Czy Polska została wyłączona z paktu migracyjnego? Takie pytanie coraz częściej pojawia się w przestrzeni publicznej przed wejściem w życie nowych unijnych regulacji. W przekazie politycznym często można usłyszeć, że nasz kraj nie będzie objęty obowiązkową relokacją migrantów, co w odbiorze społecznym bywa utożsamiane z całkowitym wyłączeniem z unijnego systemu. Jak jednak podkreśla dr Mateusz Krępa z Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego, są to dwie różne kwestie.
– Z paktu jako takiego oczywiście nie jesteśmy wyłączeni, bo jest to prawo unijne i nie można tak jednostronnie wyłączyć się z prawa unijnego, które zostało przyjęte. Natomiast rozumiem, że cała dyskusja dotyczy głównie mechanizmu solidarnościowego – wyjaśnia.
Skąd wzięły się nieporozumienia?
I właśnie wokół tego mechanizmu narasta największe polityczne napięcie. Mechanizm solidarności przewiduje trzy formy wsparcia państw najbardziej obciążonych migracją: relokację cudzoziemców, wkład finansowy lub tzw. wkład operacyjny, polegający na przekazaniu sprzętu albo oddelegowaniu personelu. To jednak relokacja od miesięcy dominuje w debacie publicznej, przesłaniając pozostałe elementy całego pakietu.
Dr Krępa zwraca uwagę, że Polska rzeczywiście została zwolniona z obowiązku przyjmowania migrantów w ramach relokacji, ale nie oznacza to trwałego wyłączenia z mechanizmu. – Faktycznie można uzyskać wyłączenie z tego obowiązku, natomiast nie jest to wyłączenie na zawsze. Jest ono przyznawane na rok i co roku Komisja Europejska bada sytuację danego kraju. Do 15 października przedstawiany jest raport dotyczący sytuacji migracyjnej, a następnie zapada decyzja wykonawcza określająca, które państwo jest zwolnione. Państwo samo musi o takie zwolnienie zawnioskować – nic nie dzieje się automatycznie – tłumaczy.
Oznacza to, że obecne zwolnienie Polski z relokacji nie ma charakteru bezterminowego. Każdego roku Komisja Europejska będzie oceniała, czy nasz kraj nadal znajduje się w szczególnej sytuacji uzasadniającej odstępstwo od obowiązkowego udziału w mechanizmie solidarnościowym.
Jak działa mechanizm solidarnościowy?
Naturalnie pojawia się więc pytanie: co stanie się, jeśli wojna w Ukrainie dobiegnie końca, część uchodźców wróci do swojego kraju, a presja migracyjna na granicy z Białorusią ustanie? – Jeżeli nagle uchodźcy z Ukrainy by zniknęli stąd i skończyłaby się działalność reżimu białoruskiego na naszej granicy, to wyobrażam sobie, że nie bylibyśmy już zwolnieni z tego mechanizmu – przyznaje ekspert. Obecnie taki scenariusz wydaje się jednak mało prawdopodobny. – Patrząc na wyniki badań i prognozy, osoby z Ukrainy raczej nie wyjadą nawet po zakończeniu wojny. Wręcz przeciwnie – do kobiet mogą dołączyć ich mężowie.
Dlatego diametralna zmiana sytuacji wydaje się mało prawdopodobna, choć prawnie oczywiście jest możliwa. Nawet jednak w sytuacji utraty prawa do zwolnienia z relokacji Polska nie musiałaby automatycznie przyjmować migrantów. – Polska może powiedzieć, że nie wyraża zgody na relokację, ale w zamian będzie zobowiązana do wniesienia wkładu finansowego albo rzeczowego czy wysłania wsparcia, na przykład funkcjonariuszy Straży Granicznej – podkreśla dr Krępa.
Co naprawdę zmieniają nowe przepisy?
Ekspert zwraca uwagę, że problem z debatą o pakcie migracyjnym polega również na tym, iż sprowadzono ją niemal wyłącznie do jednego zagadnienia. Tymczasem sam pakt jest znacznie szerszym przedsięwzięciem legislacyjnym. – Sam pakt składa się z dziesięciu aktów prawnych, które są trochę powtórzeniem tego, co już mamy, trochę rozwinięciem istniejących rozwiązań, a tylko częściowo wprowadzają nowe regulacje – wyjaśnia.
W praktyce oznacza to, że wiele przepisów obowiązywało już wcześniej, choć było rozproszonych w różnych dyrektywach i rozporządzeniach. Pakt w dużej mierze porządkuje je i tworzy bardziej spójny system wspólnej polityki migracyjnej i azylowej. – To już wcześniej było regulowane. Na przykład w miejsce starej powstała nowa dyrektywa recepcyjna, która stała się częścią całego pakietu. Niewiele się tu zmienia – raczej utworzono coś na kształt wspólnego kodeksu migracyjnego – tłumaczy rozmówca.
Jednym z niewielu rzeczywiście nowych elementów są procedury graniczne, które mają umożliwić szybsze rozpatrywanie wniosków o ochronę międzynarodową. Osoby ubiegające się o azyl nie będą od razu wpuszczane na terytorium państwa członkowskiego, lecz pozostaną w specjalnych strefach do czasu zakończenia postępowania.
Co ciekawe, właśnie ten element reformy wywołuje najwięcej krytyki wśród organizacji zajmujących się ochroną praw migrantów. – Pakt jest krytykowany przez organizacje działające na rzecz migrantów właśnie dlatego, że dąży do tego, aby procedury były szybsze, bardziej rygorystycznie weryfikowano wnioskodawców, a w konsekwencji łatwiej było przeprowadzać deportacje – zauważa dr Krępa.
To pokazuje pewien paradoks. W polskiej debacie publicznej pakt migracyjny często przedstawiany jest jako rozwiązanie otwierające Europę na migrantów, podczas gdy część jego zapisów ma charakter odwrotny – służy uszczelnieniu systemu, przyspieszeniu procedur i zwiększeniu skuteczności odsyłania osób, które nie uzyskają prawa pobytu.
Zdaniem eksperta równie niefortunny jest sposób komunikowania całej reformy. – Nie lubię samej nazwy „pakt”. Jest ona myląca, bo sugeruje umowę, którą można wypowiedzieć. Tymczasem to po prostu prawo unijne – rozporządzenia obowiązujące państwa członkowskie – mówi.
Jego zdaniem także przekaz płynący z polskiej sceny politycznej bywa zbyt daleko idącym uproszczeniem. – Mam wrażenie, że rząd dał się wpędzić w pewien kozi róg przez uproszczenie polegające na mówieniu, że „nas pakt nie obowiązuje”. To jest dosyć absurdalne. Można powiedzieć, że nie obowiązuje nas mechanizm solidarnościowy w zakresie relokacji – i to w perspektywie rocznej – ale nie cały pakt.
Dlatego odpowiedź na pytanie, czy Polska została wyłączona z paktu migracyjnego, brzmi: tylko częściowo i tylko w odniesieniu do jednego z jego elementów. Z relokacji – przynajmniej na razie – tak. Z samego systemu wspólnej polityki migracyjnej Unii Europejskiej – nie.








