Przeproś, czyli giń

Piotr Legutko

|

GN 26/2013

publikacja 27.06.2013 00:15

Mamy w Polsce urodzaj procesów o naruszanie dóbr osobistych. Orzecznictwo sądów pokazuje, że jest to dziś wartość dobrze chroniona. Może aż za dobrze.

Przeproś, czyli giń Jan Rokita został skazany za określenie Konrada Kornatowskiego „nikczemnym prokuratorem stanu wojennego”. Wykonanie tego wyroku może go kosztować nawet 350 tys. zł PAP/Leszek Szymański

Nasze sądy cenią dobra osobiste polityków, urzędników i celebrytów w stopniu wyższym niż interes społeczny, jakim jest prawo do ich krytyki. Upominają za to państwo polskie międzynarodowe trybunały. W dodatku kary zasądzane w procesach o zniesławienie (lub naruszenie prawa prasowego) w praktyce oznaczają ruinę. Kto obraża, musi się liczyć z karą. To jasne. Ale zadośćuczynienie powinno być adekwatne do wykroczenia. Pytanie, czy tak jest, padło publicznie za sprawą Krzysztofa Wyszkowskiego, skazanego za nazwanie Lecha Wałęsy agentem SB, i Jana Rokity, skazanego za określenie Konrada Kornatowskiego „nikczemnym prokuratorem stanu wojennego”.

Niewykonalne i niesprawiedliwe

Wyroki w obu sprawach (i wielu im podobnych) formalnie rzecz biorąc nie są drastyczne. Sąd uznaje, że naruszono dobra, więc sprawca musi przeprosić. Zalecenie: przeprosiny w prasie, radiu i telewizji brzmi niewinnie. I sprawiedliwie.

Gdzie doszło do pomówienia, tam trzeba zadośćuczynić. Ale w praktyce taki wyrok może oznaczać całkowity przepadek mienia. Wykupywanie czasu antenowego i powierzchni w gazetach to koszty idące czasem w dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy złotych. Ponieważ skazani nie mają tyle pieniędzy, nie wykonują wyroku. Narastają odsetki, zadłużenie rośnie, na pensje skazanego wkracza komornik… Czy taka właśnie była intencja sądu? „Filozofowie prawa od św. Tomasza po współczesnych naturalistów głoszą, że wyroki nie obowiązują, jeśli są niewykonalne i niesprawiedliwe. Obie te przesłanki w tym przypadku zaszły. Gdyby to była kwestia 10 tys. zł, może bym ten wyrok wykonał, choć z głębokim absmakiem” – mówił Jan Rokita w wywiadzie dla „Wprost”. Pytanie o wykonalność jest zatem istotne, bo bez względu na to, czy w tym wypadku koszt przepraszania wynosił 100 tys. zł (jak dowodzą jedni), czy licząc wszystkie procesy i odsetki, nawet 350 tys. zł (jak twierdzi Rokita), to z pensji wykładowcy akademickiego nie da się za to zapłacić.

Proszę sądu, o co chodzi?

Lech Wałęsa poszedł inną drogą i w listopadzie 2012 r., po 5 latach od korzystnego dla niego wyroku w procesie z Krzysztofem Wyszkowskim, sam zapłacił za przeprosiny i zlecił egzekucję należności od działacza Wolnych Związków Zawodowych. To pokazuje absurdalność sytuacji, do jakiej dochodzi w procesach o zniesławienie. Bo przecież sentencję wyroku zna już od dawna każdy czytelnik prasy, widz i słuchacz. Podobnie jest z innymi procesami o zniesławienie, które zawsze cieszą się dużym zainteresowaniem mediów. Intencja wyroku, jakim jest naprawienie krzywdy i podanie do publicznej wiadomości, czyje dobra zostały naruszone i przez kogo, zwykle jest spełniona. A jeśli sądowi zależy na tym, by jeszcze skazany poniósł w związku z tym jakąś inną karę (np. nawiązkę na cel społeczny) powinien to jasno określić. Obecna praktyka, czyli zasądzanie przeprosin, których koszt nie jest z góry określony (a bywa rujnujący), może wskazywać, że chodzi tak naprawdę o tłumienie wolności krytyki. Wyroki dotyczą bowiem najczęściej polityków, publicystów i dziennikarzy.

