Mam wrażenie, że coraz mniej osób przejmuje się tym, co ma na sobie, przychodząc do kościoła. Zwłaszcza w lecie granica między strojem plażowym, codziennym i świątecznym całkowicie się zaciera. Tu i ówdzie księża apelują jeszcze o godny strój, a w gablotach wiszą stosowne apele, niewiele jednak z tego wynika. Problem nie jest tylko kościelny, choć tu ma szczególny wymiar, podobnie jest przecież z teatrem, filharmonią, operą, a nawet ślubem i weselem. Jeśli chodzi o ubiór, mamy do czynienia z poważnym kulturowym regresem. Zapominamy, jako pewna zbiorowość, że oprócz aspektu praktycznego spełnia on kilka innych funkcji. Upraszczając je: ubieramy się dla siebie lub dla innych. Dziś dominuje pogląd, że strojem mamy przede wszystkim wyrażać siebie, zaś pojęcie stosowności traci na znaczeniu.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 19,90 zł








