W ostatnich kilku tygodniach media odnotowały dwa wydarzenia ważne dla polskiego prawa małżeńskiego. Po pierwsze, prezydent zawetował zmiany umożliwiające (w określonych przypadkach) szybkie rozwody pozasądowe. Po drugie, premier zapowiedział, że Polska wykona wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie transkrypcji (w polskich urzędach stanu cywilnego) zagranicznych aktów zawarcia „małżeństwa jednopłciowego”. Pierwszej takiej transkrypcji dokonano już w Warszawie, co uroczyście ogłosił prezydent tego miasta – miasta (jak to określił) „otwartego i tolerancyjnego”, zapewniającego wszystkim „poczucie godności”.
Zasady i ich łamanie
Przywołałem tu obie sprawy łącznie, gdyż symbolicznie wyrażają one wielowymiarowy spór między kompletnie różnymi koncepcjami małżeństwa – spór, który dokonuje się dziś nie tylko na poziomie etyki, ale także na poziomie prawa. Oczywiście, w tym sporze opowiadam się za tradycyjną (i sprawdzoną przez wieki!) koncepcją małżeństwa. Według niej małżeństwo powinno spełniać zasadę komplementarności (czyli powinno być związkiem kobiety i mężczyzny), zasadę pro-rodzinności (powinno być związkiem otwartym na poczęcie, rodzenie i wychowanie dzieci) oraz zasadę wyłączności i trwałości (powinno być zamierzone jako związek obojga małżonków, który wiąże ich „aż do śmierci”).
Wielu ludzi akceptuje wymienione zasady lub przynajmniej szanuje je jako ideał, do którego warto dążyć. Część z nich jednak uważa, że (zachowując tradycyjne przekonania w wymiarze osobistym) nie powinniśmy przeszkadzać tym, którzy pragną prawnie zawierać „związki małżeńskie”, negując którąś z podanych zasad. Związki jednopłciowe z góry negują zasadę pierwszą oraz (o ile nie wprowadzi się dodatkowych specjalnych rozwiązań) zasadę drugą. Natomiast „związki na próbę” – związki, które można szybko i łatwo rozwiązać – naruszają zasadę trzecią. Naruszają, ale – pytają niektórzy – czy powinniśmy się w to wtrącać? Czy nie wystarczy, że dajemy (lub staramy się dawać) dobry przykład oraz przedstawiamy innym klasyczną naukę o małżeństwie? Jeśli ktoś, pomimo tego, chce żyć inaczej i nazywać to „małżeństwem” oraz sankcjonować je prawnie – co nam do tego?
Język i promocja
Odpowiadając na powyższe pytania, trzeba zaznaczyć, że kiedy dyskutujemy na temat prawnego wymiaru takich instytucji jak małżeństwo, nie wtrącamy się w niczyje życie prywatne. Nie prowadzimy też żadnej perswazji moralnej, która jest możliwa tylko wtedy, gdy druga strona chce nas słuchać. Raczej pokazujemy zdroworozsądkowe podstawy „starego porządku” oraz społeczne konsekwencje prób jego zmieniania. O najważniejszej z tych konsekwencji zaraz powiem. Wcześniej jednak krótko zaznaczę dwie inne, które narzucają się spontanicznie.
Pierwszą konsekwencją jest bałagan językowy. Każdy język opiera się na konwencjach, ale dobry język układa je tak, by pomagały nam odróżniać przedmioty i zjawiska. Można nazywać stół i stołek jednym słowem, ale dlatego mamy dwa różne słowa, aby odróżniać funkcje obu mebli. Gdy zaś w języku prawa – języku, w którym szczególnie powinniśmy dbać o precyzję – nazwie się jednym słowem („małżeństwo”) relacje, które z natury są diametralnie różne, wszystko zaczyna się mieszać.
Drugą konsekwencją jest jednostronna promocja określonych postaw życiowych. Prawo ma wymiar wychowawczy, a akty i precedensy prawne współkształtują opinię publiczną. Jeśli więc oficjalnie nazywamy „małżeństwem” związki jednopłciowe lub związki przelotne, to – czy tego chcemy, czy nie – sugerujemy, że ich wartość społeczna jest co najmniej taka sama jak wartość tradycyjnego związku małżeńskiego.
Sedno sprawy: dzieci
Tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Dlaczego bowiem – bez względu na osobiste przekonania moralne lub prywatne praktyki życiowe – powinniśmy uznawać wyjątkową wartość społeczną tradycyjnie pojętych małżeństw? Dlatego że (przynajmniej potencjalnie lub w większości przypadków) „dają” one społeczeństwu nowych obywateli. Zawarcie związku małżeńskiego ma doniosłość publiczną właśnie dlatego, że związek ten ze swej natury jest zalążkiem rodziny. Małżonkowie bezpośrednio przysięgają tylko sobie, ale – świadomi „praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny” – pośrednio przysięgają także swoim potencjalnym dzieciom oraz społeczeństwu, w którym będą one żyć. Oczywiście, w przypadku ślubu religijnego przysięga ta odwołuje się przede wszystkim do Boga, gdyż małżeństwo jest realizacją danego od Stwórcy powołania; ale powołanie to obejmuje wszystkie wspomniane wymiary: osobisty, rodzinny i społeczny. Tak się jednak składa, że związki jednopłciowe i związki przelotne z natury swej nie mogą realizować wymiaru rodzinnego i społecznego. W związkach jednopłciowych nie mogą się naturalnie począć dzieci, a w związkach przelotnych nie mogą być one otoczone zgodną i trwałą troską rodziców.
Ktoś powie, że w mojej argumentacji pominąłem jeden ważny czynnik. Otóż zwolennicy zmian w prawie małżeńskim kierują się różnymi motywacjami. Z pewnością znajdują się wśród nich osoby, które – domagając się tych zmian – chcą zademonstrować czy zadekretować swoje preferencje seksualne, lingwistyczne lub ideologiczne. Z pewnością są też wśród nich entuzjaści idei radykalnej wolności („zabrania się zabraniać”) i równości (każda inność jest dobra i wymaga aktywnej tolerancji) – entuzjaści, którzy szukają każdej okazji, by ową ideę wprowadzić w życie na coraz to nowych obszarach. Mój argument nie przekona tych ludzi, pokazuje jednak społeczną wartość – wartość rodzicielstwa – która może zachęcać „demonstrantów” i „entuzjastów” do ograniczania swych roszczeń. A co z osobami, które wysuwają je nie z powodów ideologicznych lub z powodu własnej ekstrawagancji, ale z powodu swej tragicznej (bezwzględnie nierealizowalnej w sposób naturalny) tęsknoty za rodzicielstwem? Co ze związkami jednopłciowymi, które chcą wychowywać dzieci?
Jeszcze raz: dzieci
Odpowiadając na ostatnie pytanie, trzeba pamiętać, że dobro dziecka jest ważniejsze niż czyjeś (nawet szlachetne) pragnienie. A para jednopłciowa (nawet pomimo najlepszych starań) nie jest w stanie dać dziecku tego, co niezbędne – nie jest w stanie dać mu komplementarnej obecności matki-kobiety i ojca-mężczyzny. Owszem, życie zna nieszczęśliwe zrządzenia losu, zna też przypadki, w których ludzie zawodzili w swych rolach ojcowskich lub macierzyńskich. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy celowo otwierać drzwi do generalnego eksperymentowania na dzieciach.
Na koniec jeszcze jedna uwaga. Natężenie sporów ideologicznych jest dziś tak wielkie, że każdy sukces lub porażka w tych sporach są przyjmowane jak gol w dłużej trwającym meczu piłkarskim. Nic więc dziwnego, że pojawia się postulat, by w sporach tych bardziej widzieć nie ideologie, lecz ludzi. Podpisuję się pod tym postulatem – pod jednym warunkiem. Dostrzeganie ludzi zaczyna się od dostrzegania najmniejszych, czyli od dostrzegania dzieci: ich szczególnej wartości oraz ich praw.








