Przed wejściem na szlak śladami św. Franciszka powinno być ostrzeżenie: „Pielgrzymie, wyruszasz na własną odpowiedzialność. Za zburzenie obrazu, jaki miałeś o świętym z Asyżu, organizator nie bierze odpowiedzialności”. Mnie nikt nie ostrzegł. W parafii pw. św. Franciszka z Asyżu na warszawskim Okęciu otrzymałam błogosławieństwo, spakowałam plecak i ruszyłam. Kilka lat temu po raz pierwszy stanęłam na włoskim szlaku prowadzącym śladami świętego, którego Włosi na nowo odkrywają. Byłam wówczas jedną z niewielu Polek przecierających tę trasę.
„Un caffè, per favore!”
Zamawiam kawę w niewielkim włoskim barze. Czuję, że naprawdę jestem już na szlaku. Do tego obowiązkowo cornetto con pistacchio. W telefonie mam mapy, w plecaku paszport pielgrzyma i papierowy przewodnik. Prowadzą mnie znaki „Tau” oraz żółto-niebieskie oznaczenia.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








