Tak mi się życie potoczyło, że popołudniami odbieram dzieci z przedszkola. Patrzę na ciuchy tych dzieciaków, buty, rowerki, hulajnogi. Słyszę od nich i ich rodziców o wakacyjnych wyjazdach, niezliczonej ilości zajęć, na które śmigają tak w przedszkolu, jak i poza nim. Z drugiej strony mam pamięć, ale i parę fotografii z mojego przedszkola, do którego chodziłem w połowie lat 90. w hutniczym Ostrowcu Świętokrzyskim. Te światy dzieli przepaść, pokazująca, jak wiele przez ten czas w Polsce się zmieniło. Widzę na własne oczy to, co pokazują tabele obrazujące zmiany PKB i wielokrotny wzrost płac, którego nawet inflacja nie była w stanie zakwestionować. Co tu dużo gadać, jest o niebo lepiej niż te trzy dekady temu.
Frasuje mnie jednak co innego. Na zdjęciach z mojego przedszkola widać dzieciaki, z których kraju przed chwilą wyszło ruskie wojsko, a w zamian w ciągu paru lat pojawi się NATO, a w ciągu dekady Unia Europejska. Nie było to wcale oczywiste, ale dzieci z tych zdjęć miały przed sobą szereg perspektyw. Dziś patrzę na dzieci swoje i inne, które, tak jak i my wcześniej, nie wiedzą jeszcze, co dla nich szykuje los. My, dorośli, co nieco na ten temat wiemy. I tak patrzę na pierwszą powojenną generację małych Polaków, których dobrostan może być realnie gorszy niż ich rodziców.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 19,90 zł








