Na Jasną Górę można przecież dojechać samochodem w kilka godzin. Tymczasem każdego lata dziesiątki tysięcy ludzi wybierają kilkaset kilometrów marszu, pobudki bladym świtem, odciski, spanie na podłodze, w stodole albo pod namiotem. Jednego dnia maszerują w ponad trzydziestostopniowym upale, następnego zakładają peleryny i godzinami mokną w deszczu. I jeszcze wracają za rok.
Pielgrzymkowy rytm zaczyna być mocno widoczny już w lipcu, a apogeum osiąga w sierpniu przed uroczystościami Wniebowzięcia i Matki Bożej Częstochowskiej. Tylko w sierpniu tego roku organizatorzy zapowiedzieli przybycie na Jasną Górę 193 grup liczących około 80 tys. pątników. W lipcu na odpust Matki Bożej z Góry Karmel dotarło około 3700 pieszych. Można powiedzieć, że odpowiedź na pytanie „po co właściwie idą?” jest oczywista: modlić się, nieść intencje swoje i innych, przeżyć rekolekcje w drodze, podjąć wyrzeczenie czy pokutę.
Tyle że to zaledwie część odpowiedzi.
Kto choć raz ruszył w drogę na Jasną Górę, wie, że pomiędzy różańcem, konferencją i Eucharystią wydarza się coś jeszcze. Kilkaset obcych sobie osób zaczyna tworzyć wspólnotę. Ktoś dzieli się wodą, ktoś plastrem na odcisk, ktoś ostatnią kanapką. Kiedy jeden słabnie, drugi bierze jego plecak. Rozmawiają ze sobą ludzie, którzy w zwyczajnych okolicznościach prawdopodobnie nigdy by się nie spotkali.
Pielgrzymka jest trochę rekolekcjami, trochę szkołą wspólnoty, a czasem całkiem konkretnym survivalem. Bywa trzydzieści kilka stopni i nie ma cienia. Bywa ściana deszczu, burza i przemoczony do ostatniej nitki plecak. Bywa nocleg na ściernisku i poranek, kiedy człowiek jest pewien, że jego nogi odmawiają dalszej współpracy.
Paradoksalnie właśnie wtedy łatwiej dostrzec Boży palec. Bo kiedy odpada codzienny komfort, bardzo szybko okazuje się, jak niewiele potrzeba do funkcjonowania i jak bardzo człowiek potrzebuje drugiego człowieka. „Napij się”. „Usiądź”. „Poczekam”. „Pomogę”. Wielkie słowa stają się niepotrzebne.
I jest jeszcze druga strona pielgrzymowania, o której mówi się chyba za mało. Ludzie stojący przy drodze. Co roku ktoś wystawia przed dom stół, przygotowuje kanapki, wodę, kompot czy ciasto. Ktoś otwiera furtkę i pozwala kilkudziesięciu obcym ludziom rozbić namioty w ogrodzie. Ktoś udostępnia łazienkę, choć wie, że za chwilę ustawi się do niej kolejka. Ktoś oddaje pokój, stodołę albo kawałek podłogi.
Nikt im za to nie płaci. Często nawet nie wiedzą, jak mają na imię ludzie, których przyjmują. A przecież oni także pielgrzymują. Tylko nie ruszając się z domu.
I chyba dlatego najważniejszym doświadczeniem pielgrzymki – obok spotkania z Bogiem – staje się braterstwo. Na kilka dni przestają obowiązywać niektóre reguły świata, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Obcy człowiek przestaje być obcy. Nie pytasz, czy opłaca się mu pomóc. Pomagasz, bo akurat tego potrzebuje.
W tym roku patrzę na to wszystko inaczej. Po raz pierwszy od ponad 25 lat nie mogłem wyruszyć choćby na część drogi na Jasną Górę. Zdrowotne zawirowania zmusiły mnie do rezygnacji. I ze zdziwieniem odkryłem, że uczuciem, które najbardziej mi towarzyszy, jest tęsknota.
Oczywiście tęsknię za modlitwą w drodze, za śpiewem, za chwilą, kiedy wreszcie gdzieś na horyzoncie pojawia się wieża jasnogórskiego klasztoru. Ale chyba jeszcze bardziej tęsknię za ludźmi.
Bo tych kilka czy kilkanaście dni jest niezwykłą baterią ludzkich relacji. Często z ludźmi, których wcześniej kompletnie się nie znało. Jest w tym gigantyczna dawka życzliwości, otwartości serca, wrażliwości na potrzeby drugiego człowieka i zwyczajnej gotowości do pomocy. Dopiero kiedy mnie tam zabrakło, uświadomiłem sobie, jak bardzo można za tym tęsknić.
Może właśnie to tłumaczy fenomen, którego nie da się wyjaśnić samymi statystykami. Dlaczego ludzie, którzy mogą w kilka godzin dojechać do Częstochowy klimatyzowanym samochodem, wolą przez wiele dni iść poboczem drogi? Dlaczego po deszczu, upale, odciskach i niewyspaniu mówią: „Do zobaczenia za rok”?
Bo pielgrzymka prowadzi na Jasną Górę, ale nie wszystko, co w niej najważniejsze, czeka na końcu drogi. Czasem Boży palec najłatwiej dostrzec gdzieś po drodze – w kubku wody podanym przez obcego człowieka.
Piesza Pielgrzymka Wrocławska.
Karol Białkowski /Foto Gość








