Teoria Wielkiego Wybuchu opisuje początek naszego wszechświata jako efekt gwałtownego wzrostu temperatury, który doprowadził do załamania tego, co było przed wybuchem i ukształtowania się zupełnie nowych warunków, w których powstały m.in pierwiastki, a z nich gwiazdy, planety i galaktyki. Temperatura wzrosła tak bardzo i tak gwałtownie, że wszystko, co było umownym "przed", przestało istnieć i na tych gruzach powstało coś całkowicie nowego. Paradoksalnie właśnie ta niszczycielska siła ukształtowała jednak warunki, w których powstała pewna gwiazda, a na jej orbicie niewielka planeta, której struktura i atmosfera sprzyja rozwojowi życia. I chociaż aby gdzieś w tym wielkim chaosie powstało życie, musiało zgrać się całe mnóstwo warunków, to właśnie Wielki Wybuch stworzył struktury, które na ukształtowanie tego życia pozwoliły.
Właśnie ten obraz Wielkiego Wybuchu przychodzi mi na myśl, gdy obserwuję to, co od kilku miesięcy dzieje się w Polsce 2050 (wciąż Szymona Hołowni). Od przegranych z kretesem przez lidera partii wyborów prezydenckich, napięcie i temperatura wewnątrz ugrupowania rosły w niesamowitym tempie, by w ostatnich tygodniach wyzwolić energię, która musiała doprowadzić do gwałtownej i spektakularnej eksplozji, jakiej od dawna polska scena polityczna nie widziała. Wywlekane do mediów wzajemne oskarżenia, ostra kłótnia o to, czy budować suwerenny wizerunek partii czy raczej potulnie złożyć lenny hołd premierowi i liczyć na miejsca na listach KO w kolejnych wyborach, odejścia i powroty Szymona Hołowni, personalne utarczki, kompromitacja z anulowanymi wyborami nowej przewodniczącej i finalnie rozpad ugrupowania i tak szurającego po sondażowym dnie sprawiły, że Polska 2050 straciła nie tylko resztki poparcia, ale i powagi. Do Wielkiego Wybuchu doszło zaledwie dwa tygodnie po wyborze Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz na szefową partii. Choć jej główna rywalka Paulina Henning-Kloska wielokrotnie po przegranej publicznie deklarowała, że partii opuszczać nie zamierza, bo jest wiarygodnym politykiem i jak prawdziwy sportowiec potrafi nie tylko wygrywać, zaledwie po kilkunastu dniach, jak gdyby nigdy nic, wraz z kilkunastoma posłami ogłosiła secesję, której dość żenującym epizodem były publiczne deklaracje lojalności wobec premiera Tuska. Żenującym dlatego, że współpraca partii wchodzącej w skład koalicji rządowej jest czymś oczywistym, i o ile posłowie nie ogłaszają wyjścia z koalicji nie wymaga takich publicznie składanych lojalek. Te przypominały raczej rodzaj odcięcia się od postulowanej przez środowisko Pełczyńskiej-Nałęcz niezależności programowej partii i słabo maskowaną prośbę o ewentualne przyszłe przyjęcie separatystów na wyborcze listy silnej w sondażach Koalicji Obywatelskiej.
Polska 2050 jest w stanie krytycznym, ale zdarzały się przypadki, że i tacy pacjenci wychodzili na prostą.
PAP/Leszek Szymański
Wobec tych wydarzeń zdecydowana większość komentatorów wieszczy dziś definitywną śmierć projektu politycznego Szymona Hołowni. I rzeczywiście, sytuacja, w jakiej znalazła się pozostała pod żółtymi barwami grupa polityków nie jest warta pozazdroszczenia. Sondaże były mocno poniżej progu już przed rozłamem partii, na łaskę premiera nie ma co liczyć, a do potencjalnej koalicji z PiS przekonani nie są ani sami zainteresowani, ani tym bardziej ich nieliczni wyborcy. Pacjent jest więc w stanie agonalnym, organizm partyjny wyczerpany, a witalne siły poparcia elektoratu to jedynie wspomnienie dawnych dni. A jednak Teoria Wielkiego Wybuchu podpowiada mi, że nie należy tak łatwo wydawać ostatecznych sądów. Paradoksalnie bowiem, choć szanse są na to niewielkie, właśnie ta wielka eksplozja, jaką było odejście połowy parlamentarzystów Polski 2050, stwarza warunki, w których - przy dużej dawce szczęścia - może powstać jakaś forma życia. Z wszystkimi oczywiście tego konsekwencjami, takimi jak potrzeba determinacji i czasu na rozwój tego życia, bo od jego podstawowych form, do stanięcia na dwóch nogach droga jest bardzo daleka. Polska 2050 gwałtownym, chirurgicznym cięciem, pozbyła się jednak obciążenia będącego skutkiem grzechu pierworodnego ugrupowania. A tym bez wątpienia był brak jednoznacznej tożsamości. Ta od samego początku - wbrew deklaracjom i roztaczanym wizjom alternatywnej, trzeciej drogi - ciążyła w kierunku bycia miękką formą Koalicji Obywatelskiej. To zresztą przyciągnęło do partii kilkoro polityków, którym poprzednich projektach politycznych nie wyszło - nowe ugrupowanie było po prostu sceną, która stwarzała lepsze warunki do bycia zauważonym, bez konieczności zmiany przekonań. Tyle tylko, że dwa lata wspólnych rządów pokazały, że taka miękka podróbka nikomu nie jest potrzebna: wyborcy, którzy liczyli na prawdziwą trzecią drogę, zawiedli się i odeszli (w znacznej mierze do Konfederacji), a ci, którym program KO odpowiadał, nie mieli potrzeby wspierać taktycznie Polski 2050, skoro mogą poprzeć oryginał. Kilkunastoprocentowe poparcie z jesieni 2023 roku w ciągu dwóch lat stało się jedynie odległym wspomnieniem.
Ale właśnie z tego powodu Polska 2050 okrojona z polityków, którzy tak bardzo zgadzają się ze sposobem sprawowania rządów przez premiera Tuska, że aż publicznie składają deklaracje wierności i lojalności, zyskuje na nowo możliwość budowania własnej, suwerennej tożsamości. I dzieje się to w ostatnim sensownym momencie - na dwa lata przed wyborami. Choć sytuacja partii jest bardzo trudna, istnieją dla niej nadal niewielkie szanse na odbudowanie. Jeśli nawet nie do 2027 roku, to być może w perspektywie kolejnych wyborów. Tyle tylko, że to wymagałoby od pozostałych w ugrupowaniu polityków ogromnego samozaparcia i długoterminowej strategii działania. I nie ma żadnych gwarancji, że taki plan się powiedzie. Ale kto wie? Może, jeśli rzeczywiście - parafrazując wulgarne wypowiedzi minister kultury - oleją przychylne media i wezmą się do roboty, za dwa lata uda się przekroczyć chociaż 3-procentowy prób gwarantujący partyjną subwencję i dający szansę na odbudowę struktur? To oczywiście wymagałoby długotrwałej, merytorycznej pracy, tak rzadkiej na polskiej scenie politycznej. I porzucenia oczekiwań szybkich i spektakularnych rezultatów. Ale, ostatecznie historia wszechświata uczy, że życie powstawało nawet w bardziej beznadziejnych warunkach. Polska 2050 jest dziś w stanie krytycznym, ale zdarzały się przypadki, że i tacy pacjenci wychodzili na prostą.








