Są tylko dwie drogi rozwiązania problemu zbrodniarza, który atakuje sąsiednie państwa. I obie są złe. Dogadać się z nim lub go usunąć. W praktyce trzecia droga nie istnieje.
19.01.2026 15:12 GOSC.PL
W poniedziałkowe przedpołudnie spore emocje wywołała informacja podana przez rzecznika Kremla, Dmitrija Pieskowa, o zaproszeniu przez Donalda Trumpa Władimira Putina do formowanej właśnie międzynarodowej Rady Pokoju. Rada ta pod przewodnictwem prezydenta USA ma zajmować się stabilizacją sytuacji w Strefie Gazy, ale wiele wskazuje na to, że Biały Dom chce w ten sposób budować struktury konkurencyjne do ONZ, tyle, że bardziej zależne od Waszyngtonu.
Informacja o zaproszeniu Putina do Rady brzmi strasznie i absurdalnie zarazem. Absurdalnie, bo nie kto inny jak prezydent Rosji wywołał obecny geopolityczny pożar, atakując najpierw Gruzję, a następnie Ukrainę. To w wyniku jego rozkazów zginęły tysiące cywilów i żołnierzy w czasie ostrzałów ukraińskich miast i w bezpośrednich starciach obu armii. Strasznie, bo świadomość, że zbrodniarz wojenny, który odmawia prawa do decydowania o sobie narodowi ukraińskiemu i deklaruje dążenie do odbudowy imperialnych wpływów Rosji na terenie innych państw, miałby współdecydować o nowym ładzie międzynarodowym, budzi niesmak i uzasadnione obawy.
A jednak takie zaproszenie jest logiczną konsekwencją decyzji Amerykanów o ponownym włączaniu Rosji w struktury międzynarodowe i wykorzystują do tego także swój nowy twór międzynarodowy, jakim najwyraźniej ma być Rada Pokoju. Czy zaproszenie Rosji do takiej rady rodzi najgorsze emocje? Tak. Wydaje się jednak, że strona amerykańska nie kieruje się w tej sprawie emocjami. Dlaczego?
Gdy mamy do czynienia z państwem, które zdecydowało się walczyć o swoje interesy na wojnie zaczepnej, możliwości zakończenia agresji są tylko dwie: negocjacje, uwzględniające część postulatów najeźdźcy (ze szkodą dla sprawiedliwości) lub faktyczne usunięcie agresora. Nie ma trzeciej drogi, która pozwoliłaby miękkimi środkami zmusić stronę atakującą do wycofania się na linie sprzed wybuchu wojny, ponieważ przywódca takiego państwa zbyt wiele zainwestował decydując się na atak i potrzebuje korzyści, jakimi mógłby uzasadnić przed własnym narodem wysiłek i straty wojenne. Powrót do status quo ante oznaczałby dla niego co najmniej polityczny, jeśli nie fizyczny koniec.
Jest oczywiście jeszcze druga droga – decyzja bardziej sprawiedliwa, ale i w globalnym rozrachunku zwykle bardziej kosztowna: likwidacja agresora. W praktyce na taki ruch zdecydowali się alianci, podejmując walkę z nazistowskimi Niemcami aż do upadku wroga. Było dla nich oczywiste, że „Herr Hitler” od chwili poświęcenia niemieckiej krwi w walce o „Lebensraum” nie ma przed sobą innych możliwości, jak zdobyć tę przestrzeń albo zginąć. Jedyną alternatywą, jaką mieli przywódcy państw sprzymierzonych były dalekie ustępstwa terytorialne względem Rzeszy, bez gwarancji, że za jakiś czas rząd w Berlinie nie podejmie drugiej próby opanowania całej Europy. Zresztą próbowali tej drogi nieskutecznie jeszcze przed wojną, co doprowadziło do zajęcia przez Wermacht Czechosłowacji i Austrii. Nikt nie łudził się, że polityka sankcji może przekonać Hitlera do zrobienia kroku wstecz, ponieważ stawka, jaką Fuhrer zainwestował na własnym, niemieckim podwórku, była już zbyt wysoka.
I chociaż historia nigdy nie powtarza się „jeden do jednego”, pewne procesy i mechanizmy są powtarzalne. Władimir Putin wraz ze swoimi współpracownikami zainwestowali zbyt wiele, by pozwolić sobie na sprawiedliwy względem Ukraińców pokój. Gdyby to zrobili, nie byliby w stanie uzasadnić przed rosyjskim społeczeństwem krwi setek tysięcy żołnierzy i pozostałych kosztów tej wojny. Rosyjscy przywódcy muszą grać o wszystko i będą grać o wszystko. Tego zdaje się nie rozumieli doradcy prezydenta Bidena, którzy wspierali Ukrainę kroplóweczką, która jedynie rozciągała wojnę w czasie.
Trumpiści ten mechanizm rozumieją. Wybierają wariant dogadania się z Rosjanami, bo nie chcą wchodzić z tę grę za pełną stawkę, szczególnie, jeśli na takie koszty nie są gotowi europejscy sojusznicy Ukrainy. I chociaż decyzja o zaproszeniu Putina do Rady Pokoju jest szokująca, niesprawiedliwa i z pewnością niekonieczna, wydaje się być krokiem, który Amerykanie świadomie podjęli, myśląc o ponownym włączeniu Rosji do struktur międzynarodowych, zapewne za cenę, jaką zapłacą głównie Ukraińcy, a później może i inne państwa Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak krytycznie oceniając zgodę Amerykanów na powrót Rosji na międzynarodowe salony, miejmy świadomość tego, jaka jest alternatywa i czy jesteśmy gotowi ponieść jej koszty.
Bo chociaż jak najdłuższe osłabianie Rosji jest w naszym narodowym interesie, to liczenie na to, że można przedłużać tę wojnę w nieskończoność, dolewając jako paliwo mieszankę krwi ukraińskich żołnierzy i amerykańskiego sprzętu wojskowego, jest myśleniem naiwnym i nierealistycznym, przypominającym postawę kandydatek w konkursie piękności, które rytualnie wyrażają pragnienie pokoju na świecie. Dziś tego pokoju nie ma, bo Rosja tego nie chce. I w tej sytuacji – niestety – możemy wybierać tylko między złymi rozwiązaniami, które pociągają za sobą ogromną cenę. Choć mówiąc precyzyjnie, to nawet nie my dokonujemy tego wyboru. Nasza część świata jest w tej sprawie głównie płatnikiem.
Wojciech Teister
Dziennikarz, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego” oraz kierownik działu „Nauka”. W „Gościu” od 2012 r. Studiował historię i teologię. Interesuje się zagadnieniami z zakresu historii, polityki, nauki, teologii i turystyki. Publikował m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Aletei”, „Stacji7”, „NaTemat.pl”, portalu „Biegigorskie.pl”. W wolnych chwilach organizator biegów górskich.