Ukryty Król, czyli czego uczy nas Kierkegaard

Duński myśliciel przedstawił Wcielenie za pomocą obrazu króla, który w postaci żebraka przyszedł oświadczyć się biednej dziewczynie. Ten obraz sugestywnie konfrontuje nas z pytaniem o naszą wiarę.

Zawsze warto pisać o Sørenie Kierkegaardzie – XIX-wiecznym duńskim myślicielu religijnym, który stał się prekursorem egzystencjalizmu. Tym razem powody są aż trzy. Po pierwsze, dwa miesiące temu minęła 170. rocznica śmierci filozofa – odrabiam więc zaległości. Po drugie, trwa Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan, a Kierkegaard, choć nominalnie luteranin, swoje przesłanie kierował de facto do wszystkich chrześcijan i jest bliski wielu chrześcijanom różnych wyznań. Po trzecie, w naszych uszach pobrzmiewa jeszcze dźwięk kolęd, a chyba najcenniejsza w myśli Kierkegaarda jest obrazowa próba przybliżenia tego, czym jest Wcielenie. Co jest treścią tej próby? 

„Dajmy na to, że mamy króla, który kocha dziewczę z niższych sfer” – pisze Kierkegaard. Zaraz też dostrzega królewski dylemat. Jeśli bowiem król przyszedłby do dziewczyny z całym swoim majestatem, „dziewczyna właściwie zostałaby oszukana” – zostałaby niejako przytłoczona wielkością króla i zmuszona do przyjęcia jego oświadczyn. Jeśli jednak przyszedłby „pod postacią sługi”, zaryzykowałby tym, że zostanie wzgardzony i odrzucony. Mimo wszystko, warto podjąć takie ryzyko. Bez niego przecież nie może się narodzić autentyczna miłość: miłość z wyboru – a nie z przymusu, miłość do osoby – a nie do królewskiego bogactwa, miłość oparta na równości – a nie na dominacji. Król więc przychodzi. A skoro jest on obrazem samego Boga, to właśnie „w ten oto sposób Bóg stoi na ziemi, równy najmniej znaczącemu człowiekowi, dzięki wszechmocy swej miłości (…) miłości, która wszystko daje i która sama cierpi.”

Obraz Wcielenia jako przyjścia ukrytego i uniżonego Króla ma swoje konsekwencje, które znamy z ewangelii synoptycznych. Kierkegaard streszcza je następująco: Wcielony Bóg idzie swoją drogą, „nie troszcząc się o udział w ziemskich dobrach, podobnie do tego, kto niczego nie posiada i nie pragnie posiadać; nie troszczy się o pożywienie, jak ptaki pod sklepieniem niebieskim; (…) żyje nie poszukując niczego – jedynie miłości ucznia.” A uczniem staje się każdy, kto zafascynował się wyłącznie jego dobrocią, i usiłując ją naśladować, stopniowo odkrywa, kim sam jest w swej grzeszności i kim naprawdę jest Ten, za kim podąża. Przy czym nie można stać się uczniem bez łaski wiary, gdyż człowiek sam z siebie nie jest w stanie rozpoznać ukrytego Króla: „gdyby bowiem Bóg nie dał ku temu podstaw – jak człowiek mógłby wpaść na myśl, że wiekuisty Bóg mógłby go potrzebować?” 

Kierkegaard dzieli uczniów Jezusa – czyli uczniów ukrytego Króla – na dwie grupy: uczniów z Nim równoczesnych i „uczniów z drugiej ręki”. W gruncie rzeczy, dodaje, ten czasowy podział nie ma większego znaczenia: „równocześnie żyjący może być mimo to nierównoczesnym”, a ktoś, kto zna Jezusa tylko z drugiej ręki, może stać się z Nim równoczesnym w głębszym znaczeniu. Przecież w Jezusie stykamy się poprzez akt wiary z Wiecznością. Nie jest więc ważne, kiedy i w jakich okolicznościach ten akt wiary w nas się pojawi – ważne jest to, że w chwili, w której się pojawi, otwiera się dla nas Wieczność. Wielu współczesnych Jezusowi nie dostrzegło jego misji, a niejeden człowiek, który nie widział Jezusa, uwierzył w Niego. Są tacy, którzy sporo wiedzą o Nim i o jego wielkich czynach – i nic. I są tacy, którym do wiary wystarcza kilka zdań prostego świadectwa. Wiara bowiem nie jest sprawą rozumu, lecz religijnej namiętności, a tej ostatniej wystarczy nawet jeden dyskretny znak Bożej miłości. 

W tym miejscu warto poczynić dwie uwagi krytyczne. Po pierwsze, Kierkegaard słusznie podkreślając znaczenie wolitywnego i emocjonalnego aspektu wiary, przesadnie zdeprecjonował w niej komponent rozumowy. Współczesny (i w dużej mierze mentalnie bliski) Kierkegaardowi kard. John Henry Newman pokazywał, że wiara nie jest czymś, co wymaga rezygnacji z rozumu. Przeciwnie, rozumowe studiowanie rozmaitych danych antropologicznych, historycznych i religioznawczych może przybliżyć nas do wiary lub może – używając języka Kierkegaarda – stać się dla niej pobudką. 

Po drugie, duński myśliciel zbyt mocno wyakcentował indywidualistyczny wymiar wiary. Znaczna część jego twórczości to  krytyka instytucjonalnego Kościoła, do którego należał. W tej krytyce – zwłaszcza gdy dotyczyła skostniałych struktur kościelnych, w których zapomniano o ukrytym Królu – miał wiele racji; więcej, krytyka ta w niejednej sprawie pasuje i do naszej sytuacji. Rzecz w tym jednak, że wspomniana krytyka uderzała także w zdrową wspólnotę wiary. Dla Kierkegaarda wspólnota taka (zwłaszcza gdy jest duża) niejako ze swej istoty przyzwyczaja nas do religijności i zaciera świadomość niezwykłości i paradoksalności przybycia Boga pod postacią sługi. A przecież może być (i bywa – także u nas) dokładnie na odwrót: wspólnota, gdy jest mocna mocą świadectwa wierzących, zachęca wszystkich do autentycznej wiary. A gdy zabraknie świadectwa żywych – zostaje świadectwo umarłych, nawet w postaci starych kościołów. Kto je zwiedza, musi sobie zadać pytanie: dlaczego je zbudowano? 

Różnie można interpretować i oceniać myśl Sørena Kierkegaarda. W tej różnorodności jedno jest pewne: Kierkegaard był człowiekiem głębokiej wiary, który z wyjątkową wrażliwością i przenikliwością pokazał związane z nią egzystencjalne rozterki. Na serio przejął się świadectwem o przybyciu ukrytego Króla i wiedział, że nie można wobec niego pozostać obojętnym, lecz trzeba na nie odpowiedzieć albo tak – albo nie. Trzeba wybrać i zrealizować swój autentyczny sposób życia. Prowadząc takie rozważania, Kierkegaard został filozofem-egzystencjalistą i przeszedł do historii filozofii. A każdy, kto się z nim spotka na jej kartach i pozna jego świadectwo o ukrytym Królu, będzie musiał zapytać siebie o wiarę. 
 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Wojtysiak Jacek Wojtysiak Nauczyciel akademicki, profesor filozofii, kierownik Katedry Teorii Poznania Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Autor licznych artykułów i książek, w tym podręczników i innych tekstów popularyzujących filozofię. Stały felietonista portalu internetowego „Gościa Niedzielnego”. Z pasją debatuje o Bogu i religii z wierzącymi, poszukującymi i ateistami. Lubi wędrować po stronach Biblii i po ścieżkach Starego Gaju. Prywatnie: mąż Małgorzaty oraz ojciec Jonasza i Samuela. Ostatnio – wraz z Piotrem Sachą – opublikował książkę „Bóg na logikę. Rozmowy o wierze w zasięgu rozumu”.