O rozwijaniu skrzydeł dzieciaków mimo niepełnosprawności, sporcie bez ograniczeń i dzieleniu się pasją ze wszystkimi wokół mówi olimpijka i trenerka Małgorzata Tlałka-Długosz.
Agata Puścikowska: Czego potrzeba, by mistrzyni olimpijska narciarstwa alpejskiego zaczęła trenować przyszłych mistrzów, ale... z zespołem Downa?
Małgorzata Tlałka-Długosz: To był splot kilku okoliczności. Przede wszystkim moje własne dzieci dorosły, więc pojawiła się nowa przestrzeń i czas na kolejne działania. Wcześniej prowadziłam też klubiki sportowe dla dzieci pełnosprawnych, ale czułam, że chciałabym zrobić coś więcej, coś inaczej i coś wartościowego. Skończyłam 50 lat i rok 2014 był dla mnie momentem przełomowym – czasem refleksji i zastanowienia się, w jakim kierunku chcę dalej iść. Miałam również okazję bliżej poznać środowisko Olimpiad Specjalnych i dorosłe osoby z niepełnosprawnościami aktywne fizycznie. Bardzo ujęło mnie ich otwarcie, ciepło, zaangażowanie ludzi i dobra atmosfera, która tam panowała. Kluczowe były też rozmowy z koleżankami z mojego regionu, z okolic Zakopanego. Opowiadały, że dzieci z niepełnosprawnościami często nie są przyjmowane do lokalnych klubów sportowych, bo trenerzy obawiają się, że spowolnią tempo pracy grupy. Zaczęły mnie namawiać, żebym spróbowała sama coś takiego stworzyć. Wiele mądrych ludzi zaoferowało pomoc. Pomyślałam wtedy, że może to dobry moment, żeby stworzyć coś bardziej „z serca”, dla innych. To był także rok kanonizacji Jana Pawła II. Więc chciałam w cichy, osobisty sposób uczcić PAPieża Polaka, PAPieża narciarza! Dużym wsparciem w działaniach był i jest mój mąż Piotr, który jest też moim najlepszym doradcą. W efekcie powołaliśmy Fundację Handicap Zakopane i rozpoczęliśmy treningi z pierwszą, kilkuosobową grupą dzieci. To były głównie dzieci z ZD, niepełnosprawnością umysłową.
Rodzice się nie bali?
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
już od 14,90 zł