Taka historia

Marcin Jakimowicz

|

GN 50/2011

dodane 15.12.2011 00:15

O pożegnaniu ze spowiedzią, z którego nic nie wyszło, z Jackiem Borusińskim z Mumio rozmawia Marcin Jakimowicz.

Jacek Borusiński (1972) Jacek Borusiński (1972)
Aktor i autor tekstów grupy Mumio. Reżyser i scenarzysta filmu „Hi way”
Roman Koszowski /GN

Marcin Jakimowicz: Będziesz musiał „religijnie pojechać”

Jacek Borusiński: – Ojej… Spróbuję.

To cytat. Alicja Resich Modlińska pyta w telewizji: „Co jest dla Mumio najważniejsze?”. A Ty na to: „To będę musiał tak religijnie pojechać: miłość Pana Boga”. Nie żałowałeś, że wyskoczyłeś z tym tekstem?

– Nie, nie wstydziłem się tego. Tu chodzi o coś innego: mam ogromny problem z opowiadaniem o wierze. Gdy czytam to, co powiedziałem, łapię się za głowę: „O matko, jak ja się wymądrzam!”. Ciężko mi potem znieść w tych wywiadach samego siebie. Opowiadam o rzeczywistości, która mnie przerasta. Bo zawsze w taki wywiad wkręca się coś, co jest na wyrost.

Dzwonię do Ciebie dwa dni temu: jesteś na rekolekcjach, wczoraj: na katechezach. Nie zmieniasz wizytówki na Jacek Borusiński – kaznodzieja baptystyczny?

– Nie (śmiech). Ale rzeczywiście: program związany ze wspólnotą i katechezami jest ostatnio niesamowicie intensywny i gęsty. Wczoraj byłem na katechezie adwentowej. Sami z żoną głosiliśmy już katechezy dwukrotnie…

W kompletnej ciemności i strachu?

– Gdy w zeszłym roku po raz pierwszy wyszedłem do ambony, myślałem: „Jakoś to będzie. Jestem przecież przyzwyczajony do wystąpień publicznych”. Ale okazało się, że to jest tak kompletnie nowa rzeczywistość, że naprawdę byłem przerażony. Nigdy się tak nie trząsłem. Przed żadną premierą, przed żadnym festiwalem w Opolu. Tam nie byłem sobą; wskakiwałem w skórę postaci, którą grałem. Tu wychodziłem jako Jacek Borusiński. Kolana się uginały, miałem dwa serca, które waliły w jakimś chorym rytmie. Nie pamiętałem nawet, co mówiłem. Pytałem później żony: „Jak było?”, a ona: „Jak na ciebie, mówiłeś bardzo krótko” (śmiech). To są mocne doświadczenia: widzisz, że działa Duch Święty, a nie ty. Ty możesz jedynie coś bełkotać, pozwolić się skompromitować, stracić twarz.

Co się wydarzyło przez ostatnie dwa lata? Wtedy, na Song of Songs, opowiadaliście o doświadczeniu wiary „z pewną taką nieśmiałością”. Więcej mówiliście o tym, że produkujecie mebelki z mydła czy z masła. Teraz mówisz o Bogu bez ogródek…

– Uciekaliśmy w absurd, bo baliśmy się opowiadać o Kościele na serio. Obawialiśmy się takiego nabzdyczenia, patosu. Moja żona mocno mnie punktuje. Jest jakaś normalna sytuacja domowa i ja nagle proponuję: „Pomódlmy się”; a ona patrzy na mnie i rzuca: „A co ty się taki nienaturalnie poważny robisz? Tak ci się śmiesznie cała twarz ściąga”. I tego właśnie bałem się, odpowiadając dziennikarzom na Song of Songs. Ale gdy zaczynasz zauważać, że Bóg ratuje ci życie i przychodzi w chwilach twych największych słabości, nie możesz o tym nie mówić. I powoli przestajesz się bać, czy to nabzdyczone gadanie ma sens. Kiedyś jeden z bielskich księży poprosił mnie, bym powiedział świadectwo dla gimnazjalistów.

