Wcentrum Stambułu przy ruchliwej ulicy Divan Yolu stoi 50-metrowa kolumna z porfiru. Niegdyś jej szczyt wieńczył posąg cesarza Konstantyna Wielkiego, założyciela miasta. W 1106 roku gwałtowna burza strąciła 800-letnią statuę. Ludzie szeptali, że to zły znak dla Konstantynopola, ale po latach sprawa poszła w niepamięć. Bo i co mogłoby grozić Królowej Miast? Żadna metropolia Europy nie mogła się równać ze stolicą Bizancjum. Gdy w XII wieku w Paryżu mieszkało 70 tys. ludzi, w Londynie nie więcej niż 40 tys., a w podupadłym Rzymie zaledwie 30 tys., Konstantynopol liczył prawie pół miliona mieszkańców. Jego fortyfikacje stanowiły najbardziej zaawansowany system obronny tamtych czasów. Miasto opasywały mury o długości 22 kilometrów. Składały się z potrójnej linii obrony: fosy, murów zewnętrznych o wysokości do 10 metrów i murów wewnętrznych o wysokości 12 metrów. Fortyfikacji strzegło 96 potężnych wież i 300 mniejszych baszt. Umocnienia morskie były słabsze niż od strony lądu, ale trudne do sforsowania ze względu na silne prądy morskie. Od zatoki Złoty Róg byłoby łatwiej, ale wejście do niej w razie zagrożenia zamykano mocarnym żelaznym łańcuchem. Dzięki temu Konstantynopol przez setki lat opierał się najazdom. O te mury roztrzaskiwali się łasi na nieprzebrane bogactwa Persowie, Awarowie i Słowianie, daremnie tłukli w nie łbami Arabowie, Bułgarzy, Seldżucy i Pieczyngowie, a także kilkakrotnie Turcy. Nikt nigdy nie zdobył miasta – aż do roku 1204.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 19,90 zł








