Ktoś tam nami kieruje

Urszula Rogólska

|

Gość Bielsko-Żywiecki 06/2014

publikacja 06.02.2014 00:00

Rodzina i choroba. – Nieraz w nocy leżałem bezwładnie, ale nogi miały czasem nerwowe odruchy – opowiada Michał Jucha z Kaczyc. – I myślałem: „To już! Panie Boże, dziękuję Ci!”. I że to będzie spektakularne uzdrowienie – wstanę, wszyscy padną z wrażenia, powiedzą: „Wow! Panie Boże, takie cuda!”. I za chwilę – sam próbuję ruszyć nogami, a tu... nic.

  – Być ze sobą jak najczęściej i jak najdłużej – to teraz dla nas najważniejsze – mówią Ewa i Michał Juchowie – Być ze sobą jak najczęściej i jak najdłużej – to teraz dla nas najważniejsze – mówią Ewa i Michał Juchowie
Urszula Rogólska /gn

Wtedy akurat nasiliła się choroba. Wchodziliśmy razem na modlitwę wstawienniczą do kościoła franciszkanów w Cieszynie – opowiada Michał Jucha. – Kuśtykałem o kulach, kiedy w drzwiach zderzyliśmy się z panią Dorotą. Jej zdziwienie i moja odpowiedź: „Chory jestem. Mam raka”. W czasie modlitwy podeszła i podała karteczkę: „Zadzwoń”. To była ulotka Hospicjum im. Łukasza Ewangelisty.

Taki epizod

Ewa i Michał spotkali się w liceum. Oboje chodzili do jednej klasy w cieszyńskim LO im. Antoniego Osuchowskiego. – Ale parą zostaliśmy dopiero po maturze w 2001 roku – opowiada Ewa. – I od tego czasu jesteśmy ze sobą nieprzerwanie. Choć ja studiowałam w Krakowie, a Michał w Katowicach. W 2007 roku pobraliśmy się, zamieszkaliśmy w moim domu rodzinnym w Kaczycach. A potem spotkały nas najważniejsze wydarzenia w historii naszej rodziny – pięć lat temu przyszła na świat Hania, a trzy lata temu – Mikołaj.To taki telegraficzny skrót. – To był 2004, może 2005 rok. Straciłem czucie na części brzucha. Lekarz tłumaczył to stresem – mówi Michał. – W 2006 coś nowego – miałem tak silne bóle kręgosłupa, że wiedziałem: trzeba to zdiagnozować. Badania i wynik: guz umiejscowiony przy kręgosłupie. W 2006 r. Michał trafił do szpitali w Warszawie. Ewa była z nim. – Wydawało się, że po operacji nowotwór już nie wróci – wspomina Ewa. – Potraktowaliśmy to jako epizod w naszym życiu. Od dawna byliśmy zdecydowani na małżeństwo. – Ewa chyba zobaczyła, że jestem niezłym fighterem i kandydatem na męża – śmieje się Michał. – Zostawiliśmy tę „przygodę” za sobą i skupiliśmy się na kolejnych etapach życia. Michał postanowił dokończyć studia – przez chorobę był rok do tyłu. Ewa zaczęła pracę polonistki i psychologa.

Uparliśmy się

Trzy lata później, w październiku 2009 roku, choroba znowu dała znać o sobie. – Badanie wykazało, że mam guza w tym samym miejscu – mówi Michał. – Usunięto go operacyjnie. Ale ta sama sytuacja powtórzyła się wiosną, a potem jesienią 2010 r. Tym razem nowotwór mocniej zaatakował – ucisk na rdzeń kręgowy był tak duży, że zostałem sparaliżowany od pasa w dół. Szybko przeprowadzono operację w Sosnowcu – usunięto guza, ale także wymieniono dwa kręgi na sztuczne implanty. Intensywna rehabilitacja dała efekt: w wakacje 2011 r. mogłem już poruszać się o własnych siłach. Niestety w 2012 r. w lutym w kontrolnym badaniu ujawniono kolejnego guza, którego znów usunięto. Ale we wrześniu 2012 r. pojawił się kolejny – opowiada Michał. Operacje, które przeszedł w Polsce, nie dawały mu szans na całkowite wyleczenie. – I wtedy dowiedziałem się o istnieniu ośrodka ortopedycznego w Budapeszcie, gdzie takie guzy jak mój tamtejsi lekarze usuwają w sposób, którego nie wykorzystuje się w Polsce. Już w listopadzie przeszedłem tam operację, w trakcie której usunięto guza wraz z innymi elementami, m.in. wymieniono sześć kręgów na sztuczne implanty. Komplikacje pooperacyjne spowodowały, że w Budapeszcie musiałem mieć jeszcze dwie kolejne operacje – wspomina.

