Izrael jest państwem zrodzonym z tęsknoty. Pamięci o tej prawdzie najbardziej szkodzi… współczesna polityka Izraela

Powstanie Państwa Izrael w 1948 roku nie było „kolonialnym projektem Zachodu” ani „zapłatą” za Holocaust. Ten mit powtarza się tym częściej, im częściej współczesny Izrael prowadzi wojny, których nie da się już usprawiedliwić – jak wcześniej – obroną konieczną.

Ten tekst czytasz w całości za darmo w ramach promocji. Chcesz mieć stały dostęp do wszystkich treści? Kup subskrypcję na www.subskrypcja.gosc.pl

Izraelskie zbrodnie dokonywane w Strefie Gazy i Libanie nie ułatwiają spokojnej rozmowy o genezie współczesnego Państwa Izrael. Polityka państwa żydowskiego pod rządami koalicji premiera Binjamina Netanjahu tak naprawdę wyrządza wielką szkodę pamięci o procesie, który doprowadził do powrotu Żydów do ziemi… z której nigdy całkiem nie zniknęli. Nie tylko dlatego, że przez wszystkie wieki od wygnania przez Rzymian małe społeczności Żydów nadal zamieszkiwały te ziemie. „Nie zniknęli” przede wszystkim ze względu na pamięć i tęsknotę rozproszonych po całym świecie kolejnych pokoleń Żydów.

Syjonizm odwieczny

„Izrael istnieje, ponieważ nigdy istnieć nie przestał, nawet jeżeli było mu to dane wyłącznie w modlitwach. Izrael odrodził się dzięki narastającej sile żydowskiej tęsknoty. Jednak przywiązania do ziemi nie wyrażała tylko tęsknota. Od wieków Żydzi przyjeżdżali ze wschodu i zachodu, by żyć i spocząć na tej ziemi”, pisze Yossi Klein Halevi w znakomitej i szczerej do bólu książce „Listy do mojego palestyńskiego sąsiada”. To na tej tęsknocie, pielęgnowanej przez wszystkie kolejne pokolenia Żydów żyjących w diasporze (również Żydów niewierzących, ale powtarzających regularnie życzenia powrotu do Jeruszalaim przy okazji kolejnych żydowskich świąt) zbudowana została idea stworzenia Państwa Izrael. Tęsknota spotkała się z dodatkowym impulsem, jakim były pogromy antyżydowskie w XIX-wiecznej Rosji. Miliony Żydów na długo przed Holocaustem musiało szukać schronienia przed podżeganym przez carskie władze antysemityzmem. To pogromy nadały tęsknocie za ziemią nową perspektywę, a na emocjach z nimi związanymi powstał ruch syjonistyczny, którego owocem było powstanie Państwa Izrael w 1948 roku. „W Bazylei założyłem państwo żydowskie. Gdybym dzisiaj wypowiedział to na głos, nastąpiłby wybuch powszechnego śmiechu. Może za pięć lat, a z pewnością za pięćdziesiąt, wszyscy to zauważą”, napisał w swoim dzienniku Theodor Herzl, ojciec ruchu syjonistycznego, po Pierwszym Kongresie Syjonistycznym w 1897 roku. Herzl pomylił się tylko o jeden rok: bo dokładnie 51 lat później, 14 maja 1948 roku, powstało Państwo Izrael.

Nie wszyscy wygnani

Jeszcze przed Herzlem jako pierwszy publicznie myśl o zbudowaniu państwa żydowskiego wyraził Jehuda Lejb Pinsker w artykule zatytułowanym „Autoemancypacja! Wezwanie rosyjskiego Żyda do swego narodu”. Impulsem były właśnie wspomniane pogromy. Założony przez Pinskera Ruch Miłośników Syjonu (Chowawej Syjon) spotkał się na specjalnej konferencji w Katowicach w 1884 roku, a więc 3 lata przed bardziej znanym kongresem w Bazylei. To w Katowicach zapadła decyzja o założeniu osad żydowskich na terenach ówczesnej Palestyny, choć to też było tylko formalne zaakceptowanie procesu, który miał już miejsce wcześniej. Pierwsza alija, czyli powrót (dosłownie: zstąpienie), jak określa się fale imigracji żydowskiej, rozpoczęła się już w 1882 roku. Wtedy około 35 tys. Żydów przybyło do Palestyny, będącej częścią imperium osmańskiego. Żydzi kupowali ziemię za własne pieniądze i budowali osady na mało atrakcyjnych – pustynnych lub bagnistych – terenach, na których nikt nie chciał się osiedlać. Ale w tym miejscu trzeba podkreślić jedną rzecz: Żydzi przybywający na te ziemie z Europy i z Afryki nie byli przybyszami „z kosmosu” – często dołączali do wspólnot żydowskich żyjących tutaj od wieków. Tak było m.in. w Jerozolimie, Hebronie, Safedzie i Tyberiadzie – w tych miejscach Żydzi żyją nieprzerwanie od tysięcy lat. Rabin Dawid Szychowski (znany w Polsce z otwartości na dialog z chrześcijanami i potępiający akty agresji wobec chrześcijan w Izraelu) tak pisze o Żydach, którzy w niewielkiej liczbie mieszkali na tych ziemiach od zawsze: „To był tak zwany Jiszuw ha-Jaszan, Stary Jiszuw, ludzie, którzy nigdy stamtąd nie odeszli. Nowi imigranci dołączali do istniejącej społeczności, a nie tworzyli ją z niczego na obcej ziemi”. Na początku XIX wieku w całej Palestynie mieszkało zaledwie kilka tysięcy Żydów, ale niespełna 80 lat później było już ich ponad 25 tys. Później ograniczenia dla żydowskich imigrantów nałożył Herbert Samuel, pierwszy Wysoki Komisarz Palestyny (zresztą, brytyjski Żyd), argumentując to tym, że napływ żydowskich osadników zmusza arabskich chłopów do opuszczania swojej ziemi. W czasie I wojny światowej liczba ludności żydowskiej spadła z powodu głodu, chorób i masowych wysiedleń. W 1915 roku około 83 tys. Żydów mieszkało w Palestynie wśród 590 tys. muzułmańskich i chrześcijańskich Arabów. Rekordowa alija miała miejsce w 1935 roku, gdy do Palestyny przybyło ponad 66 tys. nowych żydowskich imigrantów (więcej o tym m.in. w artykule naukowym „British Restrictions on Jewish Immigration to Palestine” na portalu Jewish Virtual Library).

Etiopscy Żydzi tęsknią

Wśród samych Żydów nie było i nie ma do dziś zgody co do zasadności stworzenia państwa żydowskiego. Prof. Anita Shapira w swojej „Historii Izraela” pisze: „Krytycy protestowali, że związek z Ziemią Izraela opierał się na micie religijnym oraz że laicki Żyd nie powinien przyjmować koncepcji świętości państwa, powracania do starych czasów i innych podobnych pomysłów wynikających z żydowskiej wiary. Natomiast najbardziej ortodoksyjnym Żydom idea powrotu do ojczyzny wydawała się sprzeczna z losem, na jaki zostali skazani. Ich zdaniem taki czyn sprzeciwiał się trzem przysięgom, które żydowski naród złożył Wszechmogącemu: nie burzyć muru, nie przyspieszać Końca i nie buntować się przeciw narodom świata. Zaś Wszechmogący zaprzysiągł inne narody, aby nie prześladowały nadmiernie ludu żydowskiego. W próbach uzyskania wybawienia zwykłymi ludzkimi środkami dostrzegali próbę buntu Żydów przeciwko wyrokom Boskim, gdyż zamiast czekać na nadejście Mesjasza, usiłowali wziąć los we własne ręce. Dlatego najbardziej ortodoksyjni wyznawcy judaizmu gorąco sprzeciwiali się tak niebezpiecznej herezji”, pisze izraelska historyczka.

Faktem jednak jest i to, że kolejne pokolenia Żydów w diasporze pielęgnowały mocno ideę powrotu do Erec Israel. Yossi Klein Halevi, choć przyznaje, że wielu Żydów uznało, iż ich rozproszenie jest karą za grzechy, zarazem podtrzymywało nadzieję i wiarę, „że pewnego dnia wyrok skazujący ich na wygnanie wygaśnie i Bóg, zgodnie z przepowiedniami naszych proroków, sprowadzi ich z najodleglejszych zakątków świata do domu”. I dodaje: „Rozproszeni na wygnaniu, po niezliczonych zakątkach świata Żydzi byli przywiązani do rytuałów wyrażających ich tęsknotę za utraconą ziemią. Przykładem jest święto Żydów etiopskich znane jako Sigd. Raz w roku, późną jesienią tysiące Żydów z różnych wiosek w odległej prowincji Gondol wspinały się na górę. Ubrani na biało, zwracali się na północ w stronę Syjonu i modlili się o powrót. O święcie dowiedziałem się od mojego przyjaciela, Shimona, który przyjechał do Izraela mniej więcej w tym samym czasie co ja, czyli w latach osiemdziesiątych XX wieku. Mimo że przybył z najbiedniejszej społeczności diaspory, ja zaś z tej najbardziej uprzywilejowanej, obaj zostaliśmy wychowani w identycznej miłości do Syjonu. Etiopscy Żydzi przez wieki odcięci od reszty diaspory sądzili, że są ostatnimi Żydami na świecie”.

Mit kolonializmu?

Etiopscy Żydzi są zresztą jednym z przypadków obalających mit, jakoby dopiero Holocaust miał spowodować osiedlanie się Żydów w Palestynie. Zanim do Etiopii w ogóle dotarła informacja o Zagładzie, tysiące etiopskich Żydów osiedlało się w Erec Israel. Przytoczone wyżej dane obalają też mit o rzekomym „kolonialnym projekcie Zachodu”, jakim miałoby być Państwo Izrael: to znaczy, że europejscy Żydzi, wspierani przez imperia zachodnie, przyjechali na cudzą ziemię i ją sobie przywłaszczyli. Jak już wspomnieliśmy, tę ziemię żydowscy przybysze z Europy kupowali. Po drugie, w mit „zachodniego projektu” trudno wpisać alije z Afryki czy Azji, a liczba Żydów z tych części świata jest nie mniejsza niż z Zachodu. Trzeba też pamiętać, że już w 1925 roku, a więc ponad 20 lat przed powstaniem Państwa Izrael, otwarto w Jerozolimie Uniwersytet Hebrajski. Czy taki scenariusz przewidział Jean-Jacques Rousseau, który w 1762 roku napisał, że Żydzi dojdą do głosu, gdy będą mieli własne państwo i uniwersytety? Jeszcze raz oddam głos rabinowi Dawidowi Szychowskiemu: „Współczesne Państwo Izrael to nie jest po prostu kolejny kraj na mapie świata. To coś znacznie większego. Rabin Uri Szerki nazywa to »wydarzeniem biblijnym« – i uważam, że ma rację. Powrót narodu żydowskiego do Syjonu po dwóch tysiącach lat to nie tylko sukces politycznego syjonizmu. To fenomen, który wymusza na całym świecie reakcję wykraczającą daleko poza zwykłą dyplomację. Izrael to zagadka, która rzuca wyzwanie fundamentom naszej cywilizacji. Zmusza narody chrześcijańskie do konfrontacji z własną tożsamością i stosunkiem do biblijnej obietnicy. I to jest właśnie powód, dla którego Izrael budzi tak skrajne emocje – bo nie da się wobec niego przejść obojętnie”. Ten sam rabin ma świadomość, że wyjątkowość Izraela nie oznacza kanonizacji jego polityki i kanonizacji samych Żydów. „Tora mówi o Izraelu jako o mamlachet kohanim wegoj kadosz – królestwie kapłanów i narodzie świętym. To nie jest język imperialny. To jest język misji. Kolonizator chce brać. Kapłan ma służyć. Izrael powstał z przekonania, że ten naród ma coś do zaoferowania światu i że może to zrobić tylko z własnej ziemi. Czy to oznacza, że każdy czyn Izraela jest święty? Nie. Ale oznacza, że nazywanie żydowskiego powrotu do Erec Israel »kolonializmem« jest nie tylko błędem historycznym. Jest odmową uznania jednej z najdłuższych ciągłości narodowych w dziejach ludzkości”, pisze Szychowski. Bardzo trudno jest przyjąć prawdę o początkach współczesnego państwa żydowskiego, mając przed oczami to, co jego władze robią dzisiaj m.in. w Strefie Gazy czy Libanie. Z pewnością trudno nazwać to „misją” czy „służbą”. Ale zbrodnie dzisiejszych władz Izraela nie sprawiają, że można wymazać fakty historyczne. Szkoda tylko, że pamięci o tym, jak narodził się współczesny Izrael, najbardziej szkodzą same władze Państwa Izrael.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina Jacek Dziedzina W „Gościu” od 2006 roku. Z wykształcenia socjolog. Twórca i redaktor naczelny magazynu popularnonaukowego „Historia Kościoła”. Kierownik Działu „Świat” w GN. Wcześniej odpowiedzialny m.in. za rozwój portalu gosc.pl. Autor kilku tysięcy artykułów, w tym reportaży z całego świata, wywiadów i analiz. Specjalizuje się w tematyce międzynarodowej i sprawach związanych z nową ewangelizacją i życiem Kościoła. Członek Zarządu Alpha Polska. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii „Publicystyka”. Wydawca, producent i autor książek.