W polityce najbardziej interesujące bywa nie to, co się wydarza, lecz język, którym próbuje się to wydarzenie oswoić. Ostatnie dni przyniosły całą serię komunikatów uspokajających: Pentagon ogranicza liczbę Brygadowych Zespołów Bojowych w Europie z czterech do trzech, co oznacza także opóźnienie części rotacji wojsk amerykańskich w Polsce, ale zaraz słyszymy, że „to tylko opóźnienie”, że „zaangażowanie USA pozostaje silne”, że „nic się nie zmienia”.
To charakterystyczne dla naszych czasów. Współczesna polityka coraz częściej przypomina zarządzanie społecznymi emocjami. Im mniej realnego wpływu mają dziś rządy, tym chętniej odwołują się do języka wartości, nadziei i wspólnoty. Coraz częściej słyszymy: „proszę się nie obawiać”, zamiast konkretnej odpowiedzi, co właściwie dzieje się ze światem.
A przecież niepokój jest realny. Europa żyje wojną za wschodnią granicą już przeszło cztery lata. Świat przyzwyczaił się do napięcia tak bardzo, że alarm przestał być alarmem, a stał się codziennością. Jeszcze kilka lat temu wiadomość o ograniczeniu obecności wojsk amerykańskich wywołałaby polityczne trzęsienie ziemi. Dziś staje się kolejną informacją między newsem o cenach paliw a relacją ze spotkania dyplomatycznego.
Może właśnie dlatego politycy tak chętnie uciekają w język wartości. W depeszy po spotkaniu premiera Donalda Tuska z papieżem Leonem XIV pojawiają się słowa o pokoju, pojednaniu, jedności i odpowiedzialności za świat. Nie ma w tym nic złego. Problem zaczyna się wtedy, gdy język wartości staje się substytutem sprawczości.
Chrześcijaństwo przecież nigdy nie było terapią uspokajającą. Ewangelia nie służyła do poprawiania nastroju społeczeństw. Chrystus nie mówił uczniom, że wszystko będzie dobrze. Przeciwnie – zapowiadał lęk, prześladowania i niepewność. Ale równocześnie dawał i daje coś więcej niż polityczny optymizm: sens.
To zasadnicza różnica. Współczesna polityka często próbuje produkować nadzieję administracyjnie – przez komunikaty, konferencje i odpowiednio dobrane słowa. Tymczasem prawdziwa nadzieja nie rodzi się z zapewnienia, że świat pozostaje pod kontrolą. Rodzi się z przekonania, że nawet jeśli świat wymyka się spod kontroli, człowiek nie jest pozostawiony sam sobie.
Dawniej politycy obiecywali rzeczy konkretne: autostrady, miejsca pracy, mieszkania, bezpieczeństwo. Nawet jeśli były to obietnice przesadne albo nierealne, dotyczyły spraw namacalnych. Dziś coraz częściej słyszymy o „nadziei”, „dialogu”, „wspólnocie”, „jedności” czy „europejskich wartościach”. To język charakterystyczny nie tylko dla polskiej polityki, ale dla całego Zachodu. Jakby współczesne państwo powoli godziło się z tym, że nie jest już w stanie zagwarantować obywatelowi stabilności świata, więc próbuje przynajmniej zarządzać jego emocjami.
Polityka mówi o wartościach najczęściej wtedy, gdy kończą się jej narzędzia. Kościół mówi o wartościach właśnie wtedy, gdy człowiek odkrywa, że same narzędzia nie wystarczą.
I może dlatego współczesny świat, mimo całego technologicznego postępu, jest jednocześnie tak głęboko niespokojny. Bo coraz więcej słyszymy o zarządzaniu kryzysem, a coraz mniej o prawdzie. Coraz więcej o procedurach, a coraz mniej o sensie. Coraz więcej o uspokajaniu emocji, a coraz mniej o odwadze.
A człowiek – także ten żyjący w bezpiecznej części Europy – nie potrzebuje dziś przede wszystkim kolejnego komunikatu, że „sytuacja jest monitorowana”. Potrzebuje raczej odpowiedzi na pytanie, czy w świecie pełnym lęku istnieje jeszcze coś trwałego. Chrześcijaństwo od dwóch tysięcy lat odpowiada: tak. Nie jest tym trwałym spokojna geopolityka ani stabilny rynek. Jest nim obecność Boga pośród ludzkiej niepewności.
zdj. ilustracyjne
unsplash








