W latach 40. XX wieku Finowie, pomimo przegrania starcia z Moskwą, dwukrotnie obronili swoją suwerenność. Po pierwszym traktacie pokojowym Armia Czerwona zaatakowała powtórnie. Tamta wojna doskonale odsłania rosyjski sposób myślenia o porozumieniach pokojowych. Dlatego tak ważne jest silne wsparcie Kijowa przez europejskich partnerów w trwającym procesie negocjacyjnym.
24.11.2025 20:28 GOSC.PL
Gdy w 1939 r. Stalin po przeprowadzonej przez radzieckie wojsko prowokacji wydał rozkaz do zaatakowania Finlandii, był niemal pewien, że w bardzo krótkim czasie Armia Czerwona pokona zaatakowanego przeciwnika. Finowie stawili jednak niespodziewanie silny opór i wojna zimowa okazała się dla wielu Rosjan prawdziwym koszmarem. Na skutek podpisanego w marcu 1940 r. traktatu pokojowego Finlandia straciła około 35 tys. km² swego terytorium - więcej niż utraciła do tej pory w wyniku działań zbrojnych – i ponad 400 tys. Finów zamieszkujących te tereny musiało opuścić swoje domu. Obroniła jednak swoją suwerenność.
Historia wojny zimowej jest często przytaczana przy okazji toczących się obecnie dyskusji nad możliwymi wariantami zakończenia wojny na Ukrainie. To, że Kijów nie odzyska obecnie kontroli nad zajętymi przez rosyjskiego agresora terenami na wschodzie kraju i Krymie, wydaje się przesądzone. Szansa na wyparcie Rosjan ze wschodniej Ukrainy były w czasie ofensywy jesienią 2022 r., wtedy jednak ani państwa Europy Zachodniej, ani Amerykanie nie byli zainteresowani wystarczającym wsparciem sprzętowym dla broniącego się Kijowa.
Dziś jesteśmy w innym miejscu wojny i w grze są obecnie jedynie scenariusze złe i bardzo złe. Tym drugim była pierwotna wersja tzw. planu pokojowego Donalda Trumpa, którego 28. punktów wyciekło w zeszłym tygodniu do mediów. Planu, który – choć nazywany amerykańską propozycją – był właściwie spełnieniem marzeń Kremla, bo oddawał Moskwie nie tylko więcej terenów, niż zdołała przez niemal cztery lata podbić rosyjska armia, ale również czynił z Ukrainy faktyczne państwo zależne, wymuszając na Kijowie m.in. poważne ograniczenia w liczebności i wyposażeniu armii, obowiązek wprowadzenia języka rosyjskiego jako równoprawnego ukraińskiemu czy ponowną instalację moskiewskiej Cerkwii Prawosławnej, która bardziej spełnia się jako tuba kremlowskiej propagandy niż jako wspólnota wierzących.
Zełenski został postawiony pod ścianą, mając wybór między zgodą na zatrzymanie walk na niekorzystnych dla Ukrainy warunkach, a dalszej walce bez wsparcia Amerykanów. O pierwotnej wersji 28. punktowej propozycji pisał na naszych łamach w sobotnim komentarzu Jacek Dziedzina.
Od tego czasu udało się jednak stronie ukraińskiej, przy wsparciu partnerów europejskich z Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec propozycję amerykańską przepracować. Z kontrowersyjnych punktów zniknęły zapisy dotyczące ograniczenia sił zbrojnych Ukrainy do 600 tys. (w zamian jest 800 tys. w czasie pokoju) czy ustępstw terytorialnych. Zapis dotyczący stacjonowania w Polsce europejskich myśliwców zmieniono tak, że mówi on obecnie o stacjonowaniu lotnictwa NATO. W dokumencie znalazł się również zapis o tym, że Ukraina otrzyma gwarancje ze strony Stanów Zjednoczonych podobne do tych z art. 5 NATO, a sam Sojusz zgadza się nie rozmieszczać na stałe w Ukrainie w czasie pokoju swoich wojsk. W propozycji europejskiej nie ma również rezygnacji Kijowa z możliwości akcesji do NATO, pojawia się też postulat rekompensaty finansowej dla Ukrainy za straty wojenne i zamrożenia rosyjskich aktywów do czasu jej wypłaty.
Dokument nadal jest rozwiązaniem z punktu widzenia Ukrainy złym, nadal zawiera liczne propozycje korzystne dla Moskwy, jednak nie przedstawia już planu złożenia ofiary rosyjskiej napaści w lennie agresorowi. Kreml podkreślił już, że plan pokojowy zaproponowany przez UE jest w całości „niekonstruktywny”. Jednak stworzenie europejskiej kontrpropozycji wzmocniło Ukraińców przed kolejnymi rozmowami z Amerykanami.
W niedzielę i poniedziałek w Genewie doszło też do kolejnych spotkań amerykańskich negocjatorów ze stroną ukraińską, podczas któryh delegacja amerykańska przedstawiła korekty do własnego projektu. Po drugiej turze negocjacji amerykański sekretarz stanu Marco Rubio przyznał, że doszło do znacznego zbliżenia do czegoś, co będzie bardzo akceptowalne zarówno dla Ukrainy, jak i dla USA. Po rozmowach z 28 punktów plan zredukowano do 19, usunięto m.in. zapisy dotyczące Europy i NATO, a najbardziej wrażliwe politycznie punkty, dotyczące między innymi ustalenia granic, zostały pozostawione do decyzji prezydentów Donalda Trumpa i Wołodymyra Zełenskiego. Ukraińska delegacja powoływała się przy tym na zapisy swojej konstytucji, która mówi, że decyzje dotyczące terytorium państwa muszą zapaść na drodze ogólnokrajowego referendum.
Choć szczegóły poprawionego projektu nie zostały jak dotąd ujawnione, pojawiają się sygnały zarówno ze strony amerykańskiej jak i ukraińskiej, że obecne propozycje idą we właściwym kierunku i lepiej zabezpieczają interesy zaatakowanej Ukrainy.
Niezależnie jednak od tego, jaki projekt wypracują strony amerykańska, europejska i ukraińska, nierozwiązany pozostaje problem kluczowy: brak akceptacji Władimira Putina dla niezależnego od Rosji państwa ukraińskiego. Wydaje się bardzo mało prawdopodobne, że jakakolwiek propozycja dająca Ukrainie realne (a nie wydumane) gwarancje bezpieczeństwa i samostanowienia, zostanie przez Moskwę odrzucona. Jeśli natomiast przedstawiciele Kremla zgodzą się na zatrzymanie walk, zrobią to jedynie w charakterze starcia zawieszonego, podobnie zresztą jak miało to miejsce w czasie wojny zimowej z Finlandią. Traktat pokojowy z marca 1940 r. przetrwał bowiem tylko do czerwca 1941, gdy Armia Czerwona po raz kolejny uderzyła. Drugie starcie rosyjsko-fińskie zapamiętane pod nazwą wojny kontynuacyjnej, trwało do 1944 r. i chociaż formalnie ZSRR zwyciężyło, Finom po raz kolejny udało się obronić przed podporządkowaniem Moskwie. To, czy Ukraina powtórzy fiński sukces, zależy w znacznej mierze od tego, do jakich ustępstw zostanie zmuszona w najbliższym czasie. Z punktu widzenia Europy silne dyplomatyczne wsparcie dla Kijowa ma więc znaczenie nie tylko z punktu widzenia elementarnej sprawiedliwości, ale także chłodnej kalkulacji własnych interesów.
PAP/EPA/MARTIAL TREZZINI
Wojciech Teister
Dziennikarz, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego” oraz kierownik działu „Nauka”. W „Gościu” od 2012 r. Studiował historię i teologię. Interesuje się zagadnieniami z zakresu historii, polityki, nauki, teologii i turystyki. Publikował m.in. w „Rzeczpospolitej”, „Aletei”, „Stacji7”, „NaTemat.pl”, portalu „Biegigorskie.pl”. W wolnych chwilach organizator biegów górskich.