Weto dla SAFE: prezydent zagrał va banque

Polska armia potrzebuje pilnych zbrojeń. Bardziej niż niemiecka czy francuska. Prezydent wetując ustawę wdrażającą unijną pożyczkę na obronność podejmuje duże ryzyko, niezależnie od tego, że niektóre z użytych argumentów mają mocne oparcie w rzeczywistości.

Ten tekst czytasz w całości za darmo w ramach promocji. Chcesz mieć stały dostęp do wszystkich treści? Kup subskrypcję na www.subskrypcja.gosc.pl

Weto prezydenta dla ustawy pozwalającej uruchomić unijny program SAFE dla Polski wisiało w powietrzu i właściwie wszyscy obserwujący w ostatnich tygodniach dyskusję wokół tego projektu spodziewali się takiego rozstrzygnięcia. Nie po to Karol Nawrocki z Adamem Glapińskim przedstawili propozycję sfinansowania zbrojeń przy pomocy NBP, żeby kilka dni później, bez mrugnięcia okiem podpisać unijny kredyt.

Do przewidzenia były też społeczne reakcje na tę decyzję. W szeregach najwierniejszych wyborców Prawa i Sprawiedliwości zapanowało poczucie zwycięstwa nad „dyktatem Brukseli” (czymkolwiek by ten dyktat nie był), przez twardy elektorat KO przetacza się fala oburzenia, oskarżeń prezydenta o zdradę, a najczęściej powtarzanym słowem jest „hańba”.

Rzecz jednak w tym, że z jednej strony przynajmniej część użytych przez Karola Nawrockiego argumentów ma silne oparcie w rzeczywistości, z drugiej jednak, opóźniając swoim wetem finansowanie zbrojeń, prezydent bierze na siebie ogromną odpowiedzialność i podejmuje ryzyko, na które nie ma w dalszej perspektywie wpływu, a ewentualne konsekwencje poniesiemy wszyscy.

Odpowiedzialna polityka finansowa

Jednym z ważnych do rozważenia argumentów za wetem była kwestia kosztów pożyczki. Według wyliczeń jej rzeczywiste koszty, przy normalnym harmonogramie spłaty, mają wynieść drugie tyle ile sam kapitał kredytu. Dobrze brzmi dodatkowe 185 mld złotych na obronność, ale już spłata 370 mld niekoniecznie. I sam fakt rozłożenia tej straty na długie lata tylko trochę amortyzuje nieprzyjemne uczucie finansowej pętli na szyi, która na co dzień tylko nieśmiało o sobie przypomina w dniu spłaty kolejnej raty, ale w razie potknięcia może boleśnie zacisnąć się i odciąć dopływ powietrza. Uczucie znane każdemu, kto spłaca choćby wysoki, wieloletni kredyt hipoteczny. Pół biedy, gdyby to było jedyne dłużne zobowiązanie. Niestety zadłużenie Polski w ostatnich latach rośnie bardzo szybko (co znajduje odzwierciedlenie w pogorszonym do A- ratingu) i sytuacja przypomina raczej zaciąganie dużego, może i nisko oprocentowanego kredytu hipotecznego w sytuacji, gdy na domowym budżecie ciążą niespłacone kredyty konsumenckie. Chociaż od wielu lat krajowa gospodarka kwitnie, nie powinniśmy zakładać, że w perspektywie kilkudziesięciu lat będą nas omijać wszystkie recesje i warto mieć plan na uporządkowanie tych „domowych” finansów. Tymczasem żadna partia polityczna poza Konfederacją nie jest gotowa mówić o ograniczeniu wydatków państwa w sytuacji, gdy już teraz stosunkowo dużą częścią składową budżetu są wydatki socjalne, a za chwilę mają znacznie zwiększyć się koszty pożyczek na obronność.

W tym ujęciu prezydent słusznie zwraca uwagę na dalsze powiększanie zadłużenia państwa, jednocześnie jednak ani jego środowisko polityczne ani koalicja rządząca nie proponują konkretnych rozwiązań ograniczenia tych obciążeń.

Tyle tylko, że sprawa długofalowych kosztów związanych z SAFE nie jest wcale zero-jedynkowa. Pamiętacie Państwo rok 2015? 500 Plus też miało być kosztem nie do uniesienia, a jednak wpompowanie w rynek tak dużej ilości pieniędzy nakręciło gospodarkę i było dla niej w tamtym momencie potężnym boosterem. W tym ujęciu nawet obłożona kosztem (stosunkowo niewielkich) odsetek pożyczka z programu SAFE, o ile większość tych pieniędzy zostałaby mądrze zainwestowana w polski sektor obronny, mogłaby w znacznej mierze spłacić się rozwojem branży zbrojeniowej i wzrostem PKB. Otwarte zostają oczywiście pytania o sprawiedliwy podział kosztów i wpływów, bo w przeciwieństwie do programu 500 Plus środki nie trafiłyby do tak szerokiego grona odbiorców. Ale tak, jak ówczesna Platforma Obywatelska w 2015 r., krytykując sztandarowy program Prawa i Sprawiedliwości, pomijała aspekt pobudzenia krajowej gospodarki dzięki rodzinnemu świadczeniu, tak dziś prawica mówi tylko o kosztach pożyczek z programu SAFE, zapominając, że większość tych środków będzie pracować w polskich firmach. A jeśli pieniądze te zostałyby dobrze wykorzystane, mogą być inwestycją, za którą w przyszłości pójdą zyski z eksportu zbrojeniówki.

Próbą uniknięcia wielomiliardowych kosztów unijnej pożyczki miała być propozycja przedstawiona przez prezesa NBP Adama Glapińskiego, by dozbroić polskie Siły Zbrojne ze środków wygenerowanych przez bank centralny w ramach tzw. „polskiego SAFE 0 procent”. Ale i to rozwiązanie nie tylko niesie ze sobą ryzyka, ale i nie jest, na koniec dnia, finansowaniem pozbawionym dodatkowych kosztów.

Polski SAFE z NBP pozwoli uniknąć kosztów? To nie takie proste

Rzeczywiste koszty unijnego SAFE możemy dziś tylko szacować, bo są zależne od kilku czynników. Jednym z nich jest zmienne oprocentowanie (nieco ponad 3 proc. w pierwszym roku), innym ryzyko walutowe związane z kursem euro do złotówki. Finalny koszt można obniżyć wcześniejszą spłatą (spłata kredytu zaczyna się dopiero po 10 latach), na to jednak nikt rozsądny nie liczy, widząc tendencję największych partii politycznych do jeszcze większego zadłużania państwa w celu realizacji kolejnych wyborczych obietnic. Pomimo tych zmiennych pożyczka SAFE jest mniej kosztowna niż choćby emisja krajowych obligacji na podobną kwotę, a oszczędności wynoszą tu według różnych szacunków od 30 do 60 mld złotych.

Co więcej żadne liczące się środowisko polityczne w Polsce nie neguje potrzeb obronnych. Jeśli więc i tak musimy zrealizować te wydatki, SAFE wydaje się korzystniejsze niż klasyczna metoda pożyczania środków przez państwo poprzez emisję obligacji.

Przewagą obligacji jest z kolei dowolność wykorzystania pożyczonych pieniędzy: program unijny narzuca zakupy u europejskich producentów – nie można więc sfinansować z tej pożyczki na przykład najlepszego w wielu sektorach sprzętu amerykańskiego czy koreańskiego. Zwolennicy programu unijnego twierdzą, że nic nie stoi na przeszkodzie, by w razie potrzeby takich zakupów zrealizować je ze środków budżetowych, ale wobec wspomnianej wcześniej niechęci do ograniczania innych wydatków i perspektywy spłacania SAFE, takie dodatkowe środki będzie coraz trudniej znaleźć.

Może więc lepszym rozwiązaniem jest propozycja „polskiego SAFE 0 procent” sfinansowanego ze środków wygenerowanych przez Narodowy Bank Polski? Prezes NBP chce uzyskać potrzebne pieniądze ze zrealizowania wzrostu wartości zakupionych w ostatnich latach dużych rezerw złota. Na pierwszy rzut oka ta propozycja brzmi kusząco, jednak, jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach. Zwraca na nie uwagę w swoim tekście zastępca redaktora naczelnego „Pulsu Biznesu” Ignacy Morawski. Przede wszystkim „SAFE 0 procent” nie jest pozbawiony dodatkowych kosztów, choć te rozkładają się inaczej niż w przypadku kredytu unijnego.

„To nie jest finansowanie na 0 proc. Pod pewnymi warunkami może być tańsze niż SAFE, pod pewnym droższe. Ostatecznego bilansu mógłby dokonać rząd, prezydent i NBP, ale można mieć wątpliwości, czy są w stanie siąść w takim gronie, by wspólnie coś ustalić” – pisze o pomyśle prof. Glapińskiego Morawski. Z czego wynikają te koszty? Operacja realizacji zysku na wartości złota niesie ze sobą ryzyko utraty kontroli nad inflacją (o ile nie ściągnięto by nadwyżki pieniędzy z rynku), a także obniżeniem wiarygodności kredytowej państwa, bo agencje ratingowe prawdopodobnie uznałyby to za naruszenie stabilności instytucjonalnej przy tak dużej skali operacji.

Jednocześnie Morawski zwraca uwagę, że miałaby sens operacja wypłaty zysku NBP poprzez przekazanie tej kwoty rządowi w dolarach, w celu redukcji zagranicznego zadłużenia. Pod warunkiem, że zyski, jakie mamy z redukowanych rezerw są mniejsze niż koszty obsługi długu, jaki mielibyśmy z tych środków uregulować.

Wszystkie te operacje wymagałyby jednak merytorycznej współpracy między NBP, kancelarią premiera i prezydenta.

Duże pieniądze, wątpliwe zasady

Innym wartym uwagi argumentem przedstawionym przez prezydenta jest kwestia wbudowanego w unijną pożyczkę mechanizmu warunkowości. Dla tej strony społeczeństwa i klasy politycznej, która identyfikuje się bardziej z prawicą, mechanizm ten przypomina perypetie związane z wieloletnim wstrzymywaniem wypłaty miliardów z KPO, co doprowadziło w znacznej mierze do utraty władzy przez Zjednoczoną Prawicę w 2023 r., i odblokowanie tych środków tuż po wyborach, pomimo braku nowych regulacji prawnych, jakie wprowadziłby rząd Donalda Tuska. Tamte wydarzenia zbudowały silne poczucie, że unijny mechanizm warunkowości może być wykorzystywany jako polityczny lewar do wywierania wpływu na proces wyborczy i wzmacniania bliskich Komisji Europejskiej środowisk politycznych i utrudniania życia ich oponentom.

W rzeczywistości proces odblokowywania KPO był znacznie bardziej zniuansowany i większość pracy negocjacyjnej w tej kwestii wykonał jeszcze rząd Mateusza Morawieckiego z ministrem Budą na czele, pomimo wewnętrznego sabotażu ze strony mniejszego koalicjanta – Solidarnej Polski, która m.in. tak zmodyfikowała prezydencki projekt ustawy, by ten nie spełniał minimalnych warunków postawionych przez KE.

Faktem jest jednak, że środki odblokowano tuż po wyborach, bez żadnej zmiany stanu prawnego względem tego, jaki był przed wyborami. Ten brak transparentności i jasnej komunikacji ze strony Komisji Europejskiej mocno osłabił zaufanie do struktur unijnych u znacznej części polskiego społeczeństwa, co zresztą widać w badaniach stosunku Polaków do członkostwa Polski w UE – choć nadal zdecydowana większość z nas chce pozostać w tej strukturze, grono osób rozważających polexit nigdy nie było tak duże, jak obecnie. Żadne nawoływanie Grzegorza Brauna i jego sympatyków do porzucenia Unii Europejskiej nie zrobiło w tej kwestii tak wiele, jak odblokowanie KPO na ładne oczy Donalda Tuska i ministra Bodnara tuż po wyborach w 2023 r.

Co, jeśli Rosja zaatakuje?

Pomimo tych zastrzeżeń potencjalne ryzyka związane z SAFE wydają się jednak znacznie mniejsze niż zagrożenie wynikające z opóźnienia dozbrajania polskiej armii. W przeciwieństwie bowiem do Francji czy Belgii, my bezpośrednio sąsiadujemy z Rosją i sprzymierzoną z nią Białorusią. Na potrzebę sfinansowania projektów obronnych w perspektywie nie trzydziestu, a trzech lat, zwracają zresztą uwagę nie tylko politycy koalicji rządzącej, ale i opozycji, a także prezes NBP. A przede wszystkim ci, którzy na obronności znają się najlepiej, jak choćby gen. Rajmund Andrzejczak na antenie „Kanału Zero”:

– Warto skoncentrować się na pierwszej sekwencji, której pan prezydent użył, co mnie cieszy, żebyśmy patrzyli nie tylko na bieżące interesy, ale też w długofalowej perspektywie, bo te decyzje będą bardzo kosztowne i długoterminowe i to jest wyraz myślenia strategicznego – mówił były szef polskiej armii i dodał – Ale my Rosjan mamy za płotem i siły zbrojne, aby mogły wykonywać zadania wynikające z odstraszania i wszystkie inne wynikające ze zobowiązań, muszą ten sprzęt mieć szybko. (…) Czas jest tutaj absolutnie kluczowy” – podkreślił Andrzejczak.

Argumentacja prezydenta nie jest więc zupełnie pozbawiona podstaw i rozważanie, wspólnie z obozem rządowym rozwiązań ograniczających wymienione zastrzeżenia byłoby dobrym kierunkiem. Ale, jeśli obie strony sporu nie będą gotowe do realnej współpracy, ryzykujemy czymś znacznie poważniejszym: nieprzygotowaniem na ewentualną agresję ze strony Rosji. W tym sensie, Karol Nawrocki wetując unijny SAFE, gra va banque. Bo, chociaż weto dotyczy ustawy uruchamiającej unijne finansowanie, więc nie przekreśla tych środków zupełnie, jeśli rzeczywiście doszłoby do konfrontacji z wrogiem, to prezydent zostanie obwiniony za ewentualny brak przygotowania armii na czas.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wojciech Teister Wojciech Teister Dziennikarz, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego” oraz kierownik działu „Nauka”. W „Gościu” od 2012 r. Studiował historię i teologię. Interesuje się zagadnieniami z zakresu historii, polityki, nauki, teologii i turystyki. Publikował m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Aletei”, „Stacji7”, „NaTemat.pl”, portalu „Biegigorskie.pl”. W wolnych chwilach organizator biegów górskich.