Czuję się jak odkrywca

GN 27/2013

publikacja 04.07.2013 00:15

O tangu ze Stanisławem Markowskim, fotografem i kompozytorem, rozmawia Jacek Stankiewicz

Zdjęcie Stanisława Markowskiego przedstawiające Javiera i Geraldine tańczących tango na uliczce San Telmo  – dzielnicy Buenos Aires Zdjęcie Stanisława Markowskiego przedstawiające Javiera i Geraldine tańczących tango na uliczce San Telmo – dzielnicy Buenos Aires
Stanisław Markowski

Jacek Stankiewicz: Oglądał Pan relację ze spotkania młodzieży w Lednicy?

Stanisław Markowski: Tak. Całą noc przesiedziałem przed telewizorem.

Zatańczyła młodzież tango papieżowi?

I to dwa razy. Papież Franciszek wyszedł z kultury tanga. Wiemy o nim, że w młodości tańczył tango, a najbardziej lubił milongi.

Na początku XX w. Kościół zabronił swoim wiernym tanga. Pius X wypowiedział się bardzo krytycznie o tym tańcu.

Ale już Pius XI zmienił zdanie o tangu, co zawdzięczamy zapewne wizycie wówczas w Rzymie doskonałego tancerza Casimira Aina.

Tango powstało ok. 1900 r. w Buenos Aires.

A dokładnie w dzielnicy portowej La Boca, gdzie zatrzymywali się emigranci włoscy, hiszpańscy, afrykańscy, niemieccy. Początkowo tylko mężczyźni tańczyli tango, bo nie było kobiet. Tańczyli z tęsknoty za prawdziwą miłością. Można było kupić ciało kobiety, ale nie można było kupić miłości. Tango brzmiało więc w różnych lokalach knajpach, także w domach schadzek. Emigranci przeżywali nostalgię i przywieźli do  Buenos Aires trochę swojej tradycji, np. z Niemiec dotarł bandoneon.

Czołowy instrument tanga, na którym wiele lat później grał słynny Astor Piazzolla.

Bandoneon tym się różni od harmonii, że zamiast klawiszy ma guziki, jest mniejszy od akordeonu i kiedy się go rozciąga, ma inny dźwięk, niż kiedy się go ściąga. Był używany w kościółkach Bawarii, gdzie nie było organów. Potem w Buenos Aires go trochę „wypruto”, jego brzmienie stało się podobne do skrzypiec lub klarnetu. Zyskał przenikliwość i delikatność. Przekazywał przesłanie płynące z muzyki. Do tego doszła przywieziona przez Hiszpanów gitara i śpiew. A jak o śpiewie mowa, to nie możemy nie wymienić Carlosa Gardela, doskonałego śpiewaka, gitarzysty, kompozytora, aktora, Rudolfa Valentino Ameryki Południowej. Za nim w historii tanga pojawiły się setki doskonałych śpiewaków, kompozytorów, tancerzy. Zjawisko tanga ma bardzo wyrazistą historię i bardzo wyrazistych ludzi. Tango od początku zostało uznane za własne i wszyscy zdawali sobie sprawę z jego służebnej roli. Nie chodziło tu jednak o taniec.

A o co?

O wzruszenie. O to, aby coś przeżyć. Tanga można też słuchać. Nie trzeba tańczyć, aby dotknąć sacrum tanga.

Co nim jest?

Tęsknota ludzka, która nigdy nie zazna ukojenia. Uciekamy przed smutkami życia, ale one i tak nas dopadają. Co zrobić z nogami i rękami, gdy dusza łka?

Tańczyć?

Tak. Przy czym Argentyńczycy nie użyją słowa „tańczyć”. Powiedzą: wyrażam tango. Tancerz przetwarza tango, oddaje hołd twórcom. To zupełnie coś innego. Można tańczyć samemu. Mnie też się to zdarzało. Gdy skomponuję tango i odtwarzam je, często tańczę sam lub z kotem.

Czyli najważniejsze elementy tanga to: tęsknota, taniec i…?

Kobieta i mężczyzna. Tango jest jak w małżeństwie: patrzeniem w tym samym kierunku. Odczuwamy wspólny rodzaj piękna, harmonii, trochę nostalgii, jasnego smutku. Tango przez ponad sto lat przechodziło różne koleje losu. Od wielkiej dominacji w kulturze w latach 30. i 40. XX w., przez wyparcie przez amerykańską popkulturę. Tango odrodziło się na nowo i stanowi najpiękniejszą under- groundową kulturę wielu stron świata.

Czym dla Pana jest tango?

Sposobem na życie. Późno to zrozumiałem i w sposób dość gwałtowny. Dopiero w 2003 r. Wszedłem wówczas na stronę „todo tango”, czyli: wszystko o tangu. Znalazłem tam nagrania muzyki, której nigdy wcześniej nie słyszałem. Odtąd tylko tego słucham. Doszedłem do wniosku, że to raj utracony w muzyce.

Co Pana najbardziej zafascynowało?

Milonga, rodzaj bardziej radosnego tanga. Bo tango samo w sobie jest dość smutne.

Znane jest powiedzenie, że tango to „smutna myśl, którą się tańczy”.

Tango może być stonowane, pastelowe, chłodne. A milonga jest słoneczna, w bardziej wyrazistych barwach. Nie ma w niej rozwiązłości muzycznej samby czy rumby. Tu kobietę porywa się do tańca i mężczyzna na sto procent prowadzi. Tango to jest coś więcej niż taniec, to spojrzenie na świat, na życie. Rozmawiałem o tym z taksówkarzami, jeżdżąc po Buenos Aires. A swoją drogą w tych taksówkach w 2004 r. zawsze odnajdywałem przyklejony obrazek z Janem Pawłem II.

Dziś Argentyńczycy mają swojego papieża.

I może teraz taksówkarze wożą obrazki Franciszka.

Pojechał Pan do Buenos Aires fotografować tango?

Nie tylko do Buenos Aires. Przez pół roku objechałem świat, fotografując tango. Byłem m.in. w Berlinie, Paryżu, Moskwie, Montevideo, San Francisco i Nowym Jorku. Przywiozłem kilkanaście tysięcy zdjęć. Zacząłem od festiwalu w Lizbonie, a później w Sitges pod Barceloną, gdzie na plaży tańczy się tango. Sfotografowałem starszego adwokata z Lizbony, podobnego do Salvadora Dalego, do którego młode dziewczyny ustawiały się w kolejce. Bo w tangu wiek nie odgrywa roli. Na parkiecie przeciskałem się z aparatem między parami. A gdy czułem się zmęczony, siadałem przy stoliku, piłem wino i zbierałem odwagę, by porwać do tańca Argentynkę. Tańczyłem, choć Argentynki to charakterne kobiety i do tego świetnie tańczące.

Sfotografował Pan 93-letniego Gabriela Clausiego.

Cudowny człowiek, który skomponował ponad pięćset tang, często pod pseudonim Chula. Podarował mi sporo nut i płyt, na których zarejestrował Chopina, Beethovena, Mozarta, grając na bandoneonie, bardzo świszczącym instrumencie. Po śmierci żony mieszkał samotnie na przedmieściu w małym skromnym domku, z dwunastoma kotami. Widać, że powodzenie muzyki nie przyniosło mu sukcesu finansowego. Wspaniały, cudowny, wierzący człowiek. Gabriel Clausi miał z siedem bandoneonów – w większości były to dary narodu argentyńskiego. Jeden z nich wysadzany był brylantami i wykładany masą perłową. Wszystkie komuś podarował. Zmarł w 2010 r. Jest teraz czczony w Buenos Aires niczym święty.

Dużo zdjęć przedstawia tańczących na ulicy.

Bo w Buenos Aires często tańczy się na ulicach. W innych miastach też fotografowałem tancerzy na ulicach. Na przykład w Paryżu, w dzielnicy łacińskiej, trafiłem na knajpkę o nazwie „Milonga”. Przyszedłem, usiadłem, zamówiłem wino i obserwowałem. Nagle przyszła dziewczyna, szczupła, młoda, w sukience w grochy usiadła i czekała. Po półgodzinie pojawił się Japończyk, poprosił ją do tańca. Jak oni doskonale tańczyli! Byłem nimi zauroczony. Fotografowałem, a potem umówiłem się, by następnego dnia zrobić im zdjęcia na Montmartrze. Zamówiłem taksówkę z głośnikami i oni zatańczyli. Okazało się, że wcześniej, przed spotkaniem w „Milondze” się nie znali. Ona stewardessa, on pracownik służb specjalnych z zakresu filozofii sztuk walki. Rozmawiamy o tangu i nagle on do niej mówi: „Zmęczony jestem moją pracą. Zapraszam cię na pół roku do Buenos Aires. Jedź ze mną”.

Pojechała?

Nie wiem. Ale takich historii miałem sporo. Mogłaby z tego powstać książka.

Powstanie?

Na razie chcę opublikować zdjęcia. Powstało wiele publikacji na świecie, ale nikt z aparatem nie objechał tylu miast i nie sfotografował tanga jako zjawiska socjologicznego, niezależnego od narodowości i szerokości geograficznej. Mam już wstęp napisany przez niezwykłego znawcę tanga Nardo Zalko. Marzy mi się, aby do tego albumu została dołączona płyta.

Tego album trzeba będzie słuchać?

A jak tu opowiadać o tangu bez muzyki?