Fałszywa propozycja

Andrzej Grajewski

|

GN 45/2012

publikacja 08.11.2012 00:15

Projekt stałej wystawy w Muzeum Śląskim jest próbą opowiedzenia historii Górnego Śląska według fałszywych założeń, przeinaczającą fakty oraz naciągającą interpretacje.

Trwa budowa nowej siedziby Muzeum Śląskiego – najważniejszej placówki muzealnej w regionie Trwa budowa nowej siedziby Muzeum Śląskiego – najważniejszej placówki muzealnej w regionie
Roman Koszowski

Jak wielka może być rola muzeum edukacyjnego, pokazują dzieje takich projektów jak Holocaust Museum w Waszyngtonie, Muzeum Terroru w Budapeszcie czy Muzeum Powstania Warszawskiego. Trwale zdominowały one narrację historyczną dotyczącą opisywanych wydarzeń oraz ukształtowały cały kompleks odniesień emocjonalno-intelektualnych, wpływających nie tylko na postrzeganie przeszłości, ale także percepcję wielu współczesnych zjawisk. Nic dziwnego, że wielkim zainteresowaniem cieszyło się także rozstrzygnięcie na początku października konkursu na scenariusz stałej wystawy poświęconej historii Górnego Śląska w Muzeum Śląskim. Zwyciężył projekt przedstawiony przez firmę AdVenture Sławomir Mazan, Jarema Szandar sp.j. z Katowic. Jak bardzo to kontrowersyjny projekt, świadczyła niedawna dyskusja w sali Sejmu Śląskiego, w której większość dyskutantów nie zostawiła na nim suchej nitki. W tej dyskusji głos zabrał także abp Wiktor Skworc, metropolita górnośląski – przesłał on marszałkowi województwa śląskiego Adamowi Matusiewiczowi obszerny dokument pt. „Pro Memoria”, przygotowany przez grono duchownych archidiecezji katowickiej.

Szkic do projektu

Odniesienie do tego projektu jest utrudnione przez fakt, że w wielu miejscach jest on zaledwie szkicem, z bardzo niejasno zaznaczonymi konturami. Dziwię się, że jury miało odwagę podejmować decyzję na podstawie materiału, który w niewielkim stopniu daje nam pojęcie, co na tej wystawie będzie prezentowane. Na ten fakt zwrócił uwagę dr Paweł Ukielski, zastępca dyrektora Muzeum Powstania Warszawskiego, który jako jedyny stanowczo nie zgodził się z wyborem tego projektu do realizacji i w uzasadnieniu napisał: „Wbrew oczekiwaniom autorów konkursu nie otrzymaliśmy szczegółowego scenariusza wystawy, lecz jego zarys, poziomem szczegółowości odbiegający od wytycznych do scenariusza”.

Powstania w imię czego

Jednym z karkołomnych pomysłów tej wystawy jest opowiadanie historii Górnego Śląska bez odnoszenia się do najważniejszych wydarzeń politycznych, rozstrzygających o jego losie. W ten sposób kluczowe lata 1918–1921 wpisane są w zupełnie sztucznie wykreowany blok tematyczny o nazwie „Pokolenie 1918”. Mamy w nim wszystko: życie codzienne, magiel, izbę, czas wolny, muzykowanie, świętowanie, a między nimi plebiscyt i powstania śląskie oglądane przez pryzmat – jak zaznaczono – „nowej oceny, jako wydarzenia o charakterze konfliktu i wyboru”. Powstaje pytanie, na jakiej podstawie ma być formułowana ta nowa ocena i do czego ma się ona sprowadzać. Czy do absurdalnego stwierdzenia, że powstańcy oraz członkowie niemieckich organizacji bojowych prowadzili w gruncie rzeczy wojnę domową i tylko przez przypadek używali w niej polskich i niemieckich sztandarów, dla wyrażenia własnej ekspresji politycznej? Przecież te wydarzenia były kluczowym elementem dla krystalizowania się narodowej tożsamości w tym czasie.

Znakomicie opisuje to Józef Chałasiński w kompletnie zignorowanym przez autorów wystawy studium socjologicznym o antagonizmie polsko-niemieckim w osadzie „Kopalnia”, które precyzyjnie i opierając się na badaniach empirycznych opisuje znaczenie konfliktu polsko-niemieckiego w okresie powstań śląskich dla kształtowania się świadomości regionalnej. To zrozumiałe, gdyż w latach 1919–1921 każdy mieszkaniec Górnego Śląska musiał się na nowo określić, a jak dominujące było pragnienie powiedzenia tego, kim jestem, niech świadczy frekwencja w czasie plebiscytu, która w wielu rejonach przekraczała 90 procent. Plebiscyt nie był bowiem wielkim nieszczęściem dla Górnego Śląska, jak sugerują autorzy wystawy, ale próbą wytyczenia linii granicznej w przestrzeni niejednorodnej, gdzie niezwykle trudno było wskazać linie podziałów narodowościowych.

Był także pierwszą w historii możliwością kreacji i ekspresji polskiego ducha mieszkańców tej ziemi, co ekspozycja w ogóle pomija. Warto w końcu dodać i to, że w tamtym czasie Śląsk niepodzielony mógł być tylko jeden – niemiecki i świadomość tego mieli wszyscy współcześni, zresztą na tej nucie grała także niemiecka propaganda plebiscytowa. Tworzenie więc wizji śląskiej wojny domowej jest kreowaniem mitów i fałszowaniem historii. Nie znajduje odzwierciedlenia ani w polskiej, ani w niemieckiej historiografii, jest natomiast kolejnym ideologicznym serwitutem składanym na użytek gremiów decydujących obecnie o kształcie polityki kulturalnej w województwie śląskim.

Bez Śląska Cieszyńskiego

Wśród wielu mankamentów tej ekspozycji nie najmniejszym jest kompletny chaos, jeśli chodzi o prezentację tematów związanych ze Śląskiem Cieszyńskim. Temat cieszyński pojawia się w kolejnych tzw. kapsułach czasowych, ale widz bez dostatecznej wiedzy historycznej, a należy zakładać, że taki będzie dominował na wystawie, w ogóle nie zorientuje się, że dzieje tej ziemi przebiegały zupełnie inaczej aniżeli pruskiego Górnego Śląska. Ponieważ opowieść zaczyna się pod koniec XVIII wieku, w ogóle uchodzi uwadze autorów fakt utworzenia prowincji, która była nazywana Śląskiem Austriackim. Jest skandalem, że w projekcie pominięto zasadnicze wydarzenia i fakty na tym terenie z lat 1918–1920, a więc powstanie Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego, wojnę polsko-czeską 1919 r., przygotowania do plebiscytu, a wreszcie okoliczności podjęcia decyzji o podziale tej ziemi oraz problem polskiej mniejszości narodowej na terenach przyznanych Czechosłowacji, a więc Zaolziu.

Ta luka obecna jest nie tylko na poziomie politycznym, ale właściwie w każdej warstwie tej opowieści. Nie ma więc opisu przemysłu Trzyńca i Karwiny oraz zakładów przemysłu włókienniczego w Bielsku, nie ma architektury tego regionu, jego oryginalnego folkloru, gwary i różnorodności wyznaniowej. Nie ma także działaczy narodowych ani twórców kultury. Tylko mianem farsy można określić zamiar upamiętnienia na tej ekspozycji wielu drugorzędnych autorów piszących w języku niemieckim, natomiast pominięcie takich gigantów jak Zofia Kossak-Szczucka czy Gustaw Morcinek oraz wielu innych polskich twórców, chociażby Jana Kubisza, autora nieformalnego hymnu tej ziemi „Płyniesz, Olzo”.

Wojenny jarmark

Jeszcze trudniej mi zaakceptować koncepcję przedstawienia tragedii II wojny światowej z perspektywy targu. Jak czytamy w założeniach: „poznajemy ją z perspektywy targu, jarmarku, gdzie ludzie wyprzedają rodzinne pamiątki, a jednocześnie wymieniają się informacjami, plotkami”. Muszę stwierdzić, że w tym projekcie, w którym pomysły złe, nietrafione, stale rywalizują z chybionymi, ten jest po prostu kpiną z rzeczywistości. Ze szczegółowego opisu wynika, że w klimat wojenny wprowadzać mają strofy Horsta Bienka z jego powieści „Pierwsza Polka”, a więc prezentujące sposób widzenia wydarzeń z niemieckiej perspektywy. Nic więc dziwnego, że w dalszej narracji nie ma niemieckiego terroru, bestialskich egzekucji we wrześniu 1939 r. czy całej kampanii nienawiści do wszystkiego, co polskie, jaka rozpętała się od pierwszych chwil okupacji na tym terenie.

Dopiero w drugim tle, jak czytamy, na straganach znajdą się obiekty „związane z życiem codziennym: folkslistą, ruchem oporu, katowicką gilotyną”. Taki opis jest w gruncie rzeczy trywializacją i straszliwą banalizacją tragedii ofiar, ale i bezrefleksyjnym przejściem nad sprawą odpowiedzialności katów. Pomija także kwestię zaangażowania się pewnej części Ślązaków w totalitarny system zniewolenia oraz zniszczenia dotychczasowej struktury społecznej na Górnym Śląsku. Wbrew temu, co zakładają autorzy projektu wystawy, nie okres plebiscytu i powstań śląskich był czasem rozkładu tradycyjnego modelu współżycia różnych kultur, wyznań i religii. Tamto doświadczenie zakwestionowało jedynie niemiecką dominację nad tym obszarem, ale nie czyniło z Niemców „podludzi” przeznaczonych do natychmiastowej likwidacji. W opisywanym projekcie nie ma: gestapo, SS, SA, Einsatzgruppen, planu AB.

Nie ma polskich bohaterów i niemieckich katów z tamtego okresu. Jest wprawdzie w scenariuszu punkt dotyczący KL Auschwitz, ale bez żadnego opisu, ot, konieczność, którą trzeba odnotować, zwłaszcza że następny punkt nosi tytuł Holocaust i szczegółowo opisuje zagładę Żydów z gett w Zagłębiu Dąbrowskim. Ale już brakuje jakiejkolwiek informacji o licznych podobozach Auschwitz rozsianych na Górnym Śląsku czy o strasznym marszu śmierci, jaki przeszedł przez Górny Śląsk zimą 1945 r. podczas ewakuacji tego obozu. Nie ma słowa o mieszkańcach Górnego Śląska pomagających Żydom i wzmianki o losach Henryka Sławika, jednego z najważniejszych Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Kościół w głębokim tle

W tej propozycji co jakiś czas pojawiają się hasła nawiązujące do kwestii wyznaniowych jako swoistego elementu opisu etnograficznego tej ziemi. Jest więc architektura sakralna, są pielgrzymki, a nawet jakieś stowarzyszenia religijne, opisywane jako takie same regionalne osobliwości jak klopsztanga, kulanie felgi czy fussball. Nie ma w tym scenariuszu jakiejkolwiek ekspozycji, która dotyczyłaby życia religijnego mieszkańców Górnego Śląska, jakby ich życie toczyło się jedynie między izbą, maglem, hodowaniem gołębi i odwiedzaniem knajp, oczywiście. Skoro w tej wizji kulturkampf był działaniem pozytywnym, oświeceniową pró- bą stworzenia państwa laickiego, a nie brutalnym programem germanizacji i walki z Kościołem katolickim, trudno się dziwić, że cały polityczny ruch oporu katolików niemieckich i polskich na Górnym Śląsku został w tym scenariuszu pominięty.

Nie ma słowa o tworzeniu struktur kościelnych, wybitnych kapłanach czy wielkich biskupach: Stanisławie Adamskim i Herbercie Bednorzu, których posługa była jednym z najważniejszych czynników determinujących postawy mieszkańców tej ziemi w poprzednim stuleciu. Nie ma słowa o kapłanach zamęczonych w obozach koncentracyjnych i straconych w czasie egzekucji albo podczas przejścia Armii Czerwonej. Nie ma stalinowskich represji i wygnania biskupów katowickich, choć było to wydarzenie bez precedensu w powojennych dziejach Kościoła w Polsce. Nie ma także ks. Franciszka Blachnickiego, choć stworzył ruch, który zmienił Kościół w Polsce.

Ślązak, czyli kto?

Kluczowym pojęciem dla wystawy jest termin Ślązak, który w tym projekcie występuje bez jakiegokolwiek odniesienia narodowego, co sugeruje, że – zdaniem autorów scenariusza – mamy do czynienia z odrębną grupą etniczną, która dopiero we wtórnym wyborze, podyktowanym uwarunkowaniami kulturowymi, cywilizacyjnymi albo zwykłym życiowym oportunizmem, staje się Polakami bądź Niemcami. Powstaje wobec tego pytanie, kogo to pojęcie ma oznaczać. Jeśli ma określać wyłącznie tożsamość regionalną, można się z tym zgodzić. W języku niemieckim jest silne rozróżnienie pomiędzy przywiązaniem do własnego regionu (Heimat) oraz szerszej wspólnoty, obejmującej krąg języka, kultury oraz historii (Vaterland). Oba te pojęcia są jednak wobec siebie kompatybilne. Wybór Heimatu, np. Bawarii, w żaden sposób nie przekreśla świadomości bycia Niemcem. W Polsce ten regionalny punkt widzenia nie jest akcentowany tak silnie, chociaż zarówno górale, jak i Wielkopolanie czy ludność z terenów wschodnich pielęgnują własną odrębność, tylko że nie jako przeciwieństwo do polskości, ale jej uzupełnienie.

Tymczasem czytając ten scenariusz, miałem nieodparte wrażenie, że jego celem jest zasugerowanie, iż śląskość jest definiowana jako swoisty substytut narodowości, co być może jest zgodne z niektórymi teoriami głoszonymi przez działaczy RAŚ, ale nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Tak chętnie cytowany przez autorów tego projektu ks. Emil Szramek rozróżniał 3 grupy Ślązaków: mających tożsamość polską, niemiecką oraz pozostających wyłącznie na poziomie świadomości regionalnej. Ten opis był trafny w stosunku do międzywojennego dwudziestolecia. Sytuacja jednak radykalnie zmieniła się po 1945  r., kiedy Śląsk przestał być pograniczem w wielorakim sensie, czego autorzy w ogóle nie zauważają, traktując na przykład ludzi, których los rzucił na tę ziemię po 1945 r., jako element obcy, pozostający w trwałej opozycji do „rodzimych” mieszkańców tego regionu, co, biorąc pod uwagę liczne małżeństwa mieszane na tym obszarze, w ogóle czyni taką klasyfikację bezsensowną. Dlatego nie do przyjęcia jest jedna z zawartych w scenariuszu tez, że jedną z osi konfliktu po 1945 r. był trwały antagonizm między miejscowymi a przybyszami. Z pewnością on występował, ale jednocześnie miał miejsce głęboki proces asymilacji przybyszów do miejscowych warunków, przyjmowanie tożsamości regionalnej.

Wszelkie przejawy polskości na tej wystawie przedstawione są z wyraźną rezerwą, czego nie zauważa się w stosunku do wątków niemieckich. To widać także w przedstawieniu losów mniejszości narodowych, które po 1921 r. znalazły się poza granicami państwa polskiego. Widz będzie miał sporo informacji na temat mniejszości niemieckiej żyjącej w województwie śląskim w okresie międzywojennym, ale już nic nie będzie wiedział o blisko milionowej rzeszy Polaków, która pozostała na Śląsku Opolskim, w niewielkim stopniu mając szanse na wypełnianie np. postanowień konwencji genewskiej, oraz o Polakach na Zaolziu. Jak sądzę, nie jest to przeoczenie, ale celowy zamysł autorów tego projektu. W tej wystawie Ślązak jest Ślązakiem i jego losy zasługują na prezentację tylko pod jednym warunkiem – gdy przestaje on czuć i myśleć po polsku. Oczywiście można taką prezentację promować jako nowy mit założycielski dla tego regionu, powstaje jednak pytanie, dlaczego to mitomaństwo ma być sfinansowane za pieniądze polskiego państwa.