W 410 roku Wizygoci zdobywają Rzym. Co poszło nie tak? Przecież w Cesarstwie chrześcijaństwo nie tylko wyparło dawne pogańskie kulty, ale od kilkudziesięciu lat jest już oficjalną religią państwową. Czy to za mało, by zapewnić bezpieczeństwo i państwu, i Kościołowi? – To rzeczywiście był szok dla wszystkich Rzymian. Był to także argument dla pogan, przekonujących, że przez prawie 800 lat noga nieprzyjacielskiego żołnierza nie stanęła w mieście Rzym, a gdy porzuciło ono starych bogów, to ten nowy Bóg – Chrystus – nie był w stanie zapewnić mu ochrony – mówi ks. prof. Stanisław Adamiak w obszernej rozmowie z Jarosławem Dudałą (s. 6-17). Jeden z najlepszych w Polsce specjalistów od pierwszych wieków chrześcijaństwa i zarazem jeden z tłumaczy listów św. Augustyna właśnie u tego ojca Kościoła szuka odpowiedzi na pytania, jakie rodzą się w każdym, kto zbyt wielkie nadzieje pokłada we władzy państwowej. – Augustyn pokazuje, że żadne państwo ziemskie nie może się uważać za idealne państwo Boże. I że – wbrew temu, co pisali wtedy inni autorzy kościelni – nie jest tak, że Cesarstwo Rzymskie jest dokładnie tym, czego chce Pan Bóg, że to w nim urzeczywistnia się królestwo Boże – mówi nasz rozmówca.
Przy okazji tego tematu często przywołuje się to zdanie św. Augustyna: „Nie Rzym był naszą nadzieją, ale Ten, który stworzył niebo i ziemię”. I za tę opinię również Augustynowi dostało się od współczesnych mu współwyznawców, bo większość nie podzielała jego „relatywizującego” rzeczywistość poglądu. – Przeciwnie: w IV w. – po tym, jak Konstantyn Wielki nawrócił się na chrześcijaństwo – wielu chrześcijan uwierzyło, że to jest dokładnie to, czego chciał Pan Bóg: że chrześcijaństwo będzie się realizować w ścisłej symbiozie z Cesarstwem Rzymskim. Nie potrafili sobie wyobrazić świata bez Cesarstwa, zwłaszcza że ono przecież istniało już wtedy od setek lat! – dodaje ks. prof. Adamiak.
Bardzo bliskie jest mi to myślenie Augustyna. Z pewnością bliskie jest również od dawna augustianinowi Robertowi Prevostowi, który rok temu stał się Leonem XIV. I pewnie nie przypuszczał, że przyjdzie mu tak mocno zetrzeć się ze swoim rodakiem, prezydentem USA, który dla wielu chrześcijan (nie tylko w Stanach) stał się niemal gwarantem stworzenia „państwa Bożego” na ziemi, a który dziś nawet u swoich dotychczasowych wyznawców budzi zażenowanie i rozczarowanie ze względu na wojenną i antypapieską retorykę. Bo rozczarowaniem zawsze kończy się pokładanie nadziei nie tam, gdzie światło wiary i rozumu wskazuje.
Oczywiście, wyczuwamy to napięcie: po drugiej stronie medalu jest bowiem stworzenie państwa totalitarnego, które z założenia jest wrogiem Kościoła i ludzi wierzących. Doświadczyło tego tak wielu męczenników reżimów komunistycznych, m.in. zesłani do obozu sołowieckiego duchowni (tekst Andrzeja Grajewskiego na s. 52-59). A zakatowanie przez SB ks. Romana Kotlarza (wstrząsający tekst Przemysława Kucharczaka na s. 26-35) z perspektywy dzisiejszej wiedzy było zapowiedzią tego, co władza programowo zwalczająca religię zrobiła później z kapelanem „Solidarności”. P. Kuczarczak pisze o tym, iż śledztwo IPN wykazało, „że w sprawę ks. Kotlarza byli zaangażowani esbecy z Samodzielnej Grupy „D” Departamentu IV MSW, zajmujący się zwalczaniem Kościoła. Osiem lat po śmierci ks. Kotlarza zamordowali oni ks. Jerzego Popiełuszkę”.
Czy można się zatem dziwić, że mając świadomość tego, iż „państwo bez Boga” oznacza często wyrok śmierci dla wierzących, spontanicznie szukamy ratunku we władzy, która „opakowuje się” tzw. wartościami chrześcijańskimi? Nie, dziwić się nie można. Ale historia pokazuje, że na końcu tego nadmiernego (graniczącego nieraz z idolatrią) zaufania do władzy niemal zawsze pojawia się inne zdziwienie z pytaniem: co poszło nie tak?