Co grozi śmiercią lub trwałym kalectwem…

– Sam nie wiem, dlaczego zgodziłem się na taki samobójczy krok. Wracałem zmęczony z Warszawy, dowlokłem się na to spotkanie. Mówię i mówię, ale czuję, że idzie jak po grudzie. Widzę, że ich to kompletnie nie interesuje. To najtrudniejszy target, jaki można sobie wyobrazić. Jest kiepsko, ale cisnę ten wózek. Ksiądz, który mnie zaprosił, też nie jest w euforii. Trudno. Skończyłem, wróciłem do domu z poczuciem totalnej porażki. Położyłem się spać. Na drugi dzień odbieram telefon. Dzwoni ten ksiądz i mówi: „Słuchaj! Wydarzyło się coś niesamowitego. Przyszedł jakiś facet, zaplątał się jakoś na tę katechezę, a potem poprosił mnie o spowiedź. »Nie spowiadałem się od 15 lat« – mówił. – Bardzo dotknęło mnie świadectwo, które usłyszałem”. Dla mnie to było niesamowite doświadczenie: nawet z takiego chaosu, z czegoś tak lichego, Bóg jest w stanie wyprowadzić dobro. Pomyślałem: nie ma co się opierać…

Nie masz wrażenia, że to definicja Kościoła? Bóg utożsamia się z czymś tak kruchym, lichym, skażonym grzechem? Przychodzi i naprawia to, co psujemy…

– Może i tak? Spowiadałem się przez lata u księdza, z którym, delikatnie mówiąc, różniliśmy się politycznie. Nie spotykaliśmy się kompletnie w przeżywaniu rzeczywistości tego świata. Było gęsto, ostro. Siekiera wisiała w powietrzu. Ale nagle, w czasie spowiedzi, dokonywała się jakaś przemiana – następowało spotkanie. Spotykałem kapłana, który jest totalnie wyrozumiały dla grzesznika, znikało całe zacietrzewienie. To była taka dwutorowa sytuacja: prywatnie się różnimy, ale w sakramencie łaska płynie strumieniami. Ja myślę, że paradoksalnie Kościół musi jeszcze wiele zepsuć. Po to, by świat zobaczył, że nie opiera się na ludziach. By znikło to całe mdławe moralizatorstwo.

Nie kradnij, noś czapkę, chodź do kościoła, nie pluj?

– Tak! I takie podejście ilościowe: „Mamy pełne kościoły”. Co z tego, skoro dla wielu ludzi to jedynie martwy rytuał? Myślę, że by mogło nastąpić oczyszczenie, musi się jeszcze troszkę zawalić. Muszą wyjść na jaw potknięcia, błędy czy nawet zgorszenia.

Jako licealista też myślałeś, że to jedynie martwy rytuał?

– Nie. Byłem przez 12 lat ministrantem. To dało mi dużo dobrego. I dużo złego. Zyskałem na pewno relację z Panem Bogiem, siedziałem często w kościele, nasłuchałem się Słowa. To musiało wydać owoce. Opowiem ci o jednym z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Byłem jedenasto- czy dwunastolatkiem. Prowadziliśmy z kolegami „Dzienniczki ministranta”. Wpisywaliśmy do nich punkty;  za Mszę niedzielną 1 punkt, za Mszę w tygodniu 2…

I bonus za pogrzeb.

– Tych bonusów było mnóstwo: majowe, Różańce, Roraty i tak dalej. Zbieraliśmy te punkty jak szaleni. Nadszedł finał. W efekcie uplasowałem się na trzecim miejscu. Wydaje się to jakieś chore, infantylne, ale ja widzę, że to był genialny czas. Bo ja nagle zauważyłem, że dzięki temu wyczynowemu bieganiu do kościoła… przestałem się bać. To była jakaś łaska. Wcześniej jako dziecko miałem sporo lęków: ciemność, samotność. Klasyka. I nagle widzę, że przestałem się bać. Mówię: „Trzeba sprawdzić Pana Boga, pójdę w nocy do ciemnej piwnicy”. I poszedłem. Zero strachu. To wydaje się dziecinną rozgrywką, ale ja zaczynałem wtedy nabierać pewności, że w Kościele, przy Panu Bogu, nic złego nie może mi się stać. Jestem chroniony. Z drugiej strony jako ministrant skonfrontowałem się z ludzką twarzą Kościoła: słabą, wykrzywioną, grzeszną. Widziałem kilka niezbyt fajnych historii. Zobaczyłem Kościół od strony firmy, instytucji „usługi dla ludności”.

