Nowy numer 4/2023 Archiwum

Adwent z „Gościem”, część II. Śmiałość, czyli nawyk wysiłku

W „Gaudete et exsultate” czytamy: „Rzućmy wyzwanie uleganiu nawykom, otwórzmy oczy i uszy, a zwłaszcza serca, abyśmy dali się wstrząsnąć”. Aby nabyć nowe – chrześcijańskie – nawyki, starych – pogańskich – trzeba się pozbywać, powoli, ale skutecznie.

Nic nowego w nauczaniu Franciszka: o kanapie i konieczności zejścia z niej usłyszeliśmy dobrych kilka lat temu. Czegoś jednak w tej metaforze brakuje, być może radykalnego gestu wobec miękkości kanapy, która jak bezpieczny Eden zdaje się momentami niewinną pokusą. Niektóre kanapy trzeba po prostu spalić albo pogodzić się z tym, że z chrześcijańskiego zapału sprzed lat nie pozostało już nic. Czyli ulec pokusie Jonasza: daj mi spokój, Panie.

Paradygmat Jonasza

W zbiorach Muzeum Etnograficznego w Krakowie znajduje się jego... popiersie (do połowy przecież ukryty jest w pysku wielkiej ryby). Jonasz leży jak kłoda, sparaliżowany. W sumie jest przecież kłodą, wyrzeźbił go artysta z drewna. Ludowy sznyt figury pozwala przymknąć oko na to, że wieloryb, w którego paszczy Jonasz leży jak kłoda, nie jest dużo większy od połykanego proroka. Aż trudno uwierzyć, że miałby się ten prorok zmieścić w trzewiach niezbyt ogromnej ryby, ale nie o to przecież chodzi. Raczej o to, że Jonasz jest jak sparaliżowany, obie ręce ugina w łokciach, dokładnie pod kątem prostym, jakby chciał się jeszcze bronić przed mlecznobiałymi kłami, nadającymi się do reklamy luksusowego gabinetu ortodoncji. Wyrzeźbił go Zenon Miczołek z Paszyna koło Nowego Sącza. Pasuje jak ulał do wiersza Zbigniewa Herberta: „Współczesny Jonasz/ idzie jak kamień w wodę/ jeśli trafi na wieloryba/ nie ma czasu westchnąć/ uratowany/ postępuje chytrzej/ niż biblijny kolega/ drugi raz nie podejmuje się/ niebezpiecznej misji/ zapuszcza brodę/ i z daleka od morza/ z daleka od Niniwy/ pod fałszywym nazwiskiem/ handluje bydłem i antykami”. Papież Franciszek w „Gaudete et exsultate” ujął to dosadniej: „Podobnie jak w przypadku proroka Jonasza, tak i w nas zawsze jest ukryta pokusa ucieczki w miejsce bezpieczne, które może mieć wiele imion: indywidualizm, spirytualizm, zamknięcie w małych światach, uzależnienia, urządzenie się, powtarzanie utrwalonych schematów, dogmatyzm, nostalgia, pesymizm, uciekanie się do zasad. Czasami trudno nam wyjść ze znanego już dobrze obszaru, który znajduje się na wyciągnięcie ręki. Jednak trudności te mogą przypominać burzę, wieloryba lub robaka, który wysuszył krzew rycynusowy Jonasza, albo wiatr i słońce, które sprawiały, że rozbolała go głowa. I tak jak w jego przypadku mogą sprawić, że powrócimy do tego Boga, który jest czułością i który chce nas doprowadzić do stałego i odnawiającego nas pielgrzymowania” (GE 134).

