Chociaż nie można stawiać znaku równości między skutecznym obaleniem przez Amerykanów Nicolasa Maduro, a atakiem Rosji na Ukrainę mającym na celu osadzenie promoskiewskiej władzy w Kijowie, nie możemy mieć wątpliwości, że Kreml dostał właśnie argument, którym będzie grał, usprawiedliwiając swoją napaść na sąsiada.
03.01.2026 19:20 GOSC.PL
Przeprowadzony nad ranem 3 stycznia błyskawiczny atak Amerykanów na Wenezuelę, którego celem było pojmanie i przewiezienie do Stanów Zjednoczonych tamtejszego dyktatora Nicolasa Maduro, było operacją przeprowadzoną z niemal chirurgiczną precyzją. Gdy większość świata usłyszała pierwsze informacje o eksplozjach w Caracas, prezydent Wenezueli i jego żona byli już zatrzymani przez specjalny oddział U.S. Army Delta Force i w drodze do Ameryki. W bardzo krótkim czasie amerykańskie lotnictwo zaatakowało i unieszkodliwiło część sił wenezuelskich, które mogłyby przeszkodzić w przeprowadzeniu operacji, pozostałe oddziały albo nie zdążyły zorientować się co się dzieje, albo same działały w zmowie z Amerykanami, przyczyniając się do usunięcia Maduro.
O ile jednak sama operacja trwała kilka godzin, o tyle już relacje między Waszyngtonem a Caracas pogarszały się przez długie lata, co najmniej od przejęcia władzy w Wenezueli przez Hugo Chaveza w 1999 r. Równocześnie pogarszała się też sytuacja samych Wenezuelczyków. Niegdyś bogate państwo, dysponujące jednymi z największych złóż ropy naftowej na świecie, w od czasu przejęcia w 2014 r. władzy przez Nicolasa Maduro w ekspresowym tempie popada w nędzę, a według szacunków PKB per capita spadło w ciągu ostatniej dekady o nawet 90 procent. W tym czasie kraj stał się zakładnikiem własnego prezydenta-dyktatora, a Stany Zjednoczone nakładały nań kolejne, dotkliwe sankcje. Jednak do eskalacji grożącej konfliktem zbrojnym doszło dopiero w ostatnich miesiącach, gdy administracja Donalda Trumpa wypowiedziała otwartą wojnę kartelom przemycającym narkotyki do Stanów Zjednoczonych, nie bez podstaw oskarżając przy tym o sprzyjanie gangom narkotykowym Nicolasa Maduro.
Krótko po tym, gdy we wrześniu Amerykanie rozpoczęli operację ataków na zmierzające w stronę ich kraju (choć płynące jeszcze przez wody międzynarodowe) łodzie i statki przemytników, Waszyngton skierował w pobliże Wenezueli lotniskowiec U.S. Gerald Ford wraz z grupą innych okrętów. Już wtedy groźba faktycznego starcia zbrojnego stała się bardzo realna. Do ataku przeprowadzonego przez amerykańskie oddziały doszło nad ranem 3 stycznia. Najpierw eksplozje wstrząsnęły stolicą kraju Caracas, następnie informacje o atakach zaczęły docierać z innych regionów. Wśród celów zaatakowanych przez Amerykanów znalazły się obiekty wojskowe: m.in. Fort Tiuna (siedziba ministerstwa obrony Wenezueli), baza lotnicza La Carlota i szkoła wojskowa w La Guaria. Według najnowszych informacji Maduro i jego żona Cilia zostali zaskoczeni we własnej sypialni, gdy spali, aresztowani i przerzuceni na teren USA. Informację o ataku i zatrzymaniu prezydenta Wenezueli osobiście potwierdził prezydent Trump.
Gdy świat zastanawiał się czy właśnie otwarty został front kolejnej długiej wojny, senator Mike Lee, powołując się na rozmowę z sekretarzem stanu Marco Rubio, stwierdził, że atak przeprowadzono wyłącznie w celu pojmania Maduro i postawienia go przed sądem w USA, „a akcja, której byliśmy świadkami, miała na celu wyłącznie ochronę i obronę osób wykonujących nakaz aresztowania”.
Tym niemniej sam prezydent Trump zapowiedział, że jego kraj będzie aktywnie uczestniczyć w kreowaniu nowych struktur władzy w Wenezueli, a nocny atak wywołał reakcje innych krajów, wzywających (w różnym stopniu intensywności, zależnym od stanu własnych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi) do deeskalacji konfliktu. Co interesujące, jednym z państw, które najostrzej i najszybciej stanęły w obronie Wenezueli, była Rosja, która napadła i od lat prowadzi brutalną wojnę przeciw Ukrainie. W komunikacie MSZ Kreml oświadczył, że potępia amerykańską agresję, a Wenezueli musi zostać zagwarantowane prawo do samodzielnego decydowania o własnym losie. Prawo, jakiego Rosja konsekwentnie odmawia Ukrainie.
Wenezuelscy migranci w Stanach Zjednoczonych w euforii po obaleniu Nicolasa Maduro.
PAP/EPA/CRISTOBAL HERRERA-ULASHKEVICH
Wśród licznych komentarzy pojawiły się również głosy, że to, co zrobili Amerykanie niczym nie różni się od rosyjskiej napaści na Ukrainę. To oczywiście poważne nadużycie. Pomimo tego, że Waszyngton złamał w oczywisty sposób prawo międzynarodowe, ingerując siłą w sytuację innego państwa, Amerykanie zaatakowali kraj rządzony przez faktycznego dyktatora, usuwając go i nie wyrządzając przy tym krzywdy osobom postronnym. Usunięto zresztą dyktatora, który sprowadził na swoich rodaków nędzę, nie dając im możliwości wyboru innej władzy. Rosjanie zaatakowali wolne i demokratyczne państwo, którego władze zostały wybrane w wyborach, właśnie dlatego, by osadzić tam dyktatora i od pierwszych godzin agresji mordowali ukraińskich cywili, nie szczędząc kobiet i dzieci. Jeśli ktoś nie dostrzega tej różnicy, wybaczą Państwo dosadny ton – jest ślepcem lub idiotą. Nie zmienia to jednak faktu, że sposób, jaki wybrano, by uwolnić Wenezuelczyków od znienawidzonego dyktatora, jest wyborem drogi siły i ingerencji i już teraz możemy być pewni, że amerykańska operacja obalenia Maduro będzie przez Moskwę bez skrupułów wykorzystywana w czasie rozmów pokojowych, jako argument usprawiedliwiający rosyjską napaść na sąsiada. A w dłuższej perspektywie działanie to sankcjonuje sposób kształtowania porządku międzynarodowego metodą siły i faktów dokonanych, na której poszczególne mocarstwa niekoniecznie muszą wygrać, ale państwa średnie (jak Polska) i małe z całą pewnością muszą stracić. Jeśli nie suwerenność, to przynajmniej poczucie bezpieczeństwa. W tym sensie obalenie Maduro to nie tylko noworoczny prezent dla Wenezuelczyków, ale również dla Władimira Putina.
Wojciech Teister
Dziennikarz, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego” oraz kierownik działu „Nauka”. W „Gościu” od 2012 r. Studiował historię i teologię. Interesuje się zagadnieniami z zakresu historii, polityki, nauki, teologii i turystyki. Publikował m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Aletei”, „Stacji7”, „NaTemat.pl”, portalu „Biegigorskie.pl”. W wolnych chwilach organizator biegów górskich.