Czy jako dziecko odprawiałeś Msze w prześcieradle zamiast w ornacie?

– Nie. Ale pamiętam, że kiedyś w Popielec założyłem w domu komżę, z szalika w kratkę zrobiłem stułę, podchodziłem do rodziców i porządnie posypywałem ich popiołem.

Historia Mumio jest opowieścią Kopciuszka. Spotkaliście się w teatrze, o którego istnieniu nie wiedziało nawet wielu katowiczan, a po kilku latach poznała was cała Polska. Widzisz w tym jakieś „odgórne” prowadzenie?

– Jasne! Tylko i wyłącznie. Na początku w teatrze Gugalander był Darek. Po pięciu latach przyszedłem ja. Zdawałem wcześniej do Krakowa na PWST, ale mi powiedzieli, że nie mam scenicznej sylwetki. Mam za długie ręce. Poszedłem na teatrologię do Katowic. Trafiłem do Gugalandra, a po jakimś roku z castingu wyłoniła się Jadzia. Najśmieszniejsze jest to, że gdyby to zależało od Darka, Jadzia by nie przeszła (śmiech). Po latach okazało się, że każdy z nas jest jakimś puzzlem układanki, która pasuje do siebie jak ulał. A my z dnia na dzień mieliśmy coraz większą świadomość, że to nie my układamy te puzzle. Bez Pana Boga Mumio by nie przetrwało.

Ateista słysząc wasze opowieści o tym, że grupę ratowała spowiedź, popatrzy na was jak na idiotów…

– Ale tak było, naprawdę. Są teorie, że taki teatr niezależny, offowy, wytrzyma z sobą 6, 7 lat, a potem się rozpada. My też mieliśmy kryzys. Miałem ochotę wiać, uciekać. Było mi duszno, ciasno. Ale to, że mieliśmy tego samego spowiednika, rozwiązywało potężne napięcia. Po spowiedzi dalej robiliśmy swoje. W konfesjonale docierało do mnie, że to, co jest w moim życiu wstydliwe, słabe, kłujące, ta rzeczywistość, od której chcę zwiewać, jest w istocie błogosławieństwem. I choć teoretycznie wiem, że to prawda, do tej pory się przeciwko temu buntuję (śmiech).

Doświadczyłeś kiedyś takiej słabości Kościoła, że na widok księdza przechodziłeś na drugą stronę ulicy?

– Pamiętam moment ogromnego buntu przeciw Kościołowi. To był przełom liceum i studiów. Zobaczyłem Kościół jako martwą przestrzeń. Pamiętam scenkę: nowo wybudowana świątynia. W pierwszych ławkach siedzą babcie, które trzymają zapalone świece. I nagle jedna z nich przechyliła tę świecę, a na lśniącą posadzkę zaczyna kapać wosk. I widzę wzrok księdza, jakiś taki potworny grymas, że gdyby mógł, wywaliłby tę kobiecinę na zbity pysk. – Mam gdzieś taki Kościół – pomyślałem – kompletnie mnie to nie interesuje. Słyszę jedynie: „Masz być taki, taki, taki i taki, bo jeśli taki będziesz, taki, taki, taki i taki, to Pan Bóg cię pogłaszcze i będzie dla ciebie fajny. Może uda ci się zasłużyć na miłość?”. Poszedłem do pierwszego lepszego spowiednika i postanowiłem mu o tych wątpliwościach opowiedzieć. Wyrzuciłem to z siebie, a on wypalił: „Myślisz, że gdyby tak wszyscy chcieli z tego Kościoła zwiewać, to on miałby szansę na to, by się zmienić? Nie podoba ci się? To walcz z tym! Czy święty Franciszek odwrócił się do Kościoła plecami?”. To mnie postawiło do pionu. Trochę przestałem marudzić. Ja już kilka lat wcześniej przeżyłem totalną niezgodę na spowiedź. Miałem kryzys, siedziałem w jednym z kościołów Sosnowca i walczyłem ze sobą: „Koniec. Po co opowiadać o moich grzechach jakiemuś facetowi? Czy nie mogę tego, Panie Boże, opowiedzieć Tobie bezpośrednio?”. Miałem taki lekki protestancki lot... Postanowiłem jednak pójść do spowiedzi ostatni raz…

Oficjalne pożegnanie z sakramentem?