Zacznijmy od słowa

Część druga naszego adwentowego cyklu poświęcona jest parezji, do której nawiązuje papież, przywołując Jonasza. Mówi o niej tak: „Świętość jest też parezją: jest śmiałością, jest zapałem ewangelizacyjnym pozostawiającym ślad na tym świecie. (...) Śmiałość, entuzjazm, mówienie swobodne, z zapałem apostolskim, to wszystko zawarte jest w słowie »parezja«, jakim Biblia wyraża również zdolność do życia otwartego, które jest do dyspozycji dla Boga i braci (por. Dz 4,29; 9,28; 28,31; 2 Kor 3,12; Ef 3,12; Hbr 3,6; 10,19)” (GE 129). Parezja wedle słowników to „mówienie wszystkiego”, „szczerość”, „odwaga”, „śmiałość”. Składa się z dwóch rdzeni – „wszystek” i „słowo, wypowiedź, mowa”. Ze wszystkich przywołanych przez Franciszka znaczeń tego greckiego słowa „swobodne mówienie” ma chyba największy ciężar gatunkowy. Chodzi z jednej strony o wolność, z drugiej o używanie słów. Co ciekawe, święty Łukasz odnosi je do „proklamowania” słowa Bożego, a używa aż 11 razy.

Zanim jednak o tym, co dla nas jako chrześcijan powinno być podstawowym odruchem (dać świadectwo swojej wierze), zróbmy mały ekskurs do samego mówienia, do słów, których na co dzień jako chrześcijanie używamy. Po pierwsze: z mówieniem mamy problem. Ba, ze słowem mamy problem, który przeniesiony następnie na praktykę wiary staje się problemem ze Słowem. Owszem, świat nie sprzyja tym, którzy nie chcą obmowy, kłamstwa, oszczerstwa, kalumnii, przekleństwa, wulgaryzmu. Jeśli jednak jako chrześcijanie nie zrozumiemy ogromnej wagi tego, jakimi słowami posługujemy się w naszej codzienności, z jakim szacunkiem traktujemy swoje i innych wypowiedzi oraz swoich rozmówców, nie miejmy złudzeń: jako świadków Słowa, czyli Jezusa Chrystusa, nikt nie potraktuje nas poważnie. Nie można czcić Słowa, jednocześnie mieszając własne słowo z błotem. Po prostu nie można i Adwent jest świetną okazją do tego, żeby się tej swojej tendencji przyjrzeć. Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi, Słowo stało się ciałem – kwintesencja tych czterech tygodni. Warto wejrzeć w siebie i, analizując swoje nawyki pod tym kątem, próbować coś zmienić! Owszem, kosztem ogromnego niekiedy wysiłku samokontroli, zwłaszcza w sytuacjach, o których wiemy, że kończą się zazwyczaj porażką dobrych postanowień – by nie plotkować, nie obmawiać, nie kłamać, nie ranić słowami. Tylko Jonasz nie podejmuje się trudnych misji. Przynajmniej na początku.