Ocena nie wymaga dowodów

Takiego zdania jest prof. Antoni Kamiński, socjolog z PAN, były prezes Transparency International Polska. – Szczególnie w przypadku osób zajmujących urzędy publiczne, groźba procesu jest skutecznym kneblem dla wolności słowa. W moim przekonaniu dobrym tego przykładem jest działalność ministra Grasia i jego sporu z „Super Expresem” (dziennik oskarżył ministra, że łączył stanowisko w zarządzie prywatnej spółki z posadą w rządzie – P.L.). O ile duży dziennik może jeszcze zaryzykować wejście w spór prawny, o tyle w przypadku poszczególnych osób koszty stanowią barierę, która zmusza do ważenia każdego słowa. Co więcej, w praktyce sądowej nie rozróżnia się u nas między oceną a faktem. Inaczej wygląda sytuacja, gdy wypowiadam zdanie, że uważam kogoś za osobę nie całkiem wiarygodną, a inaczej, gdy powiem, iż jest ona kłamcą. W drugim przypadku dowód jest niezbędny, ale w pierwszym mamy prawo oceniać ludzi zgodnie z naszą intuicją i wiedzą bez formalnej konieczności przedstawiania dowodów – wyjaśnia A. Kamiński. Profesor ma zresztą poważne zastrzeżenia do samych wyroków sądowych, które są, jego zdaniem, niekiedy sprzeczne z zebranym materiałem dowodowym. – Tak jest z pewnością w przypadku wyroku dotyczącego Krzysztofa Wyszkowskiego. Mam wrażenie, że przypadek Rokity nie odbiega od tej normy – dodaje.

Skazany zaocznie

Jan Rokita może liczyć na wsparcie przyjaciół (a nawet politycznych konkurentów), którzy ogłosili zrzutkę na zapłacenie zasądzonych przeprosin. Ale to sytuacja wyjątkowa. Wiele osób, które zostały skazane w wyniku swych krytycznych wypowiedzi, znalazło się w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Jak Tomasz Szymborski, dziennikarz śledczy, pozwany przez Marka Chylińskiego, byłego redaktora naczelnego „Dziennika Zachodniego”, i skazany przez sąd za nazwanie go „tajnym współpracownikiem SB”. Szymborski bronił się, że w swoich publikacjach nigdzie nie napisał, że Chyliński „był tajnym współpracownikiem SB”, a jedynie, że „był zarejestrowany jako TW”. Co ciekawe, bronił się już po wyroku, w mediach, bo sąd skazał go… zaocznie (wezwania dostarczano pod adres, gdzie dziennikarz był zameldowany, ale od lat nie przebywał). – Wyrok w Sądzie Apelacyjnym uprawomocnił się, Chyliński ma w ręku klauzulę wykonalności, czyli w każdej chwili może nawet na mój koszt te ogłoszenia zamieścić, a komornik zająć mi konto – mówi Szymborski. A w grę i w tym przypadku wchodzą kwoty, których dziennikarz zwyczajnie nie jest w stanie zapłacić.

W niebyt za krytykę

Zapewnienie obu stronom procesu równych praw jest kwestią fundamentalną, wynikającą z konstytucyjnej zasady demokratycznego państwa prawnego. Tomasz Szymborski został tych praw pozbawiony. Z kolei Przemysław Kaperzyński, redaktor naczelny pisma „Iławski Tydzień”, został przez Sąd Rejonowy w Elblągu pozbawiony prawa wykonywania zawodu dziennikarza na dwa lata za… nieopublikowanie urzędowego sprostowania do artykułu krytykującego stan systemu kanalizacyjnego w gminie Iława. Nawet jeśli sąd był przekonany o winie redaktora, to wydał wyrok, który doprowadził do wyeliminowania go (i jego tygodnika) z rynku prasowego. A więc całkowicie nieadekwatny, a w dodatku uderzający w swobodę krytyki lokalnej władzy. Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu przyznał właśnie rację dziennikarzowi. Państwo polskie zapłaci mu parę tysięcy euro. Trudno wyliczyć straty, jakie w wyniku takich wyroków ponosimy wszyscy. W Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu Polska już kilkakrotnie przegrała sprawy wniesione przez dziennikarzy, ukaranych przez nasze sądy ze słynnego artykułu 212 (zniesławienie). Sędziowie w każdym przypadku nie mieli wątpliwości, że naruszono art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, chroniący swobodę wypowiedzi. Polskie sądy zdają się nie dostrzegać, że prawo karne, do jakiego odwołuje się wnoszący pozew, jest szczególnie dotkliwym „instrumentem” rozstrzygania sporów. W październiku 2012 roku nawet na Ukrainie parlament wykreślił z kodeksu kary za zniesławienie. W Polsce – mówiąc kolokwialnie – za krytykę puszcza się ludzi z torbami.•