– Tak! Idę do konfesjonału po raz ostatni. Trochę po to, by wypróbować Pana Boga. I nagle ksiądz, którego kompletnie nie znam, mówi: „Słuchaj, Jacku” (włosy stanęły mi dęba!), i zaczyna mi opowiadać o tym, co ja wczoraj robiłem. Pyta, jak było na giełdzie, wyciąga jakieś fakty z mojego życia, o których nie mógł wiedzieć! Zamurowało mnie. Byłem przerażony, próbowałem ogarnąć jakoś tę rzeczywistość. Skąd on może coś o mnie wiedzieć? Urządziłem całe śledztwo, ale do niczego nie doszedłem. Minął rok. Szedłem do tej parafii załatwić jakieś formalności. Wchodzę do kancelarii i… widzę za biurkiem tego księdza. Uśmiecham się: „To ja, Jacek”. A on patrzy na mnie zdumiony i rzuca: „No i co z tego?”. A ja nagle orientuję się, że on mnie kompletnie nie zna. W dodatku jest nieuprzejmy i wychodzi kwestia „ile się należy” (śmiech).

Czyli Bóg działa w Kościele w tym, co jest w nim najsłabsze?

– Myślę, że tak. Opowiem ci całkiem świeżą historię. Bywa tak, choć ludzkość o tym pewnie nie wie, że księża palą papierosy. Niektórzy nie palą, inni palą po kryjomu, w ubikacjach, ale nieliczni wychodzą z podziemia i palą publicznie. I jest taka sytuacja. Tuż przed katechezami stoi jeden z prezbiterów i po prostu kurzy. I nagle podchodzi do niego jakiś facet i rzuca: „Słyszałem o tych waszych katechezach, ale wydawało mi się, że to nie dla mnie. Ale tak przechodzę, patrzę, a ksiądz tak tu stoi i kurzy, więc mówię: przyjdę”. I przyszedł. Pomyślałem: Boże, skoro Ty z czegoś takiego możesz wyprowadzić dobro…

Opowiedziałem ci kilka spektakularnych historii. Trochę się tego boję. Ale mówię o tym dlatego, że wiem, że gdy będę opowiadał o swojej codzienności z Panem Bogiem, to to nikogo nie zainteresuje. Dlatego wyciągam cięższą amunicję, jakieś niesamowite opowieści. Ale to nie są największe cuda. O wiele większym cudem jest to, że wytrzymuję w domu, nie mam takiego parcia na sukces, rodzi się kolejne dziecko. Kościół uczy mnie przebaczyć komuś, kto mnie zranił, usprawiedliwić go, zobaczyć jego biedę.

Co robisz, gdy Twoje dzieci na słowo „Msza” reagują histerią; „Nie idę. To nudaaaa!”.

– Staram się wytłumaczyć. Jeżeli cudem znajduję w sobie cierpliwość. Ale często wygląda to tak: „Ubieraj się człowieku, wkładaj kurtkę i wychodzimy. Raz, dwa, trzy” (śmiech). Nie jest najgorzej: czasami uda się porozmawiać o Kościele bez walki. Często słyszysz to tradycyjne: „Tatooo, ile to jeszcze potrwa?”. I choć czasami mam wrażenie, że dzieci modlą się jedynie dlatego, że wiedzą, że tego od nich oczekujemy i trzydzieści razy w miesiącu odbębniają pańszczyznę, mam doświadczenie, że to jedynie maska. Że pod spodem jest żywa wiara. Ale na co dzień widzisz ciężką orkę, a nie naturalny entuzjazm. No, może z wyjątkiem najmłodszej córki, która cieszy się, że idzie na „chochalystię”.

