Agata Puścikowska: Jak ocenia Pani działania ministerstwa związane z reformą ustawo o opiece społecznej? Kontaktują się z Wami, praktykami?
Anna Sławińska: Niestety, czujemy się pominięci. Przez ostatnie dwa lata wielokrotnie próbowaliśmy nawiązać dialog i zapraszaliśmy przedstawicieli resortu do naszego domu, do Strumienia, by pokazać specyfikę życia podopiecznych i naszej pracy. Bezskutecznie. Projekt nowelizacji został nam przedstawiony 10 kwietnia na pierwszym i jedynym spotkaniu z nami w Ministerstwie, jako gotowa decyzja, podjęta bez konsultacji z praktykami, którzy od lat zajmują się dziećmi z najcięższymi niepełnosprawnościami. To nie jest dialog, to stawianie przed faktem dokonanym.
Jak działa wasz dom? Kogo przyjmuje? I dlaczego dzieci nie są w pieczy zastępczej tylko u was?
Nasz dom to dla wielu jedyna rodzina, jaką mają. Przyjmujemy dzieci i młodzież z głęboką niepełnosprawnością intelektualną i sprzężoną, często wymagające całodobowej, specjalistycznej opieki medycznej i rehabilitacyjnej. Te dzieci nie są w pieczy zastępczej, bo system pieczy jest niewydolny – brakuje rodzin gotowych podjąć się tak trudnej i obciążającej opieki. U nas znajdują nie tylko profesjonalną pomoc, ale przede wszystkim dom na całe życie, od dzieciństwa aż po naturalną śmierć.
Jak wg. Pani powinna wyglądać reforma, żeby była sensowna?
Powinna zacząć się od realnego wzmocnienia rodzin biologicznych i zastępczych, a nie od zakazów. Sensowna zmiana to taka, która najpierw tworzy bezpieczne alternatywy (rodziny, opiekę wytchnieniową), a dopiero potem zmienia przepisy o kierowaniu do placówek. Nie wolno niszczyć tego, co działa, zanim zbuduje się coś nowego. Potrzebujemy systemu, który gwarantuje ciągłość opieki i nie wyrzuca człowieka z jego domu tylko dlatego, że skończył 18 lat.
Co będzie realnie działo się z dziećmi chorymi po nowym roku? Gdzie realnie pójdą?
Obawiam się, że te dzieci staną się "numerami" w kolejce do systemu pieczy zastępczej, który już teraz jest dramatycznie przepełniony, dziś na zabezpieczenie czeka 1900 dzieci. Twierdzenie, że zakaz kierowania do DPS nagle „wyczaruje” rodziny zastępcze, jest niebezpiecznym mitem. Ministerstwo jako alternatywę wskazuje RPOT (Regionalne Placówki Opiekuńczo-Terapeutyczne), ale spójrzmy na fakty: w całej Polsce jest ich zaledwie 12, oferują łącznie około 300 miejsc i są nastawione na usamodzielnienie, a po osiągnięciu pełnoletności nie można w nich dalej mieszkać! Do takich placówek rzadko trafiają dzieci z najcięższymi, sprzężonymi niepełnosprawnościami – one trafiają do nas, do DPS, i to jest dla nich właściwe miejsce.
Argument resortu, że samorządy „idą na łatwiznę” i zakaz zmusi je do szukania rodzin, jest krzywdzący i po prostu nieprawdziwy. Prawda jest taka, że specjalistycznych rodzin zastępczych jest w Polsce tylko około 250. One nie powstają z powodu urzędowego nakazu, ale dzięki ogromnemu wsparciu i powołaniu, którego system nie zapewnia. Realnie grozi nam paraliż i trauma podopiecznych, których będzie się przerzucać między instytucjami, zamiast pozwolić im żyć w bezpiecznym, znanym im od lat domu. Jedyną prawdziwą alternatywą jest RODZINA i to na tworzeniu warunków dla niej, a nie na zakazach, powinno skupić się Ministerstwo. I bardzo ważne: projekt ustawy o pomocy społecznej jasno mówi o likwidacji DPS dla dzieci poprzez zapis „pełnoletnie”. Jednak pozostałe DPS dla dorosłych też są zagrożone tym projektem, ponieważ tak naprawdę wprowadza on ich stopniowe wygaszanie.








