Morzem pisane

Szymon Babuchowski

|

GN 45/2013

publikacja 07.11.2013 00:15

Żywioł otwiera poetów na tajemnicę. Krążą wokół niej, nie ośmielając się jej nazwać. Wiedzą, że słowa i tak będą tu zbyt małe.

Morzem pisane Autor antologii Zbigniew Jankowski to wielki znawca tematyki morskiej w poezji ks. SłAWOMIR CZALEJ /GN

To nie jest zwykła antologia wierszy marynistycznych, choć tytuł mógłby sugerować, że z takim właśnie wydawnictwem mamy do czynienia. „Morza polskich poetów” to przede wszystkim potężna dawka znakomitej poezji metafizycznej, wyzwolonej przez żywioł od wieków niepokojący artystów i stanowiący dla nich niewyczerpane źródło inspiracji.

Największy znak

Autor antologii, Zbigniew Jankowski, to bodaj najlepszy znawca tej tematyki w naszym kraju. W wierszach 82-letniego poety morze nie jest abstrakcyjnym obrazem, bo obcował z nim, pływając m.in. na kutrach rybackich i odbywając rejsy oceaniczne. – Na skraju ludzkich możliwości modlitwa stawała się bardzo spontaniczna. Kuter zachowuje się w sztormie jak wanna. Jako niezbyt odporny na fale, przeżywałem niekiedy prawdziwe gehenny – wspomina ten czas w rozmowie z GN.

Tak silne doświadczenie nie mogło pozostać bez wpływu na twórczość Jankowskiego. Morze stało się odtąd motywem przewodnim jego poezji, wyznaczanej przez rytm przypływów i odpływów. W niektórych wierszach żywioł ten staje się wręcz obrazem Boga: „Ty wiesz: morze u stóp/ jest naszym zbliżeniem, największym znakiem,/ który tu znalazłem/ dla oznaczenia ciebie w ludzkich zmysłach” – zapisał w tomie „Ciążenie morza”. – Stary Testament nie pozwala na przedstawianie obrazu Boga, natomiast człowieczość dąży do konkretu. I poezja też do tego dąży. Szuka znaku, szuka wyrazu – dopiero wtedy potrafi nas łączyć. A my przez całe życie chcemy się łączyć. Bez tego jesteśmy nieszczęśliwi. Dlatego ta moja wewnętrzna przestrzeń, z którą może się urodziłem, chciała się we mnie uprzestrzennić realnie, morsko. Odwołać się do boskości w dotyku również, w zmysłach, nawet w uczuciach lęku, zagrożenia i wielkiego zawierzenia w końcu. Modlitewnego zawierzenia, do którego płynie się bardzo długo – tłumaczy Zbigniew Jankowski, którego wiersze również znajdziemy w antologii. To twórczość rozpięta między dwoma biegunami: z jednej strony jej bohater dąży do „rozpłynięcia się” w Bogu, z drugiej drażni go „święty spokój” wiary, który kojarzy mu się z pychą. Jest w tych wierszach sporo morskiej ciszy, ale jest też miejsce na sztorm; pojawiają się milczenie, kontemplacja, ale i żarliwa walka o wiarę. Stopniowo jednak bohater wyraża „zgodę na falowanie”.

Tłumaczenie się z morza

Właśnie wiersz „Ciało i fale”, będący znakiem tej zgody, zamyka blok wierszy Jankowskiego w tej książce. Nie jest to jednak ani koniec, ani początek obszernego, liczącego 420 stron tomu, w którym wystąpiło aż 75 autorów. Poeci zostali w nim uporządkowani chronologicznie – według dat urodzenia, co pozwala dostrzec generacyjną rozpiętość antologii: najstarszego Jarosława Iwaszkiewicza dzieli od najmłodszego Tadeusza Dąbrowskiego 85 lat.

Czy wraz z przemijaniem kolejnych pokoleń zmienia się podejście poetów do morza? Wydaje się, że upływ czasu nie ma tu nic do rzeczy. Zmienia się oczywiście język, ale różnice w widzeniu żywiołu wynikają raczej z indywidualnych skłonności autorów niż z przynależności do danego pokolenia. Znakomitym pomysłem było zamieszczenie obok wierszy autorskich komentarzy, w których sami poeci muszą „wytłumaczyć się” ze swoich morskich inspiracji. Podobnie skomponowana była zresztą pierwsza wersja antologii Jankowskiego zatytułowana „Morze u poetów”, która ukazała się w 1977 roku. Obecnie została ona jednak mocno przebudowana – uwspółcześniona i rozszerzona.