Mam mocne doświadczenie, że Bóg interweniuje zazwyczaj wtedy, gdy kompletnie się tego nie spodziewam. Nieustannie mnie zaskakuje. Mieliśmy we wspólnocie neokatechumenalnej czas wychodzenia na ulice, po to, by rozmawiać z ludźmi o Bożej miłości. Masakra. Idziesz w ciemno, drżąc, by nie spotkać znajomego czy sąsiada (śmiech). Ale jednocześnie czujesz, że Bóg ci wszystko przygotuje. Bywały przypadki, gdy ci ewangelizatorzy spotykali zdesperowane osoby, które szły się powiesić. Ja takich spotkań nie miałem. Byłem gotowy, by pójść na tę ewangelizację. Nagle, buch, odwołują ją. Jestem gotowy iść po raz drugi: zrywa się potężna burza. Chcę iść po raz trzeci – jadę na Przegląd Piosenki Aktorskiej do Wrocławia. No i po ewangelizacji…

…oddychasz z ulgą…

– No, szczerze powiedziawszy, zbyt mocno nie cierpię (śmiech). Skończył się koncert, na drugim końcu knajpy widzę kumpla i drałuję do niego z piwem. I nagle widzę, że na ziemi siedzi jakaś para. Przysiadłem się, zaczęliśmy rozmawiać. Siedziałem z nimi… trzy godziny. Słuchałem, niewiele mówiłem (co naprawdę rzadko mi się zdarza!), a słysząc o różnych życiowych zawirowaniach, co chwilę łapałem się na myśli: „Panie Boże, co ja mam im odpowiedzieć?”. I co? Była ewangelizacja? Była. W knajpie, na podłodze. I choć pozornie nic się nie wydarzyło (on nie wstąpił do seminarium, a ona do Karmelu), wróciłem do hotelu i doznałem ogromnego wzruszenia: miałem silne doświadczenie tego, że Pan Bóg jest tak nieprawdopodobnie dobry. I niezwykle bliski.

Piotr Najsztub rozpoczął wywiad z Mumio od pytania, jak wyglądają nogi Pana Boga. Myśleliście, że „pojedzie religijnie”, a jemu chodziło jedynie o to, że staliście się ludźmi sukcesu, czyli złapaliście Pana Boga za nogi…

– Moje doświadczenie jest kompletnie inne: Bóg przychodzi w słabości. Wiem, że On interweniował w moim życiu jedynie w takich sytuacjach. Jasne, jest przy mnie zawsze, ale widzę Jego działanie najczęściej wtedy, gdy coś zepsuję, rozwalę, zniszczę. Idę i spodziewam się kary. Wiadomo: „Za dobro wynagradza, i tak dalej”. Idę z podwiniętym ogonem jak na ścięcie. Spodziewam się łomotu, a tu dzieje się coś niezrozumiałego: doświadczam przytulenia, miłości. To mnie rozwala. Opowiem ci konkretną, wstydliwą dla mnie sytuację. Gdy po raz pierwszy okazało się, że w ZAIKSIE czekają na nas duże pieniądze, pojechaliśmy do Warszawy. Ale okazało się, że moje „duże pieniądze” są o wiele mniejsze niż „duże pieniądze” Jadzi i Darka. Niby nic, ale ja złapałem się na jakiejś potwornej zazdrości, zawiści. Potem rozliczyliśmy się w inny sposób, inaczej podeszliśmy do tego, kto jest twórcą, ale ta upokarzająca myśl się jednak zrodziła. Pamiętam, że prosto z ZAIKSU pojechaliśmy wszyscy do kościoła. Czułem się świnią, chciwcem, fałszywcem. Nie odpuściłem, chciałem zawalczyć o swoje. Miałem pochyloną głowę, spodziewałem się kary. Jakiegoś pogrożenia palcem. Bałem się spojrzeć Jezusowi w twarz. A ja od dzieciństwa często patrzyłem Mu w oczy – w moim kościele wisiał obraz „Jezu, ufam Tobie”. Jako dziecko patrzyłem Mu w oczy i od razu wiedziałem, co zmalowałem… I teraz klęczę skulony, podnoszę głowę i nagle widzę tego Jezusa jako bezbronne niemowlę. Dawał mi się i szeptał: „Masz. Kompletnie cię nie osądzam”. Taka historia…      

Tagi: