Zrywanie złych plastrów

Posłaniec Warmiński 46/2012

dodane 15.11.2012 00:00

O wizytach ateistów na olsztyńskiej plebanii, najniższych stawkach i chrześcijańskiej nerwicy z Wiolettą Przybyszewską rozmawia ks. Piotr Sroga.

 – Po czterech latach działalności marzymy o bardziej komfortowych warunkach pracy – mówi Wioletta Przybyszewska – Po czterech latach działalności marzymy o bardziej komfortowych warunkach pracy – mówi Wioletta Przybyszewska
Ks. Piotr Sroga

Ks. Piotr Sroga: Stowarzyszenie „Persona Humana” istnieje od 4 lat. Była Pani jedną z osób, które zainicjowały jego powstanie. Jak się to zaczęło?

Wioletta Przybyszewska: – Idea zrodziła się równolegle w głowach kilku osób. W moim przypadku łączyło się to ze skończeniem studiów psychoterapeutycznych.

Związana byłam ze Stowarzyszeniem Psychologów Chrześcijańskich w Warszawie, które prowadzi ośrodki w całym kraju. Należą do niego katolicy, prawosławni i ewangelicy. Formuła jest bardzo otwarta. Wychodzimy z założenia, że ważne jest porozumienie światopoglądowe. W latach 90. ub. wieku istniały nurty, które postulowały odejście od ujawniania światopoglądu psychologa i psychoterapeuty. Jednak to, co się dzieje między pacjentem a psychologiem, psychoterapeutą, jest relacją, i nasz światopogląd zawsze będzie oddziaływał. Nawet niewerbalnie. Psychologia i psychoterapia chrześcijańska nie mają nic wspólnego z nawracaniem. Do nas na przykład zgłaszają się Świadkowie Jehowy i mówią: „Pani chociaż wierzy w Boga i jest mnie w stanie zrozumieć”. Wiedzą, że klękania do modlitwy nie potraktuję jako objawu choroby.

Po studiach pojawił się na pewno jakiś impuls do działania. Jak to dokładnie się stało?

– Kiedy wróciłam na Warmię, poczułam się samotnie. Co zrobić ze swoją tożsamością? Jestem także po studiach teologicznych. Ktoś mi powiedział, że jest w Olsztynie ks. Cezary Opalach, który przyjmuje kątem przy parafii na Jarotach. Któregoś razu poszłam do niego, przedstawiłam się i powiedziałam: „Czy nie myślał ksiądz, aby razem podziałać?”. Odpowiedział: „Pomyślimy”. Potem spotkałam Marię Sienkiewicz, pracownicę księgarni religijnej na starym mieście w Olsztynie. Była zainteresowana poradnictwem rodzinnym. Mówiła: „Moim marzeniem jest zorganizowanie czegoś dla ludzi na płaszczyźnie pomocy psychologicznej. Przez naszą księgarnię przelewają się tłumy ludzi i każdy przychodzi z jakimś problemem”. I tak doszło do spotkania. Spotkaliśmy się na początku w trójkę w kawiarni. Opowiedzieliśmy sobie o różnych naszych pomysłach. Potem napisaliśmy statut oparty na filozofii chrześcijańskiej. Okazało się, że w Olsztynie było wiele osób nie tylko zainteresowanych tematem, ale działających już w tym kierunku. Przykładem jest ks. Wojsław Czupryński, który prowadził Ośrodek Formacji Małżeńskiej. Szybko nawiązaliśmy z nim kontakt i wszedł do grupy inicjacyjnej. Zresztą tych osób było znacznie więcej: ks. Zdzisław Kieliszek, ks. Marek Gbiorczyk, Emilka Świto i zespół świeckich specjalistów i małżeństw od ks. Wojsława. Dzięki ks. Andrzejowi Plucie znaleźliśmy potrzebne pomieszczenie.

Podczas czterech lat działania stowarzyszenie wyrobiło sobie metody działania i doświadczenie. Jak dziś wygląda Wasza aktywność?

– Dziś trzeba wyodrębnić dwie ważne rzeczy. Ośrodek Formacji Małżeńskiej, który wchodzi w skład stowarzyszenia, jednak rządzi się swoimi prawami. Organizowane są kursy dla narzeczonych. Natomiast przy parafii pw. Chrystusa Odkupiciela Wszechświata istnieje poradnia. Są tu psycholodzy, psychoterapeuci i prawnicy. Pierwsza wizyta jest darmowa. Za następne pobieramy najniższe stawki w Olsztynie – 80 zł za sesję. Oczywiście, gdy ktoś potrzebuje pomocy, zawsze go przyjmiemy.

Kto może skorzystać z Waszej pomocy?

– Właściwie wszyscy. Jest tak, że przychodzą ludzie, którzy nie chodzą do psychologów i psychoterapeutów z obawy, że gdzieś uderzy to w ich religijność. Pojawiają się nerwice eklezjogenne. Widać różne formy natręctw.

Nerwice eklezjogenne. Cóż to jest?

– Stan ten jest związany z fałszywym obrazem Boga i religijnością opartą na surowości. Nie uwzględnia się wtedy podstawowej prawdy o Bogu – Jego miłości i miłosierdziu. Ci ludzie mogą do nas bez obawy przyjść. Wiedzą, że u nas nie zostanie naruszona ich religijność. Może być przecież ktoś człowiekiem bardzo religijnym, ale jednocześnie powinien brać leki.

Mieliście wizyty osób, które były niewierzące?

– Tak. Przychodzą do nas także ateiści. Związane jest to z problemami małżeńskimi. Mówią często: „Bardzo zależy mi na moim małżeństwie i wiem, że wy pochylicie się nad naszym związkiem”. Inni specjaliści mówią często: „Rób tak, żebyś ty był szczęśliwy”. Z założenia, poprzez odwołanie się do określonych wartości, nasz terapeuta będzie starał się szukać uratowania małżeństwa. To dotyczy także innych problemów rodzinnych.

Warunki, w jakich pracujecie, są bardzo skromne. Czy nie wpływa to na Waszą pracę?

– Dzięki życzliwości ks. Andrzeja Pluty mamy pomieszczenie. Jednak po czterech latach działalności i ilości dobra, które w tym czasie się wydarzyło, przydałyby się bardziej komfortowe warunki. Na przykład kwestia osób konsekrowanych. Kiedy jakaś siostra zakonna chciałaby skorzystać z porady, a obok jest kancelaria, gdzie czekają ludzie... Nie przyjdzie tu. Ale do mojego prywatnego gabinetu – jak najbardziej.

Słyszałem, że dużą popularnością cieszył się „Trening asertywności dla chrześcijan”. Co to za propozycja?

– Zgłosiło się wiele osób. Kilka razy więcej niż było przewidzianych miejsc. Chrześcijanie boją się asertywności – umiejętności powiedzenia „nie” w ramach obrony swoich granic, bronienia swoich praw. W myśleniu wielu jest to sprzeczne z ideą nadstawienia drugiego policzka. Podczas treningu mówimy ludziom: „Możesz nadstawić drugi policzek, ale nie może to działać na zasadzie plastra religijnego, który naklejasz na brak umiejętności obrony samego siebie”.■