Marcin Jakimowicz: A jeśli Bóg okaże się inny niż na obrazach Jacka Hajnosa?
Jacek Hajnos OP: On na pewno będzie inny! Na obrazach próbujemy dogonić tajemnicę, ale to przecież mission impossible – misja skazana na porażkę.
To po co malować to, czego „oko nie widziało”?
By dotknąć choć rąbka tajemnicy. Jeśli udaje się nam choć trochę przybliżyć do niej dzięki łasce i rozwiniętym umiejętnościom, opowiedzieć o niej sztuką, to jest już coś wielkiego. Jeżeli w całej drodze artystycznej powstanie jeden obraz, który jest adekwatnym zapisem tej drogi, to jest to ogromnym sukcesem. Jeśli powstanie obraz, który przybliża do Boga, przed którym człowiek jest w stanie się modlić, to dokonał się minicud. Ale to zawsze jedynie dotykanie, muskanie tajemnicy. Żaden obszar kultury (muzyka, plastyka, poezja) nigdy nie uchwyci tego, o co pytasz. Ale samo przybliżanie się do tej tajemnicy może stać się skutecznym sposobem na poznawanie Pana Boga. Kultura jest jednym z „miejsc teologicznych”, przez nią również poznajemy Pana Boga.
Czy to, że masz namalować Jezusa, Cię nie onieśmiela?
Jasne, że onieśmiela. Ale równie onieśmielony czułem się, kiedy stałem przed bezdomnym. Stawałem przed konkretnym człowiekiem z jego ranami, upadkami i sacrum, jakie w sobie nosi. Tu też ręka drżała mi przed tajemnicą, którą próbuję odgadnąć, naszkicować, namalować. W przypadku cyklu „Namalować katolicyzm od nowa” mam do czynienia ze źródłem, z Kimś najwyższym, niedostępnym, ale zawsze, gdy staję przed konkretną osobą, muszę uniknąć przywłaszczania i otworzyć się na jego opowieść, tajemnicę. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jestem w stanie namalować Boga.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 19,90 zł