Nie zawsze było możliwe wydobycie od poety wypowiedzi przeznaczonej specjalnie do tej (czy też poprzedniej) książki. Czasem autor antologii musiał posiłkować się fragmentami prozy danego twórcy, jednak dzięki trafnemu doborowi tych tekstów również i one rzucają ciekawe światło na morską lirykę poszczególnych poetów. Tak jest chociażby w przypadku największych – Czesława Miłosza i Zbigniewa Herberta, dla których wierszy komentarz stanowią fragmenty „Widzeń nad Zatoką San Francisco” i „Labiryntu nad morzem”.

Kamienna wyobraźnia

Wypowiedzi, które powstały specjalnie dla potrzeb antologii, są w wielu przypadkach wyznaniami bardzo intymnymi. Czasem, jak w przypadku otwierającego blok tekstu Anny Kamieńskiej, mają one postać listu do autora opracowania. Uderza w tych autokomentarzach przyznawanie się do bezsilności wobec żywiołu. Kamieńska cytuje w liście swój własny wiersz: „Nie jestem na tyle pyszna o morze/ Abym ośmieliła się słowami udawać twoją potęgę”. Okazuje się, że morskie inspiracje bywają zagadką także dla samych piszących. Czymś, co przychodzi spoza nich i ich przerasta.

W jednej z najciekawszych wypowiedzi Tadeusz Różewicz mówi o swojej „kamiennej i małej” wyobraźni, która nie pozwala mu na dalekie i egzotyczne wędrówki. „Podziwiam wspaniałych samotnych żeglarzy, odkrywców, od Kolumba do Teligi, ale sam jestem tylko cierpliwym piechurem, który przemierza swoją drogę krok za krokiem. Ziemia pod stopami to ojczyzna mojej wyobraźni. Czasem, kiedy jestem zmęczony, zamykam oczy i wtedy widzę morze. Ogromne, pozbawione właściwości, zamknięte w słowie jak w łupince orzecha”.

Jak widać, nie trzeba, jak Zbigniew Jankowski, pracować na kutrze, by morze wpłynęło do wierszy. Wielu z prezentowanych w antologii autorów przyznaje się do bycia „szczurami lądowymi”, którzy morze znają jedynie z wakacji. A jednak i na nich cierpliwa praca morza pozostawiła niezatarte piętno, choć z pewnością jest to zupełnie inna relacja niż w przypadku kogoś, kto wiele miesięcy życia spędził na statku. „Poeta bowiem – przypomina Jankowski we wstępie – nie pisze na temat morza, ale morzem na temat siebie i swojego indywidualnego świata”. To dlatego raz będzie ono obrazem Boga, innym razem odzwierciedleniem naszych niepokojów, a czasem nawet – jak w poemacie „Imago mundi” Wojciecha Wencla – stanie się siedliskiem demonów.

Ogrom zamyka usta

Skoro żywioł ten mieści w sobie tyle znaczeń, to zapewne rację ma jedna z najmłodszych uczestniczek antologii, Krystyna Dąbrowska, mówiąc, że najtrafniej opisuje morze banalny, zdawałoby się, epitet: ogromne. „Morze jest ogromne, a jego ogrom zamyka mi usta” – dodaje poetka. Takie właśnie są wiersze z antologii – pisane na granicy milczenia. Słowo zatrzymuje się na brzegu tajemnicy jak pies z wiersza Dąbrowskiej, który „próbował przegryźć srebrną linę wody”:

i gryzie ją i orze, a zaraz płoszy się, cofa

kłusuje skrajem plaży – staje – skrada się – trąca nosem

bok fali, ostrożnie obwąchuje toń

i szturcha łapą, bodzie, drażni morze

jakby zaczepiał ogromne stare zwierzę.

Poeci piszący o morzu, czy może raczej piszący „morzem”, bardzo tego psa przypominają. Krążą wokół tajemnicy, nie ośmielając się jej nazwać, bo wiedzą, że słowa i tak będą tu zbyt małe. Dlatego zatrzymują się na tej linii, gdzie światy stykają się, a czasem nawet przenikają. „Jest nad morzem przykryta liśćmi pieczara jesieni, spotyka się w niej potwór morza i potwór ziemi w miłosnym objęciu” – czytamy w prozie poetyckiej Julii Hartwig.

Czasem poeci spoglądają jeszcze dalej, za „ostrzegawczą linię horyzontu”, gdzie woda staje się „coraz przejrzystsza” – jak w mistycznym wierszu Mileny Wieczorek „Ostatni dzień miasta”. „Z muszli nieba i ziemi rozchylonych lekko/ wyszłam wspięłam się na jasny brzeg/ antycznego miasta jeszcze nienarodzonego” – mówi poetka. Chyba właśnie to tajemnicze spotkanie nieba i ziemi jest obrazem, który sprawia, że wiersze „pisane morzem” tak często zawierają w sobie ładunek religijny. I pewnie dlatego tak mocno poruszają.