Nowy numer 42/2020 Archiwum

Bardzo dobra firma

O Polsce powinniśmy myśleć jak o firmie. Kiedy na jej czele stanie świetny menedżer, szefami departamentów będą wykształceni fachowcy, a pracownikami świetnie wynagradzani, zadowoleni z życia ludzie – firma będzie przynosić zysk. Jeśli oddamy firmę w ręce nieuka i mitomana, który zatrudni w niej swoich niezbyt rozgarniętych kolegów – czeka ją plajta.

Na wejście w politykę, tak jak na założenie własnej firmy, ludzie decydują się z różnych powodów. Jedni chcą się sprawdzić, inni mają dość toksycznego szefa, jeszcze inni – za mało zarabiają. Biografie najwybitniejszych mężów stanu i najbogatszych przedsiębiorców dowodzą jednak, że prawdziwy sukces odnoszą zazwyczaj ci, którzy szczerze wierzą, że mają światu do zaproponowania coś wyjątkowego. Coś, czego dokonać mogą tylko oni.

Dyrektorzy z powszechnych wyborów
Działalność publiczną i biznes więcej łączy, niż dzieli. I tu, i tu – żeby do czegoś dojść – trzeba posiadać kilka wyjątkowych cech. Trzeba dokładnie wiedzieć, co chce się osiągnąć, nastawić się na ciężką i żmudną pracę, umieć ryzykować, ale i ponosić pełną odpowiedzialność za swoje czyny, mieć nie tylko specjalistyczną wiedzę i umiejętności w dziedzinie, w której zamierza się działać, ale przede wszystkim świadomość – że zarówno prowadzenie firmy, jak i polityka to nie jest konkurs na najsympatyczniejszą osobę roku. Że zawsze znajdą się ludzie nieprzychylni, choćby konkurenci i zawistnicy, którzy będą opluwać i rzucać kłody pod nogi.

Zgodnie z tą zasadą, w Stanach Zjednoczonych do polityki idą ludzie, którzy odnieśli w życiu sukces. Chcą rządzić państwem, bo wcześniej pokazali, że mają do tego kwalifikacje: prowadzili z powodzeniem własną firmę, byli uznanymi naukowcami czy działaczami samorządowymi. Condoleezza Rice, szefowa amerykańskiej dyplomacji, zanim trafiła do polityki, była członkiem rady dyrektorów w Chevron Corporation, Charles Schwab Corporation, pracowała też w zarządach firm Transamerica Corporation, Hewlett-Packard i Rand Corporation. Oprócz tego jest profesorem nauk politycznych i jednym z najwybitniejszych amerykańskich sowietologów. Tymczasem wielu polskich polityków nie pracowało nigdy poza sejmem i miałoby poważny problem ze znalezieniem pracy na wolnym rynku. Jakby tego było mało, najważniejsi państwowi urzędnicy (premier, prezydent, ministrowie) od lat podchodzą do przejętej w demokratycznych wyborach władzy jak do tronu, zdobytego w wyniku podboju. Zamiast zastanowić się, co jest dobre dla „firmy” Polska, jakie inwestycje i reformy przyniosą jej korzyść, co sprawi, że „firma” będzie się rozwijać, traktują dyrektorskie stołki jak należne sobie lenno, natychmiast ściągają kolegów i zamiast rządzeniem, zajmują się intrygowaniem przeciwko konkurentom politycznym.

Koniec jest zawsze taki sam: pogorszenie kondycji finansowej firmy (czyli Polski), której skutkiem są masowe zwolnienia (czytaj: bezrobocie). Bo na lekkomyślności panów dyrektorów i panów ministrów zawsze najwięcej tracą szaraki. W tym wypadku – my wszyscy, Polacy. Ale mam i dobrą wiadomość! W „firmie” Polska, inaczej niż w każdym innym przedsiębiorstwie, dyrektorów wybiera się w powszechnych wyborach. Czyli możemy złych szefów wyrzucić. I nigdy nie pozwolić im wrócić.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama