Dotąd, dokąd człowiek nie zacznie myśleć, będzie tonął w iluzjach. Niecałe tysiąc słów o meczu, w którym byliśmy lepsi, a jednak gorsi.
07.04.2026 19:03 GOSC.PL
Jaki jest sens wracać do wydarzeń z meczu Polski ze Szwecją dopiero teraz – po tygodniu? Każdy zna wynik. Wie, jak było. A i media skupione są zupełnie na innych miejscach niż szwedzki stadion narodowy, zwany Truskawką (Strawberry Arena w Solnie pod Sztokholmem). Użytkownicy rzadziej otwierają portale przy pomocy słów-kluczy takich, jak „Urban”, „reprezentacja”, „baraże”. Zasięgi postów o polskiej drużynie narodowej też jakoś słabną. Po pierwsze, polska drużyna nie potrzebuje zasięgów, bo zna własną wartość. Ponadto, w życiu – jak w piłce nożnej – przyda się odrobina fantazji, akcja solowa. Wszyscy pisali siedem dni temu, a ja – późno, ale za to solo – piszę dziś. Zresztą, równie dobrze mógłbym jeszcze trochę poczekać. Nie ma pośpiechu. Bo kolejny pojedynek ekipy Jana Urbana dopiero 3 czerwca. Co do statystyk, które każdy kibic piłkarski kocha jak środowe wieczory, to z Nigerią rozegraliśmy dotąd jeden mecz. 100 proc. porażek. Tak powiedziałby ktoś złośliwie usposobiony. Napiszę więc, że w całej historii futbolu polskie orły z drużyną nazywaną Super Orłami przegrali tylko raz. Nie wiem, czy takie zdanie pomoże odbudować zasięgi w mediach społecznościowych. Nie ma to znaczenia, bo – jak już padło wyżej – polska drużyna nie potrzebuje zasięgów, zna własną wartość.
Siedem dni to we współczesnym świecie… może nie cała wieczność, ale spory skrawek wieczności. W Wielką Sobotę Robert Lewandowski wszedł na boisko rywala z ławki rezerwowych, zdobył 12. bramkę w tym sezonie La Liga i rozstrzygnął wynik meczu. Piotr Zieliński zaliczył w Wielkanoc asystę, także przy bramce na 2:1, tyle że dla Interu. I na dokładkę Jakub Kamiński strzelił gola dla FC Koeln… nie inaczej – na 2:1. Pozostali kadrowicze także wrócili do swoich klubów. Porażka w barażach ze Szwedami tylko na moment wstrzymała czas. I piłka, i życie toczą się dalej. A może już nawet nikt nie pamięta o meczu, w którym byliśmy lepsi, a jednak gorsi. Tym bardziej wspomnę tamten wieczór.
Tak się składa – niech mi Państwo uwierzą na słowo – że zamiast analizować składy, ustawienie piłkarzy na boisku czy możliwe warianty wydarzeń na lewym czy prawym wahadle, kilka chwil przed pierwszym gwizdkiem w meczu Polski ze Szwecją czytałem jeden z wykładów ks. Józefa Tischnera, opublikowany pod tytułem „Tragedia pod postacią piękna”.
Filozof zaczyna od tezy, iż prawdziwe piękno to piękno tragiczne. „A więc nie sztuka być pięknym na dyskotece, nie sztuka być pięknym na ulicy, ale sztuka być pięknym wtedy, kiedy przyjdzie tragedia” – stwierdził ks. Tischner. Dalej w tymże wykładzie do gry wchodzą – skupieni na potędze myśli – Kierkegaard i Sokrates. Ale przemilczmy ich obecność, ponieważ na scenę wbiegają bohaterowie skupieni na piłce.
Jak można by w ten – przywołany przez ks. Tischnera – romantyczny obraz („przeżyć piękno i umrzeć”) wpisać naszą małą piłkarską tragedię? Powiedzmy to uczciwie, byliśmy tydzień temu o włos od takiej romantycznej chwili. Polacy stworzyli więcej okazji do zdobycia gola. A wystarczyłby „jeszcze jeden” (ten sam, którego domagali się polscy fani) i kto wie – w dogrywce, w serii karnych – przydarzyłby się nam kolejny, jeszcze jeden gol, decydujący o awansie na mistrzostwa. „Przeżyć piękno i umrzeć”! Jak umieraliśmy na kilku ostatnich turniejach finałów dużych imprez.
