Kilka dni temu Sławomir Mentzen poinformował o tym, że podczas weekendowego, rodzinnego wyjazdu do Londynu został zatrzymany przez miejscowe służby na kilka godzin na lotnisku. Powodem zatrzymania był donos bliżej nieokreślonej organizacji, która poinformowała, że polityk może mieć zamiar wygłaszać publicznie swoje prawicowe poglądy, a te nie są mile widziane przez rząd Keira Starmera. Ostatecznie, po kilkugodzinnym przesłuchaniu i zapewnieniu, że nie ma zamiaru brać udziału w żadnym wiecu, lider Konfederacji został wpuszczony. Tyle szczęścia nie miał już Dominik Tarczyński, który wybierał się na Wyspy w charakterze gościa na jednym ze zgromadzeń publicznych organizowanych przez stronę konserwatywną. Jeszcze zanim wszedł do samolotu, on i wielu innych zaproszonych na ten sam event gości, otrzymali informację, że nie są mile widziani w Zjednoczonym Królestwie i nie zostaną wpuszczeni do kraju.
Obaj panowie opisali swoje perypetie w mediach społecznościowych, nic więc dziwnego, że wokół działań brytyjskich władz rozpętała się prawdziwa burza. Powiedzmy to jasno: burza jak najbardziej zasadna. Z poglądami obu panów można się bowiem zgadzać albo i nie, można uznawać je za mądre albo głupie, popierać bądź się im sprzeciwiać, ale nie można w cywilizowanym, demokratycznym kraju wyrażania tych poglądów cenzurować. To, co dzieje się od pewnego czasu w Wielkiej Brytanii - i nie chodzi tu wyłącznie o sytuacje z Mentzenem czy Tarczyńskim, ale o szerokie wycinanie za pomocą instrumentów siłowych z debaty publicznej stanowiska konserwatywnego - przypomina raczej "Rok 1984" Orwella czy "Nowy, wspaniały świat" Huxleya, niż jedną z najstarszych demokracji świata nowożytnego. Tak, nie bójmy się tego powiedzieć - ograniczanie przez obecne brytyjskie władze wolności słowa i wyrażania poglądów nowi cechy charakterystyczne dla systemów totalitarnych, które z definicji charakteryzują się monopolem jednej ideologii i wizji świata, realizowanym z wykorzystaniem instrumentów siłowych. A dziś w Wielkiej Brytanii na przykład za wyrażanie poglądów pro life w bliskiej odległości od klinik aborcyjnych można trafić do więzienia. Sami Brytyjczycy zresztą wydają się nie być zachwyceni takim sposobem zarządzania państwem, bo rządzący laburzyści ponieśli właśnie spektakularną klęskę w wyborach samorządowych.
W sprawie Menztena i Tarczyńskiego, bez względu na to, po której stronie krajowego sporo politycznego się znajdujemy, polska scena polityczna powinna się zjednoczyć, wyrazić swój sprzeciw wobec brytyjskich władz i oczekiwać z ich strony przeprosin. Państwo polskie ma obowiązek stawania w obronie praw swoich obywateli, zawsze, gdy te są łamane i niezależnie od tego, co o poglądach tych obywateli myśli ten czy inny urzędnik państwowy.
Cała ta sprawa na jednak jeszcze jeden aspekt. To fakt, że brytyjski zakaz trafił akurat na Sławomira Mentzena i Dominika Tarczyńskiego. Obaj panowie słyną bowiem z silnie krytycznego stosunku do Unii Europejskiej (włącznie z sympatią do postulatów opuszczenia tej organizacji przez Polskę), wyrażają też bardzo twarde poglądy antyimigracyjne, podkreślając, że suwerenne państwo ma pełne prawo decydować kogo wpuszczać, a kogo nie wpuszczać na swoje terytorium. Można więc powiedzieć, że trafiła kosa na kamień - Wielka Brytania, suwerennie, ignorując przyjęte międzynarodowo normy, odmówiła przedstawicielom polskiej prawicy wjazdu. Z pewnością niesłusznie. Ale też suwerennie.
Gdy w lipcu 2025 roku, Stany Zjednoczone podjęły decyzję o nałożeniu sankcji, w tym unieważnieniu wiz, wobec brazylijskiego sędziego Sądu Najwyższego, Alexandre'a de Moraesa za to, że ten w krajowym procesie ukarał byłego prezydenta Bolsonaro, Dominik Tarczyński bił Amerykanom brawo na portalu "X". Czym tamta decyzja merytorycznie rózniła się od tej, jaką podjęto wobec polskiego europarlamentarzysty?
Warto też zwrócić uwagę, że zatrzymanie obu polskich polityków stało się możliwe dzięki wyjściu Wielkiej Brytanii ze struktur Unii Europejskiej i strefy Schengen. Na terenie unijnym bowiem obowiązuje zasada swobodnego przemieszczania się obywateli państw członkowskich. Warto pamiętać o tej sytuacji, gdy obaj panowie będą postulować opuszczenie struktur unijnych. Obaj bowiem padli ofiarą rozwiązań, które sami postulują. Najwyraźniej nie spodziewali się tego, że wypowiedzenie traktatów działa w dwie strony.








