aborcje, poinformować o prawie do klauzuli sumienia, to jeśli same poruszymy ten temat, możemy mieć jakieś kłopoty. Szukałyśmy konsultacji u księży, prawników. Napisałyśmy na ginekologii pismo, powołując się na klauzulę, w którym odmawiamy udziału w aborcji. Podpisały się położne, podpisały się też pielęgniarki z anestezjologii, które uważają, że również biorą w tym udział, jeśli przychodzą podawać znieczulenie. Później to oświadczenie trafiło na salę porodową. Wtedy zaczęły się ironiczne i złośliwe komentarze doktorów. Na przykład takie: „Która to święta położna nie używa prezerwatywy czy nie stosuje stosunku przerywanego?”. 


Co Pani wówczas czuła?


Sumienie nie dawało mi spokoju. Nikt nie chciał z nami rozmawiać. Nie mogłam się skupić na niczym. Poszłam do lekarza i dał mi zwolnienie. Potrzebowałam pomocy. Przede wszystkim duchowej. Poszłam do spowiedzi. Ksiądz dał mi rozgrzeszenie. Rozmawialiśmy. Powiedział mi, że teraz już mamy jasną sytuację i wiemy, co się odbywa w szpitalu. I jeśli dalej będę w tym dobrowolnie uczestniczyć, to sprawa nie będzie już taka prosta. Nie mogłam spać w nocy, miałam koszmary. Chodziłam podenerwowana. Korzystam też z pomocy psychologa. 


Dlaczego zdecydowała się Pani ujawnić i publicznie o tym opowiedzieć?


Duża w tym zasługa mojego męża. Bez niego pewnie załamałabym się. Przed konferencją z senatorem Jaworskim zwątpiłam. Chciałam się wycofać. Mąż dodał mi otuchy. Pokazał stronę Stopaborcji.pl. Wątpliwości ustąpiły, gdy obejrzałam sejmowe wystąpienie Kai Godek w debacie przed głosowaniem o zakazie aborcji eugenicznej. Zrozumiałam, że nie mogę się poddać. Skoro nikt w szpitalu nie chciał z nami rozmawiać, szukałyśmy pomocy na zewnątrz. Dotarła również do nas wiadomość, że ma być stworzona lista położnych i pielęgniarek, które „nie nadają się do pracy”. W rozmowach krążyła taka informacja. Jak o tym usłyszałam, to nie wytrzymałam. Poprosiłam o pomoc senatora Kazimierza Jaworskiego. 


O powrocie do pracy na razie Pani nie myśli?


Na razie w ogóle nie czuję się na siłach. Ciarki przechodzą mnie na samą myśl, że jeszcze raz mogę znaleźć się w takich sytuacjach, jakie przeżywałam. Dobrze, że mam oparcie w rodzinie. Mam sygnały wsparcia także ze strony moich znajomych, również koleżanek pielęgniarek, które są ze mną i dziękują za postawę, bo czują podobnie jak ja.