Czy Ojciec nadal płacze?
Wiedziałem, że Pani o to zapyta. Tak, kiedy rozmawialiśmy parę miesięcy po rozpoczęciu wojny [cała rozmowa TUTAJ] mówiłem, że dużo płaczę, bo rzeczywiście tak było. Teraz już nie płaczę. Ale nie dlatego, że nie ma powodów do płaczu. Po prostu łzy się kiedyś kończą i… zaczynasz się przyzwyczajać. Okazuje się, że do wojny też człowiek przywyka. Włączają się różne mechanizmy obronne, które sprawiają, że można jakoś funkcjonować. Bo przecież życie toczy się dalej. Żyć trzeba. Więc już nie płaczę. Ale definitywnie coś we mnie zgasło. Nie ma rozdzierającego płaczu, ale w środku jest ciemność. To, co kiedyś sprawiałoby mi tu radość, teraz zupełnie nie cieszy. Nie umiałbym teraz uczestniczyć w jakiejś miejskiej imprezie, czy choćby z boku jej obserwować. Źle mi z tym, bo nie pasuje do kontekstu. Przestało mnie to cieszyć. Coś zgasło. Jakby ktoś wyłączył prąd. A do tego dochodzą jeszcze inne konsekwencje trwającej wojny: nieustanne napięcie, ciągłe ograniczenia, kontrole, groźby i wrażenie domykającego się pudełka.
A może najwyższy czas na powrót do Polski? Nie myślał Ojciec, żeby poprosić swoich przełożonych o przeniesienie? To już jedenaście lat…
Odpowiem opowieścią. Pierwsza wojenna Wigilia, 2022 rok. Do naszej wspólnoty w Tomsku przyjechali bracia z Nowosybirska i z Moskwy. Syberia, wigilia, zaczyna się wieczerza, na stole opłatek... Jeśli masz w sobie choć odrobinę polskiej krwi, to natychmiast widzisz scenę z obrazu Malczewskiego. Widzisz załzawione od tęsknoty oczy zesłańców i ich smutne, przeorane tęsknotą twarze. W uszach dźwięczy piosenka Kaczmarskiego o zesłańcach świętujących Narodziny Chrystusa: „Byleby świecy starczyło na noc/ Długo się czeka na Niego/ By jak co roku sobie nad ranem/ Życzyć tego samego”. Tego samego, czyli czego? No, wiadomo: wolności i powrotu do Ojczyzny. A czego sobie życzyli polscy – i nie tylko polscy – jezuici w tę pierwszą wojenną wigilię? Łamiąc się opłatkiem, wszyscy – jak jeden mąż – powtarzaliśmy sobie nawzajem to samo: „i żeby nas stąd nie wyrzucili, żeby nas nie deportowali”. Bardzo mnie to wzruszyło. To było takie namacalne świadectwo, że dla wszystkich nas ta rosyjska misja to nie jest żadna wycieczka, której warunki zostały określone umową, i teraz – kiedy umowa nie jest przestrzegana – mamy prawo żądać zwrotu pieniędzy. Nie. Zostaliśmy tu posłani, aby służyć mieszkającym w Rosji ludziom: katolikom i nie tylko. Ktoś nam ich powierzył, a oni na nas liczą. I dlatego dopóki nie będzie decyzji naszych przełożonych lub władz państwowych, żaden z nas stąd się nie ruszy. Zawsze, kiedy przyjeżdżam do Polski i przychodzi czas powrotu do Rosji, boję się, czy mnie wpuszczą z powrotem. I „boję się” to właściwe sformułowanie.
Zobacz też:
A czy po przekroczeniu granicy, kiedy już Ojciec wie, że wpuścili, coś się w Ojcu zmienia?
Kiedy już jestem na terenie tego Obwodu Kaliningradzkiego – bo Królewieckim to on jest dopóki się nie wjedzie na jego teren – to mam wrażenie, że muszę wziąć taki głęboki wdech. Na tyle głęboki, żeby mi tego wolnego powietrza starczyło na rok, czy na ileś tam miesięcy do kolejnego wyjazdu. Bo tu w Tomsku, choć nie spadają na nas bomby i nie krążą nad nami drony i ogólnie jest spokojnie i bezpiecznie, to oddycha się coraz ciężej. Dlaczego? Bo brakuje tlenu, czyli wolności i tego wszystkiego, co przy braku wolności nie może się rozwijać: szczerych relacji, otwartych rozmów, sztuki, która może przekazywać to, co serce podpowiada. Żeby się nie udusić, ludzie nauczyli się oddychać płytko, bez brania głębokich oddechów. Żyje się jakoś. Ale niedotlenienie daje się we znaki.
Ludzie zmienili się przez te cztery lata?
Łatwo mówić na temat innych ludzi. Można się wtedy wymądrzać, a mieszkając tu można nawet uchodzić za specjalistę od Rosji i od Rosjan. Dla mnie o wiele ważniejsze jest pytanie, które brzmi: jak ja się zmieniłem? Kiedy tu jechałem, ludzie mnie pytali: myślisz, że nawrócisz Syberię i Rosję? A ja odpowiadałem, że chciałbym, aby to Syberia i Rosja nawróciły mnie. Nie mnie oceniać, ale myślę, że moje jedenastoletnie doświadczenie pracy duszpasterskiej na Syberii nauczyło mnie trochę pokory (obojętnie jak to brzmi w ustach jezuity). Choć mamy tu fantastyczną parafię – jest żywa, reprezentowane są wszystkie grupy wiekowe, świeccy są bardzo aktywni, mamy wspaniałą ekipę współpracowników – nie mamy i nie będziemy tu mieli jakichś wielkich osiągnięć duszpasterskich. To zawsze będzie maleńka, trzystuosobowa, jedyna katolicka wspólnota w mieście wielkości Wrocławia. Moje bycie księdzem też tu nic nie znaczy, a bycie księdzem katolickim (o byciu jezuitą nie wspomnę) budzi nie tyle ciekawość, co podejrzliwość i ostrożność. Ale to wszystko jest bardzo dobre, bo przypomina, że jestem tu nie dla siebie, tylko dla Pana Boga i dla ludzi. A ludzie? Nauczyli się tak żyć i tak rozmawiać, żeby pewnych rzeczy nie dotykać, żeby nie bolało. Ale bolesna rzeczywistość, również ta wojenna, i tak daje o sobie znać.
o. Wojciech Ziółek SJ
arch. prywatne o. Wojciecha Ziółka SJ
Prowadził już Ojciec pogrzeb żołnierza, który zginął na froncie?
Nie, ale ile razy jestem z pogrzebem na cmentarzu, to widzę, jak bardzo rozrasta się kwartał mogił z flagami, czyli kwartał ofiar wojny. To widoczny znak, że – choć na co dzień ludzie starają się żyć zupełnie zwyczajnie – wojna się toczy i wciąż pożera coraz to nowe ofiary. My zaś staramy się, żeby nie obumarły serca żyjących, żeby nie przestały być wrażliwe mimo trwającej wojny. I nasze własne i ich serca staramy się uchronić od nienawiści, zemsty i zła. Mówimy o tym, że nikogo nie można nienawidzić, na nikim nie można się mścić, bo to nie tylko jest sprzeczne z chrześcijaństwem, ale zabija w nas człowieczeństwo. Żeby serce nie obumarło musi bić, musi kochać, musi być wrażliwe. Staramy się więc nie tylko o tym mówić, ale i to praktykować. Podczas jednego ze świąt parafialnych zbieraliśmy na przykład pieniądze na ukraińską rodzinę, której ojciec zginął w bombardowaniu. Została mama z piątką czy szóstką dzieci.
Jak parafianie zareagowali na fakt, że mają zbierać pieniądze na rodzinę wrogów?
Tłumaczyliśmy, że to jest właśnie chrześcijaństwo. Nie mamy wpływu na wojnę, ale mamy wpływ na to, czy w głębi naszego serca będziemy kogoś uważać za wroga, czy też będziemy widzieć w nim cierpiącego, potrzebującego człowieka. W kolejnym roku zbieraliśmy na podobną rodzinę tu w Rosji: po kłótni z żoną mężczyzna – żeby zrobić jej na złość – poszedł i zaciągnął się do wojska, na wojnę. Kiedy nazajutrz ochłonął z emocji, chciał się z tego wycofać, ale było już za późno. Po miesiącu przywieziono go martwego. A w domu została czwórka maleńkich dzieci. Chcemy uczyć ludzi, że człowiek jest zawsze człowiekiem. Możemy jednych lubić bardziej, a innych mniej, ale nikogo nie można nienawidzić i wobec nikogo nie można przechodzić obojętnie. Przecież na tym polega wewnętrzna wolność i trzeba się o nią starać, bo inaczej wszechogarniający strach zje nas żywcem.
arch. prywatne o. Wojciecha Ziółka SJ
I jak ludzie reagują na te słowa? Przyjmują je, czy buntują się, że „ich chłopcy” giną na tej wojnie, którą przecież – według rosyjskiego przekazu – wywołali ci źli Ukraińcy?
Ludzie tutaj nie zwykli mówić wprost tego, co myślą. Na takie tematy się nie rozmawia. Ale wszyscy nasi parafianie wiedzą, że jeśli chodzi o wojnę to nasze stanowisko jest jednoznaczne: sama wojna jest złem, co widać po owocach, po nakręcającej się spirali nienawiści. Ja tu telewizji nie oglądam w ogóle, czasem tylko ktoś z Polski podsyła mi jakieś fragmenty programów z rosyjskiej telewizji. Kiedyś ją oglądałem. Gdy przyjechałem tu 11 lat temu, włączałem telewizor żeby móc dobrze rozumieć język mówiony. Ale gdy zacząłem rozumieć, to przestałem oglądać. Stało się dla mnie jasne, że będzie mi to przeszkadzać w kochaniu moich parafian, a przecież to jest mój pierwszy obowiązek. Czasami więc oglądam tylko te podesłane mi próbki. To jest coś w rodzaju propagandowego bombardowania – ton głosu, wyraz twarzy, wszystko pełne nienawiści, jadu: „zdepczemy”, „zniszczymy”. I ludzie są tym na co dzień otoczeni. Nasi parafianie wiedzą więc jakie jest nasze zdanie, a jednocześnie widzą, że nigdy nie pozwalamy sobie na jakąkolwiek nienawiść wobec Rosjan, również wobec Rosji jako państwa. Nie zamazujemy różnicy między dobrem a złem, ale też nigdy i nikomu nie okazujemy braku szacunku. Bardzo staramy się szanować nie tylko ludzi, ale też wszystko to, co dla nich jest ważne. I oni to widzą. W telewizji słyszą, że cały Zachód ich nienawidzi, a potem widzą nas, ludzi z Zachodu, którzy chcą tutaj z nimi być, chcą im służyć. Coś im zgrzyta. Telewizyjny przekaz nie zgadza się z rzeczywistością.
Bo tak po ludzku patrząc, Wy wręcz powinniście ich nienawidzić. Potępiacie wojnę – a jednak oni są narodem, który tę wojnę rozpętał. Czytacie o bombardowaniach, o ludziach umierających z zimna, a patrzycie na ludzi, którzy żyją zupełnie zwyczajnie, choć to ich kraj jest odpowiedzialny za tę masakrę.
Każdy jest zdolny do nienawiści. To bardzo łatwe. Tyle tylko, że nienawidząc przekreślilibyśmy to wszystko, co jest istotą naszej misji tutaj. A jesteśmy tu po to, żeby głosić Ewangelię. Gdybyśmy mówili, że można nienawidzić: Ukraińców, Rosjan, Niemców czy Polaków, lub – co gorsza – sami zaczęlibyśmy nienawidzić kogokolwiek, zaprzeczylibyśmy Ewangelii. Mówimy im więc o konieczności przebaczenia. Inaczej niż pojednanie, które wymaga długiego czasu i spełnienia konkretnych warunków, przebaczenie można praktykować już teraz. Przebaczenie nie wymaga żadnych warunków i nie jest żadnym teatralnym gestem. Nie jest też niemożliwe. Jest dobrowolną rezygnacją z nienawiści, jest świadomym wyborem dobra a nie zła i jest konkretnym naśladowaniem Pana Jezusa. Trzeba się uczyć od Niego. Skatowany, wiszący na krzyżu, Pan Jezus woła: „Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią?”. Nie czeka na przeprosiny ani na nawrócenie swoich oprawców. Doświadczając na sobie siły nienawiści, świadomie z niej rezygnuje i nie daje się wciągnąć w jej logikę.
Jak w sobie pogodzić to napięcie pomiędzy nienawiścią a obojętnością? Ojciec mówi, że staracie się, by nie było w was nienawiści. A jak nie zobojętnieć na to zło, które jednak cały czas za sprawą Rosjan się dzieje, a o którym nawet nie możecie swobodnie rozmawiać?
W naszej parafii, od pierwszego dnia wojny codziennie modlimy się przed Najświętszym Sakramentem o pokój między Rosją a Ukrainą. Nie ogólnie „o pokój na świecie”, tylko o pokój między Rosją a Ukrainą. Modlimy się jawnie i otwarcie, przypominając o tym ciągle w wiszących na zewnątrz ogłoszeniach parafialnych. Każdego dnia prosimy: „żebyś Panie w tych bratnich narodach wzbudził pragnienie dobra i pokoju, żebyś doprowadził je do przebaczenia”. A druga intencja, w której modlimy się w czasie tej adoracji brzmi: „żebyś Panie ocalił nasze serca od nienawiści, złości i zemsty”. Modlimy się o to już cztery lata. Codziennie. I często, kiedy tak klęczę przed Najświętszym Sakramentem to sobie myślę: przecież nie ma żadnych oznak, żeby ta wojna zmierzała do końca, więc co ta modlitwa zmienia? Nie mam odpowiedzi na to pytanie. Boli mnie ten brak. Ale wiem jedno: jeśli wciąż z ufnością prosimy Pana Boga o ocalenie od nienawiści, jeśli wciąż mamy na to nadzieję i wciąż – jak mówi inny fragment tej naszej codziennej modlitwy – „chcemy widzieć brata w człowieku postępującym źle”, to znaczy, że modlitwa jest skuteczna.
Kościół jezuitów w Tomsku (obecnie w remoncie)
arch. prywatne o. Wojciecha Ziółka SJ
U nas są już przebiśniegi – zwiastuny wiosny. I choć samej wiosny jeszcze nie widać, te zielone listki przebijające się spod śniegu zapowiadają, że ona niebawem przyjdzie. Czy Ojciec widzi jakieś delikatne przebiśniegi, zwiastujące szansę na zakończenie wojny albo na pojednanie pomiędzy ludźmi?
Mówiąc szczerze – nie. Oczywiście widzę i czuję nadchodząca wiosnę, która tu, na Syberii, zawsze jest bardzo wyczekiwana. Ale nie widzę, żeby coś dojrzewało do przebudzenia, do przełomu, do końca wojny, końca nienawiści. To są rany, które będą krwawić przez dziesięciolecia, a może i stulecia. Ta wojna pogłębia beznadzieję, przekonanie, że dobre już było, że już nic się na lepsze nie zmieni.
Powiem szczerze, że powiało chłodem… A ponieważ to, co usłyszałam trochę mnie zmroziło, to jeszcze raz wracam do pytania o sens Ojca obecności i pracy tam.
Powiało chłodem, bo to Syberia. Tutaj tak jest. Rzeczywistość wszędzie jest taka, jaka jest. Nie wszystko jest piękne i nie wszystko kończy się happy endem. Pudrowanie rzeczywistości pięknymi i pobożnymi słowami niczego nie zmienia poza tym, że zamazuje nam ostrość widzenia. A dobry wzrok jest niezbędny, bo na rzeczywistość trzeba patrzeć realistycznie, jak Pan Bóg.
Czyli jak?
Pan Bóg nie pudruje rzeczywistości, nie upiększa. Ale też jej nie potępia, nie odrzuca, nie gardzi tym, co sam stworzył. On widzi rzeczywistość bardzo ostro, bardzo wyraźnie i… W Ćwiczeniach duchownych jest kontemplacja O Wcieleniu. Ignacy zaprasza nas do kontemplowania tej tajemnicy. Widzimy więc Trójcę Świętą patrzącą na cały świat i na wszystkich ludzi: jedni są młodzi, a inni starzy, jedni się rodzą, inni umierają, jedni są dobrzy, inni źli. Ale nie tylko to. Patrząc na stworzony przez Siebie dobry świat, widzi ile w nim zła: patrzy na ciągle grzeszących i zmierzających ku potępieniu ludzi, na tych, którzy się kłócą, biją i nienawidzą, widzi toczące się wojny i zadawane sobie rany. Patrzy na całe to bagno i… zamiast rzucić gromem i rozgonić całe to towarzystwo na cztery wiatry – jak by to zrobił każdy z antycznych bogów, a także każdy i każda z nas – Pan Bóg postanawia, że…
…On sam się w to bagno zanurzy.
Właśnie tak. Zamiast gromu potępienia posyła na świat Swojego Syna: „nie po to, aby świat potępić, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”. To jest realizm! I jeśli tak patrzy Pan Bóg, to i ja – choć sam grzeszny i zły – mam tak patrzeć. Jeśli widząc zło w świecie i w ludziach, chcę temu jakoś zaradzić, to nie mogę potępiać, przekreślać, nienawidzić ani też upiększać, posypywać pobożnym pudrem, czy uciekać w iluzoryczną, lepszą rzeczywistość. Jedynym rozwiązaniem – Bożym sposobem na zbawienie – jest pełne zanurzenie w otaczająca mnie rzeczywistość. Niedoskonałą, grzeszną, często wiejącą chłodem i przeraźliwą pustką, ale stworzoną i ukochaną przez Niego. Dlatego właśnie tak bardzo poruszyła mnie postawa moich współbraci, te ich wigilijne życzenia: „i żeby nas stąd nie wyrzucili”. Znamy się dobrze i wiem, że gdyby chodziło tylko o nas, to już dawno byśmy stąd wyjechali, ale – choć słabi i grzeszni – wiemy, że jesteśmy tu nie dla siebie, tylko dlatego by realizować misję Wcielenia. I tak sobie myślę, że po to mnie Pan Jezus wysłał do Rosji.
Zobacz też:










