Podpisane 7 sierpnia Porozumienie z Mekki, przewidujące ścisłą współpracę militarną Arabii Saudyskiej, Turcji i Pakistanu, zostało już przez niektórych ochrzczone mianem zalążka „muzułmańskiego NATO”. Owszem, wszystkie trzy kraje należą do tego samego kręgu religijnego i kulturowego, a zasada, która ma im przyświecać, jest identyczna, jak ta, która obowiązuje członków Sojuszu Północnoatlantyckiego: „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Oczywiście, różnic jest więcej niż podobieństw, ale bez wątpienia mowa jest o poważnej inicjatywie i o nowym formacie dyplomatycznym, który może znacząco zmienić układ sił na Bliskim Wschodzie.
Każdy z partnerów wnosi do tej organizacji specyficzne wiano. Pakistan jest potęgą nuklearną (choć do końca nie wiadomo, czy Porozumienie z Mekki zawiera zapis dotyczący ewentualnego „parasola atomowego”). Turcja ma nowoczesną bazę przemysłową i rozwinięty sektor obronny. Arabia Saudyjska zaś dysponuje finansowym kapitałem. Każde z tych państw może się też poszczycić liczną i nowoczesną armią (turecka i pakistańska liczy po ok. 500 tys. żołnierzy w służbie czynnej, saudyjska – ponad 250 tys.), a w przypadku dwóch pierwszych krajów także zaprawioną w bojach.
Już we wrześniu ub.r. Arabia Saudyjska podpisała pakt o współpracy wojskowej z Pakistanem. Teraz do aliansu dołączyła Turcja, a niewykluczone, że kolejny będzie Egipt. Tworzy to zupełnie nową konfigurację na mapie jednego z najbardziej zapalnych regionów świata. Jak zaznaczają sygnatariusze, Porozumienie z Mekki ma charakter wyłącznie obronny (podobnie jak NATO). I choć nie wyrazili tego wprost, mieli na myśli zagrożenie płynące z dwóch stron – Iranu i Izraela.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