Ktoś tam nami kieruje

To skrót historii choroby Michała. A między jej wierszami – cierpienie, upór i walka. – Do problemów podchodzimy zadaniowo – mówią zgodnie. – Skoro się pojawił, to staramy się szukać rozwiązań. Spotkaliśmy w tym czasie wielu wspaniałych lekarzy i pielęgniarki. Ale najtrudniej jest wtedy, kiedy lekarze mówią, że nic już się nie da zrobić. Słyszeliśmy to nieraz. Lekarze nawet nie dają sygnału: jedź tam, dopytaj, bo my może nie wiemy o czymś. Mówią: nie i koniec. Nie mieliśmy żadnych znajomości. Uparliśmy się, że będziemy szukać. – Na to, co nas spotykało, patrzymy jak na prowadzenie. Ktoś tam nami kieruje... – uśmiecha się Michał. – To, że trafiliśmy na wspaniałego neurochirurga w Sosnowcu, było dla nas na ten czas najlepszą wiadomością. Przed kolejną operacją okazało się, że pan doktor złamał nogę, a nikt poza nim nie chciał się podjąć operacji. W Piekarach dowiedzieliśmy się o Budapeszcie... I kolejne „zbiegi okoliczności” – dalsza kuzynka Ewy wyszła za mąż za Węgra. On napisał pierwszy e-mail do kliniki. Potrzebne wyniki badań na płytce dostarczył lekarzowi kolega Ewy i Michała, który akurat pracował na Węgrzech. To właśnie przed wyjazdem do Budapesztu spotkali się z Dorotą Kanią, prezes cieszyńskiego hospicjum. – Czasem hospicjum kojarzy się z miejscem, z ludźmi, którzy zajmują się chorymi, którym zostało już niewiele życia. Hospicjum jednak nigdy nie zabiera nadziei na życie – mówią. – Rak to nie wyrok. Cieszyńskie hospicjum ma też pod opieką pacjentów nowotworowych, którym pomaga np. w zakupie środków medycznych, w transporcie do szpitali, daje ogromne wsparcie duchowe i psychiczne. Taką pomoc nam zaproponowano i jesteśmy za to bardzo wdzięczni całemu zespołowi.

Te trzy dni

W fotel Ewę i Michała wbiła jednak kwota za operację, jaką usłyszeli – między 48 a 70 tys. euro. – Daliśmy sobie kilka dni na decyzję. Podjęliśmy ją 1 listopada, nad grobami bliskich. Walczymy – postanowili. – W ciągu trzech dni udało się zebrać potrzebne 48 tys. euro. Najpierw pożyczki u rodziny, przyjaciół, znajomych. Zaczęli nam pomagać nieznani nam ludzie, także ksiądz proboszcz w naszej parafii ogłosił zbiórkę. Wiele osób, wiele wpłat! 5 listopada 2012 r. pieniądze znalazły się na koncie węgierskiej kliniki. Trzy dni później Michał był już operowany. Na święta Bożego Narodzenia wrócił do domu. Kiedy w styczniu czekał go kolejny wyjazd do Budapesztu, dzięki pieniądzom hospicjum karetka mogła odtransportować Michała na Węgry. Wrócił. Nie mógł się jeszcze samodzielnie poruszać. Pół roku przeleżał w łóżku. Czekała go rehabilitacja. Teraz powoli porusza się z pomocą balkonika i o kulach.

NFZ zaskakuje!

– To nie koniec historii – mówi Michał. – Jeszcze przed wyjazdem do Budapesztu zaczęliśmy się starać o sfinansowanie leczenia od NFZ. Mobilizacja pełna, zebraliśmy więcej dokumentów, niż było trzeba. Zwrócili nam je... ze względów formalnych. Ale byliśmy uparci. Napisaliśmy odwołanie. Nie spodziewaliśmy się niczego pozytywnego. Jednocześnie pani Dorotka stawała na głowie, żeby możliwe było wpłacanie 1 procenta na moje subkonto w hospicjum. Mieliśmy ogromne długi, a było oczywiste, że pieniądze będą potrzebne też na dalszą rehabilitację. NFZ zaskoczył jednak Juchów. W styczniu 2013 roku przyznano im całą kwotę za leczenie – 48 tys. euro! Spływały też kwoty z 1 procenta. Michałowi pomogli również cieszyńscy licealiści z LO im. M. Kopernika, którzy razem ze swoimi nauczycielami co roku w lutym organizują Koncert Walentynkowy na rzecz hospicjum. Ewa razem z Hanią była obecna na scenie w zeszłym roku. Ze wzruszeniem dziękowała za pomoc. W tym roku 14 lutego w Teatrze im. A. Mickiewicza Michał będzie mógł to zrobić osobiście! – Dzięki pieniądzom od NFZ i wszystkich ofiarodawców mogliśmy nie tylko oddać długi, ale możemy sobie pozwolić na intensywną rehabilitację. Dwie godziny ćwiczeń dziennie to tygodniowy wydatek 500 zł. A trzeba jeszcze kupić różne lekarstwa – wyjaśnia Ewa.

To musi być łańcuszek

– Czy choroba coś we mnie zmieniła? Inaczej jestem nastawiony do życia. Chcę żyć tak, żeby nie zmarnować żadnego dnia – mówi Michał. – Dostaliśmy niesamowitą pomoc ze strony wielu ludzi. Ale to nie o to chodzi, że my mamy tym ludziom to dobro oddać. To musi być łańcuszek. Chcemy pomagać innym. Widzimy ich w naszym sąsiedztwie. Początki mamy może skromne, ale widzimy, że wiele osób chce pomagać razem z nami. Czas choroby jest dla mnie wielkim darem. Dzięki temu, że tyle lat już choruję, mogłem patrzeć, jak na moich oczach rozwijają się nasze dzieci. – Moim najważniejszym przemyśleniem po tym okresie jest to, że nie można się przejmować drobiazgami – podkreśla Ewa. Słucham czasem, że ktoś narzeka na pogodę albo że auto nie to, albo ktoś tam zrobił komuś jakieś świństwo w pracy. To wydaje mi się po prostu takie drobne i bez sensu.

My, choroba i Pan Bóg

– Wykorzystywaliśmy wszelkie sposoby walki. Chodziliśmy też na modlitwę wstawienniczą, żeby się umocnić – mówią Juchowie. – To nie tak, że przez chorobę nagle odkryliśmy Boga. On zawsze z nami był. Byliśmy bardzo otwarci na cud uzdrowienia. – Czy miałem pretensje do Pana Boga...? Na pewno dużo się zastanawiałem nad sensem cierpienia – dodaje Michał. – Cały czas czułem, że Pan Bóg jest bardzo blisko mnie. Nieraz w nocy leżałem bezwładnie, ale nogi miały czasem nerwowe odruchy. I myślałem: „To już! Panie Boże, dziękuję Ci!”. I że to będzie spektakularne uzdrowienie – wstanę, wybiegnę, wszyscy padną z wrażenia, powiedzą: „Wow! Panie Boże, takie cuda!”. I po chwili sam próbuję ruszyć nogami, a tu... znowu nic... Ale wiem, że to tak miało być. Minął rok od operacji. Jestem zdrowy i tym bardziej przekonany, że to uzdrowienie się we mnie dokonało. Czuję, że Pan Bóg działa przez chorych na innych ludzi. Ja jestem chory, ale może poprzez moją chorobę ktoś inny zostanie uzdrowiony – duchowo. Może się bardziej otworzy na pomaganie innym, odkryje, że jest dobry. – Zawsze ufałam Panu Bogu i szukałam Jego pomocy. Raz tak sobie myślałam, że już nie mam sił. Byliśmy na modlitwach u franciszkanów i wtedy – raz jeden – ja wzięłam udział w tej modlitwie, żeby prosić o siły dla siebie. Modlący się prosili, żeby wzmocnił mnie sakrament małżeństwa. To był moment, kiedy bardzo poczułam działanie Pana Boga. Była też taka sytuacja, kiedy na zastępstwo do naszej parafii przyjechał ojciec Efraim z Cieszyna. Poszłam do niego prosić o modlitwę za Michała. A ojciec: „A gdzie on jest?”. No w domu. „To idziemy!”. I przyszedł natychmiast. Pomodlił się i powiedział nam, żeby się otworzyć na drogi, które otwiera Pan Bóg. Czasem się modlimy i czekamy z założonymi rękami, a Pan Bóg jest przy nas i mobilizuje nas do działania. Zaraz po tym spotkaniu skontaktowaliśmy się z lekarzem w Sosnowcu i dalej już czuliśmy się prowadzeni. – Choroba doprowadziła mnie do pasji słuchania słowa Bożego i tego, jak je tłumaczy ojciec Adam Szustak. Słucham w internecie jego konferencji. To fascynujące! – śmieje się Michał. W grudniu Michał wrócił do pracy – pracodawca w jego biurze rachunkowym w Wodzisławiu nigdy nawet nie wspomniał o zwolnieniu go. Razem ze współpracownikami wspierał go cały czas. Budzą się u nich nowe pasje. Michał zawsze marzył o grze na gitarze – uczy się teraz razem z Hanią! Wraca stara pasja – samochody. Ich własny udało się tak przerobić, że może go obsługiwać z pomocą rąk. – Jestem strasznie zadowolony, jak trzeba wysiąść, żeby zatankować, iść zapłacić. Człowiek cieszy się z takich małych rzeczy!