Fakt, że niemal w tym samym czasie powstały dwie nowe ekranizacje „Lalki” Bolesława Prusa, od początku wzbudzał pytania o sens takiego przedsięwzięcia. Kinowa wersja w reżyserii Macieja Kawalskiego trafia na ekrany zaledwie dwa tygodnie po premierze bulwersującego serialu Pawła Maślony. Czy wobec tego kolejna „Lalka” jest potrzebna? Odpowiedź na to pytanie staje się ciekawsza, gdy spojrzymy na nią przez pryzmat wcześniejszej, słynnej próby przeniesienia powieści Prusa na ekran.
W 1968 roku Wojciech Jerzy Has nakręcił „Lalkę”, dokonując rzeczy pozornie niemożliwej: ograniczył rozległy świat powieści, podporządkował go własnej wizji, a jednocześnie zachował jego atmosferę, dramatyczny konflikt i najważniejsze postaci. Nie stworzył ekranowego streszczenia Prusa, lecz autonomiczne dzieło filmowe. Przykład Hasa pokazuje, że ograniczenie literackiego materiału nie musi oznaczać jego zubożenia. Przeciwnie. Czasem dopiero przez selekcję można wydobyć z wielkiej powieści jej najbardziej przejmujący sens. Na tym tle warto przyjrzeć się „Lalce” Macieja Kawalskiego. Tym bardziej że pytanie nie brzmi już tylko: jak wiernie przeniesiono powieść Prusa na ekran? Ważniejsze jest, czy reżyser znalazł własny sposób, by z ogromnego literackiego świata stworzyć zgodne z intencją autora powieści dzieło filmowe.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 19,90 zł








