Nowy numer 3/2021 Archiwum

Bohaterka drugiego planu

Przygotowywała prawne ekspertyzy i służyła jako tłumaczka, załatwiała leki, ubrania, występowała na scenie. Naukowiec i przyjaciółka rzeszy ludzi − jest pamiętana jako geniusz o złotym sercu.

W roku 40. rocznicy powstania NSZZ „Solidarność” przypominane są wydarzenia sprzed lat oraz ci, którzy je inicjowali. Czy nie koncentrujemy się czasem jedynie na nazwiskach znanych z pierwszych stron gazet? We wrocławskim środowisku solidarnościowym wśród ludzi funkcjonujących na drugim planie działała osoba odznaczająca się niezwykłą wyobraźnią miłosierdzia i ponadprzeciętnym intelektem. Kiedy Małgorzata Wanke-Jakubowska oraz Maria Wanke-Jerie po latach przygotowywały książkę poświęconą Marii Longchamps de Bérier, spotykały się wciąż z powszechnym dla niej podziwem.

Cień choroby

– Była to osoba o wybitnej inteligencji, wywodząca się z rodziny o bogatych tradycjach patriotycznych. Wśród przodków, zarówno po stronie ojca Franciszka Władysława, jak i matki, hrabianki Leonilli Siemieńskiej, było wielu zasłużonych intelektualistów, w tym prawników, osób zaangażowanych w walkę o niepodległość Polski – mówi Maria Wanke-Jerie. – Małgorzata wyniosła z domu między innymi doskonałą znajomość języka francuskiego i ogromną otwartość na zdobywanie wiedzy. Już w czasach szkolnych wykazywała się odwagą cywilną. Razem z koleżanką zdecydowały się zareagować publicznie na donosicielstwo ze strony faworyzowanej uczennicy, córki dyrektora szkoły o bardzo komunistycznych poglądach. Obu obniżono z tego powodu ocenę z zachowania. – Małgosia miała zawsze niezwykłe poczucie humoru, z ogromną domieszką autoironii. Kiedy nowa nauczycielka historii w szkole przedstawiła się jako „Kłopot Franciszka”, Małgosia odpowiedziała: „To zupełnie jak ja, mój ojciec ma na imię Franciszek, a ja jestem jego kłopotem” – dodaje M. Wanke-Jakubowska. – Cieniem na jej życiu położyła się poważna choroba autoimmunologiczna, na którą zmarł także jej ojciec. Akurat kiedy odszedł, doświadczyła pierwszego ataku, w związku z czym nie była nawet na jego pogrzebie. To, że we wczesnej młodości dowiedziała się o problemie ze zdrowiem, zaważyło na jej życiu. Jak powiedziała: „Wszystko się skończyło, zanim się zaczęło”. Wiedziała, że ma mało czasu. Składając dokumenty na uniwersytet, napisała, że zamierza studiować prawo, bo „chciałaby być w przyszłej pracy pożyteczna społeczeństwu”. – Ta chęć bycia pomocną była dla niej charakterystyczna – podkreślają autorki książki.

