Beretta-Molla - święta z klasą

Joanna Bątkiewicz-Brożek

|

GN 24/2012

publikacja 14.06.2012 00:15

O życiu i heroicznym wyborze św. Joanny Beretty-Molli z jej synem Pierluigim Mollą rozmawia Joanna Bątkiewicz-Brożek.

Beretta-Molla - święta z klasą – Mama w wolnych chwilach malowała – mówi dr Pierluigi Molla, syn św. Joanny Beretty-Molli. 56-letni doktor ekonomii mieszka w Rzymie. Często modli się przed Madonną z Dzieciątkiem namalowaną przez mamę. Henryk Przondziono/GN

Joanna Bątkiewicz-Brożek: Jak zapamiętałeś swoją mamę?

Pierluigi Molla: – Najżywsze wspomnienia to te z wypadów w góry. Mama zabierała mnie na narty. Była alpinistką, wspinała się z czekanem, na linie. Kilkakrotnie zdobyła Mont Blanc. W góry wyjeżdżała, kiedy tylko się dało. W tamtych czasach już jazda na nartach była czymś wyjątkowym, a co dopiero wspinaczka i to w wykonaniu kobiety.

Mnie to się od razu z Karolem Wojtyłą kojarzy.

– Jan Paweł II też miał takie skojarzenie (śmiech)! Moja mama była niemal jego rówieśnicą, urodziła się w 1922 roku. Pamiętam, że w 1994 r., kiedy spotkaliśmy się, zaczął rozmowę: „Tak jak wasza mama uciekałem w góry, żeby jeździć na nartach”. Historia mojej mamy zrobiła na nim wrażenie, a poznał ją jako arcybiskup Krakowa. Proces beatyfikacyjny był zaledwie na początku.

Twoja mama była ostatnią świętą wyniesioną przez niego na ołtarze.

– W grudniu 2003 r. Jan Paweł II podpisał dekret zatwierdzający autentyczność drugiego cudu za wstawiennictwem mojej mamy. Ceremonia kanonizacji zwykle odbywa się po roku. Mój tata miał 92 lata. Napisaliśmy list do Watykanu, że jest zaawansowany wiekiem i chciałby uczestniczyć w kanonizacji żony. I Jan Paweł II, w ostatnim momencie, wpisał na listę najbliższej ceremonii kanonizacyjnej moją mamę. Jej zdjęcie wisiało jako ostatnie po prawej stronie na fasadzie Bazyliki św. Piotra. Jako szósta wtedy, ostatnia, została ogłoszona świętą!

Jak to jest mieć świętą mamę, do której modlą się tysiące ludzi?

– To wielki zaszczyt. Odczuwam to 1 listopada, bo z całym Kościołem we Wszystkich Świętych oddaję jej cześć. Otrzymujemy z siostrami, Gianną i Laurą, mnóstwo listów i widzimy, jak rozszerza się kult, ile łask otrzymują rodziny. Mama ma mnóstwo roboty. Mam nadzieję, że pamięta jeszcze o nas (śmiech).

Modlisz się do niej?

– Codziennie! Ale nie dlatego, że jest świętą! Modliłem się do niej już, jak miałem pięć i pół roku, kiedy odeszła. Tata powtarzał, że mama jest święta. Wołałem ją każdego dnia, ciągle z nią rozmawiałem. Potrzebowałem jej …

Czy mama pomogła Ci w jakiejś szczególnej sprawie?

– To, że jestem tu teraz, zdrowy, że mam zdrową 21-letnią córkę, to są zasługi mamy. Są tysiące spraw, w których jest i była przy mnie. Po prostu to czuję.

Z rodzeństwa spędziłeś najwięcej czasu z mamą. Jak żyła święta?

– Zupełnie normalnie. Pamiętam, że kiedy Kościół mediolański zwrócił się do taty z prośbą o pozwolenie na otwarcie procesu beatyfikacyjnego, tata był zaskoczony.

Jak to zaskoczony? Przecież mówił wam, że mama jest święta.

– No tak. Powtarzał to i wiedział, że był mężem wyjątkowej kobiety. Ale tata urodził się w 1912 r. Żył w czasach, kiedy mówiło się o świętych w kontekście odległych wieków. Święci Antoni, Franciszek… Dla taty to było czymś niezwykłym.

Tak jak dla mnie fakt, że rozmawiam z synem mojej świętej patronki…

– Tym bardziej wyobraź sobie, jak przed 50 laty musiał zareagować mój tata! Pamiętam, że powiedział ówczesnemu arcybiskupowi Mediolanu, przyszłemu papieżowi Pawłowi VI: „Eminencjo, proszę się dobrze zastanowić”. Życie mojej mamy bez wątpienia było heroiczne, bo oddała życie za moją siostrę. Ale była osobą normalną, elegancką kobietą, dbała o swój ubiór. Kiedy była w trzecim miesiącu ostatniej ciąży, z Gianną, tata wybierał się w sprawach służbowych do Paryża. Mama powiedziała mu: „Przywieź mi magazyny mody. Jak urodzę Gianninę, chcę dobrze wyglądać”.

Święta na topie…

– Mama szyła kostiumy u krawcowej i była z modą na czasie. Grała na fortepianie, chodziła na koncerty do La Scali, malowała obrazy. Może to brzmi jak opowieść o zwykłej kobiecie współczesnej. Pomyśl jednak, że mówimy o latach 40. i 50. ubiegłego wieku. Wyobraź sobie, jak wyglądały miasta, samochody. Zobacz zdjęcia mamy. Brakuje jej tylko komórki!

Była więc swego rodzaju rewolucjonistką.

– To dobre określenie. Jeździła na motorze i to dość szybko, co w tamtych czasach do kobiety nie przystawało. Jak byłem większy, przesiadła się do samochodu. Zabierała mnie do pacjentów. Musiałem się trzymać, bo mama nie oszczędzała pedału gazu (śmiech). Kiedy rodzice gdzieś jechali, zwykle za kierownicą siadała mama.

Klękaliście razem do modlitwy?

– Tak! Mieszkaliśmy w Ponte Nuovo pod Mediolanem, blisko kościoła. Mama rano przed pracą wstępowała na Mszę św. Kilka razy zabrała mnie ze sobą.

Święta Joanna pisze z pasją o Jezusie, jest w Nim zakochana. Ostatnie dni agonii, które przypadły na czas od Wielkiego Piątku do Niedzieli Zmartwychwstania, cierpi razem z Nim, nie pozwala sobie podać środków przeciwbólowych. Rozmawiała z Wami o Jezusie?

– Jezus był dla mamy wszystkim. Jemu podporządkowywała decyzje. Nie musiała o Nim opowiadać, bo swoją miłość do Jezusa przekładała na życie. Jeśli chodzi o wiarę, była zdyscyplinowana: modlitwa, Msza św., na ile było to możliwe, każdego dnia. Jako lekarz uczyła nas, że pacjent to nie tylko ciało do leczenia, ale odbicie Chrystusa. W chorych widziała cierpiącego Boga. Wszystko to jednak było dla niej naturalne, była zupełnie normalna. Tato dużo mi o niej opowiadał. Na przykład, kiedy pojechali z mamą w podróż poślubną na Capri i do Taorminy na Sycylię, wstąpili do Rzymu. Tata ciągnął od kościoła do kościoła, na adoracje. A mama mówi: „Pietro, koniec ze zwiedzaniem kościołów, błagam, pokaż mi coś innego!”.

Jak się poznali Twoi rodzice?

– Mama pracowała w laboratorium medycznym u wujka lekarza. Pewnego dnia tata po prostu zjawił się tam jako pacjent. Po raz drugi spotkali się w kościele na Mszy św. I wszystko potoczyło się dalej przez jedną z moich ciotek. Zaprosiła ich oboje na Boże Narodzenie w 1954 r. na spektakl do La Scali. Po kilku miesiącach byli już małżeństwem. On miał 43 lata, ona 33.

Poruszyło mnie zdanie, które św. Joanna napisała do Twojego taty w pierwszym liście, jeszcze przed ślubem: „Pietro, powiedz mi, co mam zrobić, abyś ty był szczęśliwy”.

– To zupełnie inna perspektywa miłości niż ta serwowana dzisiaj. Miłość, która służy drugiemu. Najpierw „ty”, a „ja” na końcu. Miłość pełna, czysta, jak u św. Pawła, bezinteresowna, która nie zważa na swoje.

Inspiruje Cię to w życiu małżeńskim?

– To model. Jesteśmy od 25 lat szczęśliwym małżeństwem z żoną. Moi rodzice żyli ze sobą tylko 7 lat. W tym czasie napisali do siebie setki listów, dziś może byłyby to SMS-y. Tata sporo podróżował. Mama pisała mu o wszystkim, nawet o moich kaprysach. Ale jest w nich ocean miłości.

Twoja mama dokonała heroicznego wyboru. Oddała życie swoje za życie Twojej siostry. Zostaliście nagle sierotami. Zaakceptowałeś jej wybór?

– Tysiące razy zadawałem sobie pytanie: dlaczego? W wieku 5 lat znalazłem się nagle z jedną siostrą więcej i bez mamy. Jedyne, co miałem ochotę zrobić, to wyrzucić moją siostrę przez okno. Dla małego dziecka mechanizm był jasny: przez siostrę umarła mama. Do końca przyjąłem i zaakceptowałem ten wybór, dopiero kiedy sam zostałem rodzicem. Trzymając dziecko w ramionach, nabrałem przekonania, że dokonałbym tego samego wyboru co mama. Zrozumiałem, że Gianna od momentu poczęcia miała prawo do życia jak my. A mama jej to prawo do życia zagwarantowała. Mama jednak do ostatniej chwili miała nadzieję, że wszystko skończy się dobrze. Podjęła się ryzyka urodzenia Gianny świadomie, była lekarzem, zdawała sobie sprawę z konsekwencji operacji nowotworu. Niestety, po porodzie wdało się zakażenie.

Pamiętasz ostatnie spotkanie z mamą?

– Jakby to było wczoraj! Widzieliśmy się po raz ostatni, jak wychodziła z domu do szpitala. Pożegnała się ze mną inaczej niż zwykle… mam to przed oczami do dzisiaj. Jej spojrzenie, przytuliła mnie jakoś inaczej. Zastanawiałem się, czemu mama tak się ze mną pożegnała. Jakby coś chciała mi przekazać. Nie zdawałem sobie sprawy ze stanu mamy. Próbowaliśmy z siostrami odwiedzić ją w szpitalu, ale nie wpuszczono nas. Tak naprawdę widziałem ją ostatni raz już martwą, na stole w domu…

Odeszła przy Was…

– Mama zmarła w swoim łóżku w domu. Przeniesiono ją ze szpitala na jej prośbę, kiedy było jasne, że to koniec. Wróciła po południu i zmarła następnego dnia o 7 rano. Do końca była świadoma, nie chciała środków uspokajających. Chciała słyszeć nasze głosy… Poprosiła, by podać jej Gianninę. Powiedziała: „Będziesz rosła beze mnie”. Tata położył martwą mamę na stole w jadalni – pięknie ubraną, jak lubiła. W tym czasie zbierałem dla mamy jej ulubione konwalie w ogrodzie. Ale nie zdążyłem jej dać… Ułożyłem je wokół jej ciała… i pogłaskałem ją… I wtedy zrozumiałem, że nie było jej tam, że żyje, ale gdzieś indziej… Wystarczy, przepraszam…