Od słowa do głębi Słowa

Antidotum na trudne misje jest wyłącznie parezja. Franciszek kontynuuje swoją refleksję: „Bł. Paweł VI wymienił wśród przeszkód ewangelizacyjnych właśnie brak parezji: »brak gorliwości, tym dotkliwszy, że wypływający z wnętrza«. Ileż razy czujemy się pociągani do pozostania w zaciszu nabrzeża! Ale Pan wzywa nas, abyśmy wypłynęli na głębię i zarzucili sieci na głębszych wodach (por. Łk 5,5)” (GE 130). Doda jeszcze, że parezja to pieczęć Ducha Świętego, świadectwo autentyczności przepowiadania: jest „dającą szczęście pewnością, która prowadzi nas do chlubienia się głoszoną przez nas Ewangelią, jest niezachwianą ufnością w wierność wiernego Świadka, który daje nam pewność, że nic »nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga« (Rz 8,39)”. I to jest gwóźdź programu, clou, zadanie na kolejny tydzień Adwentu. Nie dla duchownych i innych osób mających kanoniczną misję do przepowiadania urzędowego, raczej dla wszystkich chrześcijan, dla nas, wierzących i pragnących tą wiarą przesycić otaczający nas świat. Promienie świętości nie dotkną naszego otoczenia inaczej, jak tylko przez nasze w ten świat zaangażowanie. Mówisz, że wierzysz? Nie bój się o tym powiedzieć innym, zwłaszcza tym, którzy z różnych względów wiarę porzucili. Być może z niechęci do Kościoła instytucjonalnego, być może z innych przyczyn, to nie ma znaczenia. Ważne jest, byś schodząc z kanapy swojego wygodnego życia i wypływając na głębię, nie zapominał o innych, o tych, którzy nie mają być może pojęcia, że poza kanapami istnieją interesujące krainy, doświadczenie żywego Boga i żywego Kościoła. Ważne jest też, byś sam nie zapomniał, że to w kontakcie z Tobą być może Kościół ten jawił się im będzie jako żywy albo martwy, zepsuty albo święty. „Zwodzi nas przyzwyczajenie i mówi nam, że próby zmieniania czegokolwiek nie mają sensu, że w danej sytuacji nie możemy nic zrobić, że zawsze tak było i że mimo to przetrwaliśmy” – zauważa papież. I dodaje: „Z przyzwyczajenia nie mierzymy się już ze złem i pozwalamy, aby rzeczy „»były takimi, jakimi są« lub jakimi niektórzy postanowili, aby były. Pozwólmy zatem, aby przyszedł Pan, aby nas obudził, aby wstrząsnął naszym odrętwieniem, wyzwolił nas z bezczynności”. Nawet Jonaszowi bezczynność nie służyła, choć miał na ten temat zupełnie odmienne zdanie. Warto go wspomnieć w drugim tygodniu Adwentu, zanim wielka ryba pazernego świata pozbawi twoich bliźnich możliwości usłyszenia Dobrej Nowiny właśnie z twoich ust. A ciebie samego świadomości tego, kim naprawdę jesteś. Herbert kończy swój wiersz tak: „Agenci Lewiatana/ dają się przekupić/ nie mają zmysłu losu/ są urzędnikami przypadku w schludnym szpitalu/ umiera Jonasz na raka/ sam dobrze nie wiedząc/ kim właściwie był/ parabola/ przyłożona do głowy jego/ gaśnie/ i balsam przypowieści/ nie ima się jego ciała”. •


Ćwiczenie duchowe:

W kolejnym tygodniu Adwentu podziel jeden z jego dni na pół. Podejmij rano bardzo konkretne postanowienie, zakładając, że połowa tego dnia będzie na przykład... o 15.00. Pierwsza połowa tego dnia – postanów sobie – przebiegnie z pełną świadomością tego, jakich słów używasz, komunikując się z ludźmi. Druga – ze świadomością, że Słowo, które stało się ciałem, potrzebuje Twoich ust, aby trafić do innych ludzi. Znajdź chwilę wieczorem na rachunek sumienia. Usiądź, wycisz swoje myśli, stań w całkowitej wolności wobec Boga. I odpowiedz w Jego obecności na pytania:
• Ilu niepotrzebnych słów użyłem w pierwszej połowie dnia?
• Ile razy obmówiłem kogoś, a może wyśmiałem, mówiąc innym o jego złych cechach?
• Ile razy użyłem wulgaryzmu czy przekleństwa, ile razy skłamałem?
• Ile razy w moich słowach zabrakło miłości do drugiego człowieka?
• Czy w dniu, który się kończy, choć jeden raz dałem świadectwo temu, że jestem osobą wierzącą w Boga?
• Czy potrafiłem przyznać się, że dla mnie nadchodzące święta to nie kwestia szału zakupowego, ale rachunku sumienia i wezwania do nawrócenia?
• Czy komukolwiek dzisiaj powiedziałem, że Bóg jest miłością i z tej miłości „Syna Jednorodzonego dał...”? Wspomnij te wszystkie chwile, podziękuj za nie Bogu, nawet za nieudane, poproś o siłę na następny dzień: Panie, który jesteś moim Bogiem, dziękuję Ci za moje życie i za to, że mogę posługiwać się mową. Dziękuję Ci za Twoje Słowo. Pomóż mi, bym jak Jonasz nie uciekał przed Twoim wezwaniem, ale pomimo wszelkich lęków potrafił dawać świadectwo przed światem, że jestem Twoim uczniem. Amen.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy