Marek Jurek:
Pół wieku temu w Gorzowie Pałac Biskupi był dla nas miejscem „magicznym” (choć tak naprawdę nie był to pałac, tylko okazała poniemiecka willa). W każdym razie był znakiem innej Polski i innej, naszej własnej, historii Ziem Odzyskanych: zakładania parafii, walki o budowę kościołów, wielkich zgromadzeń na Mszach kardynała Wyszyńskiego podczas Wielkiej Nowenny Tysiąclecia. Pałac był owiany legendą: wybitych szyb przez reżimowy Związek Młodzieży Socjalistycznej, a może po prostu przez bojówkę ubecką (w „proteście” przeciw listowi polskich biskupów do biskupów niemieckich), a także podsłuchów, które bp Pluta w rezydencji odkrył. Szyb długo nie wstawiał, z publicznego protestu przeciw podsłuchom – kierując się śląskim pragmatyzmem – zrezygnował, gdy władze zgodziły się na budowę nowych kościołów. Na Pałac patrzyliśmy jak na twierdzę katolickiej Polski, dumnie trwającej mimo kolaboracyjnych rządów komunistów.
I w tym miejscu z „innego świata” zjawił się w 1986 roku przybysz ze świata jeszcze innego, prefekt Kolegium Polskiego w Rzymie, 45-letni ks. Józef Michalik. Na biskupa gorzowskiego powołał go św. Jan Paweł II.
Gorzów był wtedy ważnym ośrodkiem podziemnej Solidarności, a także matecznikiem i społecznym oparciem naszego poznańskiego środowiska Ruchu Młodej Polski. Większość z nas z Gorzowa pochodziła. Z Liceum Kościuszki, w którym się wcześniej uczyliśmy, z Duszpasterstwem Akademickim ks. Witolda Andrzejewskiego – mieliśmy ciągle kontakt. I natychmiast zgłosiliśmy się do nowego biskupa, który owszem – od nas był dobrze starszy, ale był jednak młodszy, czasem sporo, od naszych rodziców. I od początku zawiązała się bliska więź – przyjaźni i współpracy. Bp Michalik objął patronatem „Aspekty”, pismo, które wcześniej ukazywało się w podziemiu. Potem wspierał założenie „na powierzchni” (i już w skali całego kraju) tygodnika „Młoda Polska”.
W RP 1989 został prawdziwym „ojcem chrzestnym” Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Nasza partia zawiązała się w domu rekolekcyjnym w sanktuarium Matki Bożej Rokitniańskiej, patronki diecezji gorzowskiej. My tam (bo gdzie mieliśmy się podziać) zaczynaliśmy walkę o chrześcijański charakter niepodległej Polski. A komuniści tymczasem z wielkiego gmachu obecnej giełdy zawiadywali „transformacją ustrojową”, która w ich planie miała zastąpić rzeczywistą odbudowę państwa.
W czasie pierwszych wolnych wyborów biskup miał głośną wypowiedź, która powszechnie została odebrana jako wsparcie dla Wyborczej Akcji Katolickiej, czyli koalicji zorganizowanej przez ZChN: „Katolik ma obowiązek głosować na katolika, chrześcijanin na chrześcijanina, muzułmanin na muzułmanina, Żyd na Żyda, mason na masona, komunista na komunistę, każdy niech głosuje na tego, którego sumienie mu podpowiada”. Z tej prostej i racjonalnej zachęcie, wzywającej katolików do wyłonienia reprezentacji opinii katolickiej, robiono orędzie nacjonalizmu, „państwa wyznaniowego” i antysemityzmu. Publicznie wtedy mówiłem, że trzeba wyjątkowej ignorancji, nieznajomości mechanizmów społeczeństwa pluralistycznego, by tego orędzia nie zrozumieć. Wystarczy wiedzieć trochę „o demokracji w Ameryce”. W Nowym Jorku, który jest świetnym laboratorium kulturowego pluralizmu, katolicy (Włosi, Irlandczycy) z reguły głosowali na katolików, Żydzi na Żydów. Oczywiście teraz Nowym Jorkiem rządzi radykalnie lewicowy mahometanin, ale to już inny wiek i inna demokracja...
Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe stało się rzecznikiem cywilizacji życia, choć zakres naszych zaangażowań był dużo szerszy. Przepisy chroniące życia uchwalone w RP 1993, wzmocnione orzeczeniami Trybunału Konstytucyjnego z lat 1997 i 2020, to trwały owoc ustrojowy tamtego wyborczego sukcesu.
Ale rozmawialiśmy nie tylko o sprawach Rzeczypospolitej. Gdy do Polski przyjechał ks. Josef Bisig, przełożony tradycyjnego Bractwa św. Piotra, pojechaliśmy wspólnie do Arcybiskupa. Rozmowa była ciekawa, przyjazna, choć bez praktycznych konkluzji. Potem jednak Arcybiskup powiedział mi: „Nie martw się, ci księża znajdą drogę do Polski”.
Naszych relacji nie przerwał też wyjazd biskupa z Gorzowa, gdy bp Michalik w RP 1993 został powołany na metropolitę przemyskiego. Tam właśnie, w nowej diecezji, Arcybiskup odegrał znakomitą rolę we wzmocnieniu więzi katolickiej wiernych obu obrządków, naruszonej bolesną pamięcią walk polsko-ukraińskich i dramatycznym konfliktem o grekokatolicką katedrę. Musiały to przyznać nawet liberalne media, regularnie krytykujące Arcybiskupa.
W czasie referendum „akcesyjnego” – jak prywatnie wyznał – nie głosował za Unią Europejską.
Gdy został przewodniczącym Konferencji Episkopatu powstrzymał forsowanie przyjmowania komunii św. na rękę. Mówił, że kierował się głosami wiernych (z których najważniejsza była deklaracja zredagowana przez Pawła Milcarka, podpisana m.in. przez bliską współpracownicę Jana Pawła II, prof. Wandę Półtawską).
Po moim ustąpieniu ze stanowiska marszałka Sejmu (gdy kierownictwo mojej własnej partii storpedowało wzmocnienie konstytucyjnych gwarancji prawa do życia) Arcybiskup wyraził mi publicznie solidarność.
Bogusław Kiernicki:
Jan Paweł II mianował go właśnie biskupem w tym mieście, chyba wówczas najmłodszym w Polsce, a ja właśnie wróciłem do domu, tuż po studiach w Poznaniu. Chwilę wcześniej dołączyłem tu do grupy absolwentów Duszpasterstwa Akademickiego którzy wydawali „półpodziemne” pismo katolickie „Aspekty”. Miało ono wyraźnie opozycyjny i antykomunistyczny charakter, ale było drukowane pod szyldem „DA” chyba za sprawą ks. Witolda Andrzejewskiego. Mimo tego Służba Bezpieczeństwa konfiskowała pismo w czasie rewizji, a my podpisywaliśmy artykuły pseudonimami.
Zaraz jak tylko nastał nowy biskup, SB zgłosiło się do niego z żądaniem ujawnienia osób, które kryją się za pseudonimami. Biskup Michalik wysłał ich na drzewo, prosząc żeby go nie obrażali traktowaniem jak jakiegoś kapusia. Poprosił nas po tej sytuacji do siebie, żeby porozmawiać, i tak zaczęła się ta znajomość. Spotykaliśmy się dość regularnie, najczęściej u niego w rezydencji. Często siedzieliśmy tam do późna w nocy, w gronie aspektowej redakcji. Nikt z nas nie przekroczył jeszcze wtedy 30 lat. Była herbata, jakieś napoje, owoce, jak było trzeba to i kolacja.
Raz to my pytaliśmy, a biskup opowiadał i odpowiadał, zaraz potem odwrotnie. Sympatycznie i grzecznie, ale bez taryfy ulgowej. Omawialiśmy wszystkie ważne sprawy kościelne i społeczne. I naprawdę nie tylko my go słuchaliśmy, ale on też nas uważnie słuchał. Potrafiliśmy sobie później przypominać różne rzeczy z tych rozmów nawet po kilkudziesięciu latach.
Ostatni raz rozmawiałem z księdzem arcybiskupem o tym dobrych kilka miesięcy temu w Przemyślu. Czuł się jeszcze zupełnie nieźle, po latach walki z rakiem. W lutym Ksiądz Biskup przypomniał mi jeszcze raz o naszych gorzowskich historiach w ostatnim liście, który od niego otrzymałem.
Piszę o tym doświadczeniu młodych ludzi, bo miało ono wpływ nie tylko na mnie, ale na całe środowisko moich przyjaciół. To doświadczenie, że ze swoim biskupem można się nawet spierać, ale też zawsze na niego liczyć. I ja takich sytuacji miałem bardzo wiele. Czasami działo się to bardzo spontanicznie. Na przykład uświadomiłem sobie kiedyś, że zbliża się 30 rocznica wprowadzenia w Polsce ustawy aborcyjnej. Pomyślałem o tym, wziąłem długopis i napisałem list do Biskupa, że powinno się ten fakt przypomnieć i że można zrobić dzień postu i modlitwy. Odpowiedzi nie dostałem, ale kilka tygodni później usłyszałem w kościele list Biskupa, a może nawet Episkopatu, wzywający wiernych do postu i modlitwy w ten czarny dzień polskiej historii.
Rozmawialiśmy też o polityce. Gdy zakładaliśmy Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, a wielu z naszego środowiska się w to mocno zaangażowało, to jako miejsce zawiązania komitetu założycielskiego ZChN wybraliśmy Sanktuarium maryjne w Rokitnie pod Gorzowem. Po części stricte politycznej Ksiądz Biskup dołączył do nas. I znowu odbyła się długa, szczera rozmowa z osobami, które zjechały się tam z całej Polski. Czuliśmy zrozumienie i wsparcie.
Gdy zbliżały się pierwsze wolne wybory do Sejmu Ksiądz Biskup wygłosił kazanie na Mszy św. która poprzedzała w Gorzowie nasze spotkanie Wyborczej Akcji Katolickiej. Powiedział wtedy te słynne słowa, że katolik powinien głosować na katolika, tak jak komunista na komunistę, Żyd na Żyda czy mason na masona. Miało to mocny społeczny rezonans. Miałem też w tym swój udział. Media we Mszy św. nie uczestniczyły, ale już przed spotkaniem pojawił się dziennikarz PAP-u któremu opowiedziałem o wypowiedzi Księdza Biskupa, a któraś z koleżanek przekazała mu nagranie z dyktafonu. No i potoczyło się. Ostry atak “Gazety Wyborczej” na Arcybiskupa spowodował, że Wyborcza Akcja Katolicka zajęła w wyborach 3 miejsce tuż za Unią Demokratyczną i SLD. Zaowocowało to między innymi ustawą o ochronie życia, czy konkordatem gwarantującym religię w szkole. Często żartowaliśmy sobie później z przyjaciółmi, że z tą słynną wypowiedzią Księdza Biskupa nie do końca się zgadzamy, bo przecież byłoby jeszcze lepiej gdyby Żydzi, masoni i komuniści także głosowali na katolików. Co przecież nie jest wykluczone, a nawet wskazane.
Klamrą tej naszej współpracy w ramach różnych chrześcijańsko-narodowych inicjatyw było powołanie Komitetu Obchodów 1060-lecia Chrztu Polski i uroczysty Apel Komitetu z tej okazji. Ksiądz Arcybiskup na naszą prośbę żeby wszedł do Komitetu i został sygnatariuszem Apelu, potwierdził swoją gotowość i napisał, że będzie to dla niego prawdziwym zaszczytem, zastrzegając równocześnie, że jest już faktycznie „niepełnosprawny” i nie może zadeklarować jakiejś realnej aktywności. Więc pokornie zostawił naszej decyzji włączenie go do grona Komitetu. Zrobiłem to osobiście z pewnością, że mu się to należy, jako jednemu z ojców naszej trzeciej niepodległości, i z poczuciem wzruszenia, bo wiedziałem, że to już pewnie ostatni raz.








