Wszyscyśmy z Chestertona

Piotr Legutko

|

GN 45/2013

publikacja 07.11.2013 00:15

Walczy z systemem, śpiewa muzykę dawną i wielbi autora „Ortodoksji”. Właśnie napisał jego biografię.

Wszyscyśmy z Chestertona Jarema Piekutowski jest socjologiem, ale też znawcą twórczości Chestertona Grzegorz Kozakiewicz /gn

Socjolog Jarema Piekutowski jest postawnym mężczyzną, ale – jak sam podkreśla – do Chestertona sporo wagi mu brakuje. Gdy odczytuję jego długi biogram, pełen bardzo różnych aktywności, dorzuca: „uczę się także boksu i tańca”. W PKD własnej firmy ma wpisane: „działalność artystyczna wykonywana osobiście”. Pracuje głównie słowem. Na koncie facebookowym, w miejscu, w którym określa się własne poglądy polityczne, ma wpisany „dystrybucjonizm”. Dla wtajemniczonych to znak „ukąszenia” Chestertonem, bo właśnie angielski pisarz (i kandydat na ołtarze) był współtwórcą tej oryginalnej koncepcji ustrojowej – w połowie drogi między kapitalizmem a socjalizmem. Ale Piekutowski wyraźnie szuka własnej, „trzeciej drogi”. Promuje tworzenie małych wspólnot, opartych na drobnej własności, skupionych na pomocy najsłabszym. W tekście, który niedawno opublikował w „Więzi”, cytuje Thomasa Mertona: „nie ma ładu społecznego bez świętych”.

Jest życie!

Droga Piekutowskiego do G.K. Chestertona była długa jak trasa pociągu Przemyśl–Szczecin. Metafora nie jest przypadkowa. To właśnie pokonując kraj po przekątnej, nocą, młody socjolog przeczytał po raz pierwszy „Ortodoksję”. – I to była prawdziwa bomba. Jakby ktoś rozwalił duszne, czarne dekoracje i ukazał światło. Więc jednak jest życie! – nie kryje i dziś entuzjazmu.

Chestertona „polecił” mu C.S. Lewis. – Przeczytałem „Tę ohydną siłę”, która do dziś jest jedną z najważniejszych dla mnie książek, i przy okazji natknąłem się na wzmiankę, że Chesterton był dla Lewisa jedną z inspiracji – wyjaśnia. Entuzjazm pojawił się w samą porę, bo podróżny był wówczas w poważnym dołku. – W moim życiu duchowym zaczęły się naprawdę solidne dylematy. Otaczał mnie katolicyzm ponury, polegający przede wszystkim na zakazach, na ascezie, bolesnym trudzie i odrzuceniu świata. Brakowało w nim życia. Za dużo było śmierci, za mało zmartwychwstania – opisuje Piekutowski. I oto nagle w „Ortodoksji” przeczytał zdanie, że w chrześcijaństwie nie ma nic połowicznego i zarazem niczego tu nie brakuje, bo jest jednocześnie 100 proc. smutku i 100 proc. radości. – Zrozumiałem, że smutek ma swoje miejsce na równi z radością, że asceza jest potrzebna obok korzystania z uciech świata, ale nie zamiast nich. I tak, metodą paradoksów, Chesterton poukładał mi wszystko w spójną, zdroworozsądkową całość – mówi późniejszy autor jego biografii. Wtedy, w pociągu, poczuł, że „to jest to”. Choć przecież konwersji doświadczył sam już 8 lat wcześniej.

Tam mnie dopadło…

Dlaczego przestał być ewangelikiem? Nie pod wpływem lektur, ale swoistego olśnienia. Nie w pociągu, ale i nie w rodzinnym Szczecinie. – Kiedyś wybrałem się do Krakowa z dwójką przyjaciół: jeden był zdeklarowanym katolikiem, drugi ateistą. Była akurat niedziela, więc ustaliliśmy, że katolik pójdzie do swojego, a ja do swojego kościoła, ateista zaś do baru mlecznego – wspomina. Pamięta, że w ewangelickiej świątyni przy ulicy Grodzkiej doświadczył poczucia dojmującej pustki. Wstąpił więc do położonej nieopodal bazyliki ojców dominikanów. – Tam mnie dopadło… 800 lat monastycznej tradycji i powaliło na kolana. A potem odwiedziłem franciszkanów, zobaczyłem witraż Wyspiańskiego i od razu chciałem przystąpić do Komunii – śmieje się dziś z gwałtowności tamtego zauroczenia. Przyznaje, że jego konwersja na katolicyzm miała wówczas w dużej mierze podłoże estetyczne. Z niego pewnie też wzięło się późniejsze zamiłowanie do chwalenia Pana śpiewem – w zespole „Pomerania Ensamble”. A potem pojawił się jeszcze komponent mistyczny. Fascynacja medytacją, pismami Ojców Pustyni, Mertonem. – Bywałem w lubińskim klasztorze benedyktynów. Nadal bardzo inspiruje mnie chrześcijański Wschód. Podobnie jak Tomasz Budzyński jestem „dzikim człowiekiem ze Wschodu” – deklaruje Jarema Piekutowski.

Wiktoriańskie klimaty

A Chesterton? W czasach, gdy jego biograf wyrósł już z Bahdaja i Niziurskiego, wpadła mu w ręce „Latająca gospoda”. I zaraz wypadła. Z lekkim zażenowaniem przyznaje, że był wtedy pod wpływem innej literatury, bardziej porywał go „Ptasiek” Whartona niż poczciwe brytyjskie ględzenie. I trzeba było wielu lat, by Piekutowski odkrył „olbrzyma o olbrzymim sercu”, jak dziś z czułością wyraża się o Chestertonie.

To pewnie trochę jak z muzyką. Czasem coś nam równie szybko w ucho wpada… jak wypada. A inna „muza” najpierw wydaje się nudna, obojętna, by z czasem całkowicie nami zawładnąć. Autor „Przygód księdza Browna” wyrzucony drzwiami z domu Piekutowskich, powrócił oknem. I całkowicie zawładnął gospodarzem.

Widać to na każdej stronie wydanej właśnie biografii „G. K. Chesterton. Geniusz ortodoksji”. Nie jest to spisane przy użyciu szkiełka i oka kompendium wiedzy o wybitnym pisarzu. Piekutowski wybrał fabułę… à la Chesterton. Są tu skrzące się paradoksem dialogi, malownicze opisy i wiktoriańskie klimaty.

Ejże, popraw to zdanie

Sam Jarema Piekutowski, znany dotąd czytelnikom i przyjaciołom jako socjolog, zaskakuje czytelnika oryginalnym podejściem do biografii twórcy dystrybucjonizmu. Widzi w nim nie ideologa, ale subtelnego i wrażliwego poetę, kochającego życie, zmagającego się z problemami materialnymi i wielbiącego żonę – Frances. Człowieka rozdartego pomiędzy miłość (do kobiety, wiernej anglikańskiemu Kościołowi) a rosnącą z każdym rokiem tęsknotę za katolicyzmem. Chesterton w książce Piekutowskiego na pewno nie jest „papierowym bohaterem”. – I dzięki temu doskonale wpisuje się w toczącą się właśnie debatę nad jego świętością – zauważa Dominika Sozańska, socjolog religii, zwracając uwagę, że Kościół wynosi ostatnio na ołtarze właśnie takich ludzi, mocno zaangażowanych w życie, świadków Chrystusa, a zarazem zwyczajnych małżonków, aktywnych obywateli.

Autor biografii pytany, na ile ten – mocno fabularny – portret faktycznie oddaje postać pisarza, odpowiada: – Choć jestem sceptykiem względem modlitwy wstawienniczej, to uprawiałem ją, być może w nie do końca ortodoksyjnej wersji, zakładając, że Chesterton jest teraz gdzieś blisko Wielkiego Redaktora. Zwracałem się do niego uprzejmie i po dżentelmeńsku, żeby może słówko Mu szepnął. I – choć może to być wytwór wyobraźni – podczas pisania czułem nieraz cichą obecność jego i jego żony Frances. Nieraz w postaci napomnienia: „Ejże, popraw to zdanie”.

Nie potrafimy rozmawiać

Piekutowski samokrytycznie przyznaje: „wygląda na to, że jestem hagiografem”. Trudno bowiem oprzeć się urokowi jego bohatera. I czasów, w których ludzie o całkowicie odmiennych poglądach potrafili spierać się z wielką klasą, kulturą i angielskim poczuciem humoru. – Niedawno na Facebooku zamieściłem fotografię Chestertona, George’a Bernarda Shawa i Hilaire’a Belloca. Z dedykacją dla moich przyjaciół z różnych stron politycznej barykady i z pytaniem: dlaczego dziś nie potraficie tak ze sobą rozmawiać jak oni wtedy? A przecież różniły ich kwestie fundamentalne, potrafili być także w krytyce swoich poglądów bardzo wyraziści – mówi J. Piekutowski.

Jako socjolog wciąż czeka na polskie wydanie „Zarysu zdrowego rozsądku”, książki, w której Chesterton zawarł swoją wizję idealnego społeczeństwa. – Być może hasło „trzy akry i krowa” wydaje się nam dziś anachroniczne, ale duch dystrybucjonizmu, płomienna obrona prawa własności, decentralizacji, różnorodności i przedsiębiorczości są wciąż żywe – zapewnia Piekutowski. Sam szczególnie ceni w jego publicystyce element antysystemowy i antykorporacyjny. I pewnie sporo z Chestertona znajdziemy w opublikowanym niedawno w „Więzi” tekście „Od systemu do człowieka”. Nie jest to program polityczny autora, raczej pochwała oddolnej inicjatywy. „Świetnym tego przykładem są zakładane w miastach kooperatywy spożywcze, w ramach których grupa ludzi decyduje się na kupowanie naturalnych produktów bezpośrednio od rolników. Nawet niewielkie akcje podejmowane przez grupy sąsiadów mogą stanowić zalążek dla tworzenia międzyludzkich wspólnot” – pisze Piekutowski.

Przekłada też na konkretne rekomendacje swoją fascynację Jeanem Vanierem, za którym proponuje przejście od myślenia typu „wspólnota dla mnie” do myślenia „ja dla wspólnoty”. – Ostatnio niezwykle ważne są też dla mnie spotkania z niepełnosprawnymi przyjaciółmi we wspólnocie „Wiara i Światło”. To ludzie pełni życia, o którym my nieraz nie możemy nawet pomarzyć – mówi Piekutowski, który kocha życie pewnie nie mniej niż jego mistrz i bohater.