Teatr, prawo i tapety

– W czasie studiów Małgorzata zaangażowała się bardzo mocno w działalność teatru studenckiego Kalambur – mówi M. Wanke-Jakubowska. – Bywała tłumaczką na festiwalach Teatru Otwartego (a także przy wielu innych okazjach), ale również występowała na scenie. Potrafiła świetnie improwizować. Zapamiętana została zwłaszcza jej rola w jednym z happeningów Kalamburu. Grała rolę babci klozetowej, której wizerunek „zderzał się” z wyszukanym, literackim językiem francuskim, w którym zwracała się do klientów. Miała niesamowite zdolności lingwistyczne – znała biegle kilka języków, łatwo uczyła się kolejnych. Kiedy odwiedziła swoją ciocię w Kenii, w krótkim czasie poznała suahili. Była wybitną studentką. Bardzo wysoko oceniono jej pracę magisterską, potem doktorską. Jesienią 1973 roku rozpoczęła pracę jako asystent stażysta w Instytucie Nauk Administracyjnych na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego. Wkrótce otrzymała roczny urlop w celu odbycia studiów podyplomowych w Nancy we Francji. Kiedy w 1980 roku powstała Solidarność, Małgorzata była zaangażowana w jej funkcjonowanie na wielu płaszczyznach. Przygotowywała ekspertyzy prawne, brała udział w opracowywaniu rozmaitych statutów, regulaminów, procedur wyborczych; pisała artykuły, raporty, analizy, opiniowała projekty ustaw, zapewniała pomoc prawną. Analizowała relacje między władzą a Solidarnością, działania cenzury, kwestie związane z autonomią uczelni. Pisała do „Komunikatów” – pisma powołanego przez Komitet Założycielski NSZZ „Solidarność” Uniwersytetu Wrocławskiego, którego redaktorem naczelnym był Tadeusz Jakubowski. Kiedyś wpadła do państwa Jakubowskich, gdy trwało tapetowanie ścian. Poprosiła o robocze ubranie i zaraz wzięła się do pracy. Nie marnując ani chwili, razem z panem Tadeuszem tapetowała, a jednocześnie omawiała sprawy redakcyjne.

Weź, to twoje

– Kiedy nastał stan wojenny, na szeroką skalę zaczęła pomagać rodzinom osób internowanych, ukrywających się – wspomina M. Wanke-Jakubowska, która również doświadczyła takiego wsparcia. – Zawsze w niedzielę robiła swoisty obchód zaprzyjaźnionych rodzin, diagnozowała potrzeby. Załatwiała lekarstwa, ubranka dla dzieci, zapewniała pomoc prawną. Miała „na głowie” wszystkich ludzi wokół. Zawsze wnosiła ze sobą pogodę ducha. Czasem wystarczył jej uśmiech, kilka wypowiedzianych zdań, by przygnieciony problemami człowiek inaczej spojrzał na świat. Małgorzata Wanke-Jakubowska wspomina, jak Małgosia nazywała jej synów „Plotusiami” (bo młodszy tak się zwracał do starszego, Piotrusia). – Kiedy to słyszałam, od razu mi się robiło weselej – mówi. – Pamiętam, jak pomagała naszej wspólnej znajomej, którą zostawił mąż, działacz Solidarności, a która samotnie wychowywała syna z zespołem Downa. Małgorzata załatwiła im wakacje w Darłówku u pewnego rybaka. Wspierana koleżanka usłyszała, że pobyt ten, w zamian za pomoc przy patroszeniu ryb, jest darmowy. W rzeczywistości Małgosia załatwiła dofinansowanie ze słynnych solidarnościowych „80 milionów”. Podobnie było ze mną. Małgorzata Longchamps zadbała, żeby M. Wanke-Jakubowska mogła spędzić z dwoma synami cały miesiąc w ośrodku rekolekcyjnym „Ostoja” w Krynicy-Zdroju, prowadzonym przez Różę Siemieńską (siostrę jej mamy, członkinię Instytutu Prymasa Wyszyńskiego). – Dopiero po latach dowiedziałam się, że nasz wypoczynek był w podobny sposób dofinansowany (zapłaciłam mniejszą sumę, na którą było mnie stać) – mówi. – Małgosia pojechała zresztą z nami pociągiem do Krynicy, wioząc plecak z ekwipunkiem górskim dla ukrywającego się działacza solidarnościowego Bolesława Gleichgewichta, który miał odebrać go i pojechać do Zakopanego (do czego ostatecznie nie doszło). Wyruszyła w drogę z nami tuż przed obroną swojej pracy doktorskiej. Nawet w takiej chwili myślała bardziej o potrzebach innych niż o swoich sprawach. Działała w Społecznym Komitecie Nauki, który reprezentował środowisko naukowe będące w opozycji do władz. Współpracowała z Arcybiskupim Komitetem Charytatywnym, angażowała się w pomoc represjonowanym organizowaną w parafii Świętej Rodziny. Rozdawała chętnie swoje własne rzeczy. – Niebezpiecznie było powiedzieć: „Ojej, jakie to ładne”. