Zrzędna grzęda

Marcin Wójcik

|

GN 05/2012

publikacja 02.02.2012 00:15

Pod koniec stycznia Komisja Europejska wszczęła procedurę karną wobec Polski, bo nad Wisłą nie są przestrzegane prawa kur niosek.

Zrzędna grzęda W Polsce jaja z chowu ściółkowego stanowią tylko 7,4 proc. produkcji. System klatkowy to aż 91 proc., wolnowybiegowy 1,1 proc., a ekologiczny 0,1 proc. Roman Koszowski/GN

Od 1 stycznia 2012 roku polscy producenci jaj muszą zapewnić kurom klatki zgodne z wymogami unijnymi. Według Unii Europejskiej, szczęśliwa nioska to taka, która mieszka w klace o wymiarach minimum 35 cm wysokości i ma 750 cm powierzchni dla siebie. Poza tym niezbędne są: grzęda, urządzenie do ścierania pazurów i miejsce intymne, gdzie kura znosi jaja, najlepiej w rozmiarze M, ewentualnie L. Niemile widziany rozmiar XL, bo źle wpływa na narządy wewnętrzne kury. Tak więc szczęśliwe nioski znoszą szczęśliwe jaja, a te zjadają na śniadanie szczęśliwi ludzie. Ale obecnie najmniej szczęśliwi są hodowcy, którzy muszą wydać grube tysiące na to, żeby kurom żyło się lepiej. Dobry humor stracą też wszyscy, którzy nie wyobrażają sobie śniadania bez jajecznicy, bo wkrótce za jedno jajko mogą zapłacić więcej. Ministerstwo rolnictwa szacuje, że problem niewymiennych klatek dotyczy 4 milionów kur, czyli 30 proc. kurników. Hodowcy, którzy nie mają unijnych klatek, od 1 stycznia nie mogą sprzedawać jaj ani do polskich sklepów, ani za granicę. Ci, co wykażą, że są w trakcie wymiany, mogą do końca lipca sprzedawać jaja dla przetwórstwa. Analitycy wróżą, że część kurników padnie z powodu problemów z modernizacją.

Bliski sąsiad

Prawdopodobnie to w powiecie żuromińskim znajduje się największe w Polsce zagłębie drobiarskie. W 400 fermach hodowane są tutaj indyki, kaczki, gęsi, kurczaki i kury. Niektórzy już dostrzegają problem tak bliskiego sąsiedztwa kurników, bo łatwiej przenoszą się wtedy choroby, na przykład wirus ptasiej grypy. W przypadku rozprzestrzeniania się H5N1 na takiej powierzchni kurniki padałyby jak domino. W 2007 r. wirus zdziesiątkował stada. – Nie powinno być tak, że w imię podatków pozwala się na takie zagęszczenie – mówi Andrzej Lewandowski z Żuromina, który ma fermę niosek w pobliskich Brudnicach. – Ja tu byłem pierwszy, a teraz w sąsiedztwie jest kilka dużych kurników. Nie mam pretensji do ich właścicieli, ale do władz, które godzą się na kurnik przy kurniku.

Fundujemy sobie bombę ekologiczną. Andrzeja Lewandowskiego do zainwestowania w drób skłoniły przemiany gospodarcze w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku. O kurach coś wiedział, bo na niewielką skalę hodował je z teściem. Lewandowski zaczął od kurczaków, później były indyki, a od dwóch lat nioski. Dziennie zbiera średnio 100 tys. jaj. Sprzedaje na rynek krajowy, ale i do Rumunii. Ostatnio przyszło zamówienie z Iraku. – Zrezygnowałem z indyków, bo dostawałem coraz gorszej jakości materiał hodowlany. Nie wiem, co się teraz robi przy genetyce, ale to nie są te indyki, które miałem na początku. Przybierają tak na wadze, że nie są w stanie chodzić – mówi. – Z kurczakiem też są problemy, bo bez dawki antybiotyków nie urośnie w sześć tygodni. To bardzo intensywna produkcja i takie są obecnie wymagania rynkowe. Dzisiaj wszystko musi być szybko, ale na pewno kosztem czegoś. Pewnie zdrowia ludzi. Z nioskami jest łatwiej. Pan Andrzej sam odchowuje pisklęta, dba o nie, rozwoju nie przyśpiesza. Mówi, że takie popędzanie wcześniej czy później odbije się niekorzystnie, na przykład kura zacznie się nieść za wcześnie, a nie będzie do tego przygotowana fizycznie. Nie można też kury oszukać na paszy, wtedy jajka będą miały zbyt miękką skorupę albo będą śmierdzieć. Ale i tak sprawy wewnątrz kurnika są mniej skomplikowane niż te poza kurnikiem. Rynek powoduje, że hodowcy śpią płytko, jak kura na grzędzie. Lewandowski mówi, że ostatnie dwa lata były dla niego koszmarem, bo w Europie odnotowywano nadwyżkę jaj. – Już od dwóch lat mam unijne klatki i trochę na tym straciłem, bo mieści się w nich mniej kur niż w starych klatkach. Wielu hodowców miało właśnie stare, przez co mogli sobie pozwolić na większą obsadę kur. U mnie na przełomie 2010 i 2011 roku jaja sterczały na magazynie i nikt nie chciał zabrać towaru, a czas naglił. Sprzedawałem za bezcen. Teraz jest trochę lepiej, na rynkach zaczyna jajek brakować.

Ekologia czy klatka?

W produkcji jaj w Polsce dominuje chów klatkowy, w drugiej kolejności ściółkowy, następnie wolnowybiegowy i na końcu ekologiczny. System klatkowy oznaczany jest na jajku cyfrą 3, ściółkowy 2, wolnowybiegowy 1, a ekologiczny 0. Ekolodzy namawiają do kupowania jaj oznaczonych najniższymi numerami. Są też jaja nieoznakowane. Oferują je gospodynie, które przyjeżdżają ze wsi i sprzedają na bazarach jeszcze ciepły towar. Tutaj trzeba jednak zachować ostrożność, bo zdarza się, że te niby wiejskie jaja nigdy wsi nie widziały. Kupowane są hurtowo u producenta systemem klatkowym i celowo mazane kurzymi odchodami, żeby pachniały ekologią, a nie fermą. Jaja ze wsi najlepiej brać ze sprawdzonego źródła. Toczy się spór, czy faktycznie jajko zagrodowe jest zdrowsze od tego fermowego. Właściciele dużych kurników przekonują, że ich jaja pochodzą od kur, które są pod stałą opieką weterynarza, mają niezbędne szczepienia, nie piją gnojowicy, nie jedzą padliny, nie marzną na mrozie. Z kolei właściciele kurników ekologicznych przekonują, że kura, która ma dostęp do słońca, robaka i trawy znosi zdrowsze jaja.

Wielki powrót

Okazuje się, że w kryzysie kura wraca na wieś. Był okres, że pozbywano się ich masowo, bo grzebały w kwiatkach, robiły na przystrzyżony trawnik, rozkopywały skalniaki. Teraz kto ma kawałek ziemi i miejsce na kurnik, inwestuje w kury, bo taniej i swoje. Wartość niosek odkrywają również miastowi, którzy osiedlili się na wsi. Autorka pewnego blogu poszukuje pomocy: „Może ktoś z Was zna się na kurach i wie, jak długo one żyją i jak to jest z tymi jajkami. Strasznie, ale to strasznie chciałabym te kury mieć, ale nigdzie nie mogę znaleźć, jak długo żyje kura i czy te jajka to znosi do końca życia? Nawet ludzi się pytałam, jak widziałam, że mają kury, ale nikt mi nie potrafił odpowiedzieć, bo mówili, że jak zaczyna mniej jajek znosić, to idzie na rosół. U mnie na rosół w życiu nie pójdzie, więc musi być na dożywociu, jajek to nawet niech i mniej na starość znosi, ale ile to jest, te mniej? A może ktoś wie, ile taka kura tych jajek dziennie znosi? I jeszcze jedno małe pytanko – czy kot może zjeść kurę? Ja wiem, że moje dylematy mogą się wydawać śmieszne i dziwne, ale ja naprawdę nie wiem, a chciałabym mieć szczęśliwe kury i własne jajka, tak żebym mogła je jeść bez wyrzutów sumienia (jajka znaczy, nie kury)”. W sieci nie brakuje forów poświęconych tematyce hodowlanej kur. A odmian jest sporo. Ostatnio w piórka obrosła rodzima rasa, zielononóżka kuropatwiana. Jej jaja cenione są ze względu na niższą zawartość cholesterolu. W cenie są również koguty zielononóżki. Raz po raz słychać o powrocie kapłonów, czyli wykastrowanych kogutów zielononóżki, które w odpowiedni sposób żywione dają wyborne mięso. Zajadano się kapłonami w czasach sarmackich, a teraz wracają. W końcu nie o samym jajku człowiek żyje.