Tylko na przełomie maja i czerwca dżihadyści kongijskich Zjednoczonych Sił Demokratycznych (ADF) zamordowali kilkudziesięciu chrześcijan w prowincji Kiwu Północne. Region ten częściej trafia do światowych mediów z powodu kolejnych epidemii eboli niż trwającego tam od trzech dekad terroru, który systematycznie niszczy życie lokalnych mieszkańców. Tymczasem notoryczne napady islamistów i strach, jaki one wywołują, zmuszając ludzi do ucieczki, utrudniają walkę z 17. już w tym rejonie epidemią eboli (pierwsza w 1976 r.). Jak przyznają mieszkańcy, choć „ebola zabija, to nie przez ścinanie głów”, a właśnie w ten sposób często mordują kongijscy islamiści. „Tracimy bliskich w wyniku okrucieństw ADF” – relacjonuje [za serwisem Barnabas Aid – przyp. K.B.] Albert Lusenge, jeden z liderów chrześcijańskiej społeczności w regionie Beni, gdzie z końcem maja doszło do masakr w kilku miejscowościach. I dodaje, że trudno w takiej sytuacji przekonywać mieszkańców, aby pozostawali na miejscu, gdy są wyniszczani zbrodniami dżihadystów. Ludzie uciekają, bo nie mają alternatywy. Po ostatnich atakach bojownicy ADF opublikowali w mediach społecznościowych jasny komunikat: „Niech czciciele krzyża wiedzą, że nie mają żadnego bezpieczeństwa, chyba że dobrowolnie się podporządkują albo będą płacić dżizję [usankcjonowany przez Koran podatek nałożony na innowierców – przyp. K.B.] w upokorzeniu”. A to więcej niż groźba – to ich wizja co do przyszłości rejonu.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