Przyznam się Państwu do czegoś jeszcze, choć oczywiście nie trzeba mi wierzyć. Po przegranym meczu nie słuchałem już ani wywiadów z trenerem i piłkarzami, ani pomeczowych analiz telewizyjnych speców. Wróciłem do Tischnera. Poczytałem przez chwilę o Sokratesie, który „podjął próbę powrotu do prawdy”. Dotąd, dokąd człowiek nie zacznie myśleć – powtarzam za Tischnerem – będzie tonął w iluzjach.
Może więc paradoksalnie porażka na Truskawce okaże się wygraną w tym znaczeniu, że pozbawi nas iluzji na temat polskiej piłki, tej tu i teraz. Czym są tego rodzaju iluzje, pokazuje przykład karuzeli trenerów. Jan Urban to szósty selekcjoner polskiej reprezentacji od 2021 roku. Kolejne nazwiska, począwszy od Brzęczka, a kończąc na Urbanie, dobierano podług prostej zasady przeciwieństw. Trochę jakby z inspiracji piosenką Grzegorza Turnaua „Natężenie świadomości”: „(…) z kogoś całkiem przeinnego w kogoś całkiem przeinnego, z wychowania w zachowanie, z wyuczenia w wydumanie”.
Zacznijmy od Jerzego Brzęczka. Mimo że wyniki miał niezłe, oczekiwano „czegoś więcej” i to w krótkim czasie. Dlatego nagle w kadrze pojawił się Paolo Sousa, więcej niż selekcjoner, bo jeszcze coach, mentor, wizjoner i odważny eksperymentator. Portugalczyk polską przygodę zakończył najgorzej, jak się da, bo rezygnacją, gdy jeszcze była szansa na awans. W tej sytuacji za nie-Polaka do gry wszedł Polak, do tego taki, po którym wiadomo było, czego się spodziewać. Zamiast ryzykownej finezji i tracenia czasu na podręczniki pozytywnego myślenia Czesław Michniewicz zaoferował w Katarze obronę Częstochowy. W nieskończoność bronić się nie da, dlatego w miejsce polskiego trenera bez międzynarodowych sukcesów znów zjawił się Portugalczyk, ale tym razem taki z medalami. Nie wyglądało jednak, by Fernando Santos znalazł wspólny język z drużyną Biało-Czerwonych. W zespole był prawie dziewięć miesięcy, ale w tym czasie nie narodził się żaden sposób na wygrywanie. Na ławkę trenerską ściągnięto zatem trenera typu fighter, takiego, o których piłkarze i kibice powiedzą, że „to jeden z nas”. Michał Probierz zastał reprezentację sztywną, a zostawił nieco nadłamaną… Jan Urban otrzymał misję naprostowania wszystkich krzywizn, oczyszczenia atmosfery i poukładania gry na nowo. Z misji się wywiązał. Dlatego, mimo braku awansu na mundial, utrzymał posadę. Miejmy nadzieję, że prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej skorzysta z rady Sokratesa, by powrócić do prawdy. W tym przypadku prawdy o tym, że wielki sukces często wykuwa się latami. A dla futbolu w kraju nad Wisłą, zwłaszcza futbolu reprezentacyjnego, korzystny wydaje się nie romantyczny zryw, lecz pozytywistyczna organiczna praca. Niekoniecznie praca u podstaw. Podstawy mamy całkiem niezłe.
Robert Lewandowski
PAP/EPA/Mariscal
Piotr Sacha
Dziennikarz, sekretarz redakcji internetowej „Gościa Niedzielnego”. Jest absolwentem socjologii na Uniwersytecie Śląskim oraz dziennikarskich studiów podyplomowych w Wyższej Szkole Europejskiej w Krakowie. Były korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej w Katowicach. Wieloletni redaktor „Małego Gościa Niedzielnego”. Autor licznych artykułów dotyczących kultury oraz tematyki społecznej, a także książki dla dzieci „Mati i wielkie fałszerstwo”. Z pasją wędruje stronami literatury współczesnej i po ścieżkach muzyki. Ostatnio – wraz z prof. Jackiem Wojtysiakiem – opublikował książkę „Bóg na logikę. Rozmowy o wierze w zasięgu rozumu”.