Skąd wziął się gwałtowny wzrost zainteresowania katolicyzmem we Francji? – Wizja Kościoła i kapłaństwa proponowana przez biskupa Grenoble jest prawie identyczna jak ta, którą przedstawił ks. Franciszek Blachnicki – mówi ks. prof. Andrzej Muszala.
Jarosław Dudała: Z Francji dochodzą wieści o wielkim procentowym wzroście liczby proszących o chrzest. Kandydatów na studia teologiczne było tam w 2025 r. dwa razy więcej niż w roku 2024. Jakie są przyczyny tego zjawiska? Pytam, bo Ksiądz Profesor regularnie jeździ do jednej z francuskich wspólnot.
Ks. prof. Andrzej Muszala: Po pierwsze, Francuzi dość refleksyjnie podchodzą do życia – mają w sobie zakodowane słynne kartezjańskie cogito („myślę”). Jak się np. ogląda francuską telewizję katolicką KTO, widać, że dość dużo jest w niej debat teologicznych. Francuzi nie opierają wiary tak mocno na uczuciach jak to jest u nas, ale na głębszej refleksji. Poznali zjawisko konsumpcji i doświadczyli rewolucji kulturowej 1968 r., której skutkiem był sposób życia pozbawionego nieraz norm i wartości. Wielu z nich doszło do wniosku, że to jednak do niczego nie prowadzi. Kościół wykonał tu wielką pracę u podstaw, szczególnie po Światowych Dniach Młodzieży w Paryżu w 1997 r. „Nie możemy być zawieszeni w próżni, potrzebujemy żyć według autentycznych wartości” – wielu z nich myślało w taki lub podobny sposób. Ci, którzy dokonali tej refleksji, świadomie wybierają dziś Ewangelię. Część z nich wybiera kapłaństwo.
Po drugie, do Francji przybyło wielu imigrantów, w tym muzułmanów, którzy bardzo mocno wyznają swoją wiarę także na zewnątrz. Francuzi zobaczyli, że muszą się wobec tego jakoś określić. Wielu nastolatków, widząc swoich kolegów muzułmanów, postanowiło poszukać swojej tożsamości w Kościele.
Z inicjatywy Księdza Profesora wydana została niedawno w Polsce niewielka książeczka pt. „Kapłani w szkole umywania nóg”. Jej autorem jest biskup Grenoble Jean-Marc Eychenne. Wystarczy rzucić na nią okiem, by dostrzec, że zawiera ona pewna wizję Kościoła i kapłaństwa. Jak by ją Ksiądz opisał?
To jest – jak mówi sam tytuł – ewangeliczna wizja umywania nóg. To znaczy, że rola kapłana jest rolą służebną. Bp Eychenne z wielką pokorą pisze, że w pewnym momencie historii Kościół uległ modelowi świeckiemu na wzór cesarskiego dworu (szczególnie w IV wieku, po edykcie mediolańskim). Stąd wzięło się przedstawianie Chrystusa jako króla i najwyższego kapłana, który ma swoich przedstawicieli: biskupów, kapłanów. Tak zaczęła się tworzyć pewna piramida – hierarchia, pojmowana na sposób świecki. Wcześniej wszyscy byli równi. Nie było jakiegoś wyróżniania kapłanów, choć takie niebezpieczeństwo istniało już od początku. Widać to choćby w historii św. Pawła i św. Barnaby, którzy uzdrowili w Listrze kalekę. Wówczas miejscowi ludzie zaczęli ich traktować niemal jak bogów – chcieli im złożyć ofiarę. Oni jednak rozdarli szaty i zawołali: „Ludzie, dlaczego to robicie! My także jesteśmy ludźmi, podobnie jak wy podlegamy cierpieniom” (Dz 14, 15).
Bp Eychenne wraca do wizji ewangelicznej. Myślę, że to zetknięcie się z nią będzie dla wielu wstrząsem – zwłaszcza u nas, w Polsce, gdzie wciąż istnieje taka parapaństwowa struktura Kościoła jako piramidy.
W wizji bp. Eychenne bardzo silnie akcentowane jest powszechne kapłaństwo wiernych wynikające z chrztu. Można się jednak spotkać z opinią, że akcent położony na powszechne kapłaństwo wiernych powoduje problem z tożsamością kapłanów, którzy myślą sobie: „Po co te wszystkie moje wyrzeczenia – łącznie z celibatem – skoro i tak najważniejsze jest kapłaństwo wynikające z samego chrztu?”.
Jeśli ktoś tak mówi, to chyba w ogóle nie rozumie, czym jest kapłaństwo.
To czym ono jest?
Kapłaństwo jest składaniem ofiary. Chrystus przede wszystkim ofiarował samego siebie. Nie tylko na krzyżu. On przez całe życie służył ludziom. Kapłan to alter Christus (drugi Chrystus). To znaczy: ma składać ofiarę, sprawując Mszę świętą i czynić dar z całego swojego życia. Jak tu mówić o braku tożsamości kapłana? Jego tożsamością jest Chrystus, który – będąc samotnym – składa z siebie ofiarę z miłości do Boga i do człowieka. Bez tej miłości celibat nie ma sensu.
Oczywiście, powstaną różne teorie, żeby bronić wyższości kapłaństwa sakramentalnego nad kapłaństwem powszechnym. Ale taka wizja prowadzi nas od razu do parapaństwowej struktury piramidalnej, w której kapłan ciągle znajduje się gdzieś wyżej. Nie! Chrystus, umywając nogi uczniom, zszedł na niższy poziom. Być niżej, być sługą – to jest właśnie tożsamość kapłana.
Oczywiście, zaraz ktoś powie, że to jest atak na kapłaństwo i tak dalej. Nie, to nie jest atak na kapłaństwo, ale na pewną wizję, która się utrwaliła i która powoduje, że to wszystko pęka już w szwach. Tak dalej być nie może. Musimy wrócić do szkoły umywania nóg.
Co to oznacza praktycznie? Jakie ma być miejsce kapłana w parafii i w ogóle Kościele, według bp. Eychenne?
Jego wizja jest prawie identyczna jak tą, którą przedstawił przed laty ks. Franciszek Blachnicki – wizja kapłana sługi. Twierdził on, że są dwa modele parafii. Jeden to model tradycyjny, w którym proboszcz jest na szczycie piramidy, ma swoich współpracowników, zwłaszcza wikariuszy, i to on wszystkim zarządza. Jednak ks. Blachnicki przedstawił inny model – nazywał go posoborowym. Co więcej, po części go nawet zrealizował z ówczesnym arcybiskupem Krakowa kard. Karolem Wojtyłą w parafii w Brzegach na Podhalu. (Niestety, obaj potem znaleźli się za granicą i nie mogli dokończyć tego dzieła). A była to struktura, w której ksiądz nie jest osobą zarządzającą, lecz służebną. Parafia obejmuje różne kręgi, które współpracują ze sobą: jest krąg, który służy modlitwą, sakramentami – to są właśnie księża, ale też siostry zakonne i inne osoby konsekrowane, jeżeli mieszkają w danej parafii. Ksiądz oczywiście posiada władzę, ale jest to władza święceń – różna od władzy zarządzania. W parafii władzę kierowniczą powinna mieć rada parafialna złożona ze świeckich wybieranych przez parafian oraz z kapłanów, katechetów i przedstawicieli wszystkich grup w parafii. Osoby te powinny się spotykać i wspólnie decydować nie tylko o pracach budowlanych, remontach kościoła itp., ale przede wszystkim o sposobach działań duszpasterskich – kto w parafii jest najbardziej potrzebujący, chory, cierpiący, w żałobie, jak ewangelizować tych, którzy są z dala od Boga, jak zatroszczyć się o ludzi żyjących w niesakramentalnych związkach itd. W tej wizji wszyscy są na równi. Wspólnie siadają i rozmawiają, wspólnie decydują.
Czy to nie jest jednak sprzeczne z hierarchicznością Kościoła?
Hierarchia – powtórzę – to służba. Jezus wyraźnie mówi: „Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich” (Mk 10,42–44). Musimy odwrócić myślenie: ci, którzy są wyświęceni, mają się znaleźć u stóp świeckich, umywać im nogi, służyć im. To jest właściwa hierarchia.
Kiedyś czytałem bardzo piękną książkę z wizją hierarchii, jaka jest w niebie. W centrum jest Bóg. Wokół Niego są sprawiedliwi, którzy sądzą, że znaleźli się tu, bo na to zasłużyli, prowadząc prawe życie. I bardzo dobrze. Ale bliżej Boga są grzesznicy, którzy się nawrócili i którzy wiedzą, że nie zasłużyli na to, by się tam znaleźć. Najbliżej Boga są jednak dzieci („Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.”). Musimy sobie poważnie zadać pytanie, czym jest hierarchia. Myślenie biskupa Eychenne to nie uderzenie w Kościół hierarchiczny, tylko w sposób rozumienia, czym jest hierarchia.
Bp Eychenne pisze też o dwojakich przyczynach kryzysów księży. Pierwsza to wizja kapłana jako świętego nie z tego świata. I nie jest to tylko kwestia presji ze strony wiernych czy przełożonych, ale może jest to zwłaszcza kwestia tej presji, którą księża nakładają sami na siebie.
Przez sześć lat seminarium wbijano nam do głowy, że jesteśmy święci, wybrani, że jesteśmy „ponad ludem”, jesteśmy pośrednikami między Bogiem a ludźmi. Wielu w to uwierzyło. Ja też. Ale potem zderzyłem się z rzeczywistością. Dzięki Bogu i ludziom świeckim zacząłem nad tym się więcej zastanawiać. Przecież takie podejście nie ma sensu! Jednak ci, którzy w nie uwierzyli, są dziś ojcami duchownymi w seminariach i powtarzają to młodszym pokoleniom. Ciągle obnosimy się z naszą wyjątkowością. W Wielki Czwartek, w imieniny księdza, w rocznicę jego święceń, w święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana – przy wszystkich tych okazjach ksiądz słyszy, że jest wyjątkowy, że jest „najwyższym kapłanem naszej parafii…” Jaki może być efekt takiego nakręcania się? Czy ktoś w ogóle o tym myśli? A przecież w życiu chrześcijańskim chodzi o pokorę, prawda?
Druga przyczyna kryzysów to oczekiwania, że ksiądz będzie sprawnym menadżerem. A przecież nie każdy ksiądz ma takie talenty. Pytanie, czy musi je mieć…
Bp Eychenne pyta w książce, czy to nie jest znak od Boga, że posyła nam dziś do seminariów słabszych kandydatów... My chcielibyśmy, żeby to byli ci najlepsi, absolwenci prestiżowych uniwersytetów. Ale to oznacza, że liczymy przede wszystkim na ludzkie siły.
Na czym ksiądz się ma znać: Na budownictwie? Na osuszaniu fundamentów kościoła? Na prowadzeniu parafii jak sprawnej firmy? Nie. Na ogół nie ma do tego przygotowania. I dobrze. Bo jego „specjalizacją” ma być życie duchowe. On ma ukazywać ludziom, że istnieje Inny Świat, Boski, i ma o nim mówić ludziom z własnego doświadczenia.
Księży, podobnie jak świeckich, dotyka również syndrom wypalenia.
Nieraz tak. Powodem tego jest często właśnie brak życia duchowego, brak zakorzenienia w Chrystusie. No bo na ileż nam tych naszych sił wystarczy? Niech Pan zobaczy, że księża są gorliwi przez pięć, dziesięć lat po święceniach. Potem zaczyna się nieraz powolna stagnacja. Wielu z nich koło czterdziestki przechodzi pierwszy kryzys – kryzys wieku średniego. Dopada ich jakaś acedia. Marzą o innych parafiach, są ciągle niespełnieni, ludzie ich nie akceptują, młodzi nie chodzą na religię. Jeżeli taki ksiądz nie jest zakorzeniony w Chrystusie, to zaczyna wegetować. Nie odejdzie, bo nie ma dokąd. Nie jest przyzwyczajony do życia świeckiego, do tego, że trzeba kupić mieszkanie, zadbać o żonę, dzieci. Problem w tym, że uczono nas życia religijnego, a nie życia duchowego. Uczono, jak się odmawia brewiarz, różaniec, jak się przewodniczy Mszy świętej, nabożeństwu: ręce mają być tak złożone, a nie tak… Istotne były praktyki zewnętrzne; to, czy jak się nie odmówi brewiarza, to jest grzech lekki czy ciężki…
Niektórzy powiedzą, że przebudzenie we Francji to nie jest owoc Kościoła budowanego według wizji zaprezentowanej przez bp. Eychenne, ale odrodzenia wspólnot tradycjonalistycznych. Jako przykład pokazuje się zwykle wielką pielgrzymkę tradycjonalistów do Chartres.
Trzeba tu wprowadzić pewne rozróżnienie. Bo są we Francji takie wspólnoty tradycjonalistyczne, jak na przykład dwa czy trzy klasztory benedyktynów. W jednym z nich bywam dość regularnie i za każdym razem jestem zbudowany. Jak śpiewają psalmy po łacinie, to czuć, że się autentycznie modlą. Ale ten tradycjonalizm nie zamknął ich w zewnętrznej formie. W ich księgarni są książki papieża Franciszka. Nie spotykam tam jakiejś wyższości, czy nie daj Boże agresji – jest akceptacja inności. Kościół jest polifoniczny, a nie monofoniczny. Oczywiście nie mówię tu o lefebrystach. W tym roku spotkałem też katolickich skautów, którzy chodzą do Chartres. Śpiewali, cieszyli się, że są z innymi na Mszy świętej. Normalna życzliwość i miłość bliźniego.
Jarosław Dudała
Dziennikarz, prawnik, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego”. Były korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej w Katowicach. Współpracował m.in. z Radiem Watykańskim i Telewizją Polską. Od roku 2006 pracuje w „Gościu”.