Rzym od Kapui dzieli około 200 kilometrów. Kto wiosną roku 71 przed Chrystusem przemierzał tę trasę, ten zapewne do końca życia nie zapomniał tego widoku. W kwietniu lub na początku maja na całym tym odcinku Via Appia, najważniejszej i najbardziej uczęszczanej drogi Rzymu, stanęło sześć tys. krzyży, a na każdym z nich konał człowiek. Tym straszliwym akcentem zakończyło się powstanie niewolników pod wodzą Spartakusa. Rzymski wódz Marek Licyniusz Krassus, pokonawszy rebeliantów w bitwie nad rzeką Silarus, nakazał ukrzyżowanie wszystkich jeńców. Ich ciała pozostały na krzyżach przez kilka miesięcy. To był jasny komunikat dla trzech milionów zniewolonych ludzi żyjących w rzymskiej Italii: lepiej się nie buntujcie. Makabryczne ostrzeżenie chyba podziałało – nigdy już nie wydarzył się bunt niewolników o zbliżonej nawet skali.
Nie był to jednak jedyny przypadek masowego krzyżowania. W roku 70 upiorny las krzyży wyrósł na stokach wału usypanego przez Rzymian wokół oblężonej Jerozolimy. Umierali na nich schwytani mieszkańcy miasta, którzy oszalali z głodu próbowali wydostać się z okrążenia. Według Józefa Flawiusza krzyżowano setki Żydów dziennie, bywało że nawet po 500 osób. To musiało przerażać, bo kara ukrzyżowania była najpotworniejszą ze znanych egzekucji. W państwie rzymskim stosowano ją od III wieku przed Chrystusem. Była przeznaczona dla buntowników, rozbójników i niewolników. Obywateli rzymskich chroniło przed nią prawo, chyba że dopuścili się zdrady. Zwłoki ludzi ukrzyżowanych były na ogół traktowane z pogardą, jak odpady. Wyrzucano je byle gdzie, na przykład do rzeki albo karmiono nimi zwierzęta. Z tego powodu znalezienie zachowanych do dziś archeologicznych świadectw kary krzyża jest trudne.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 19,90 zł








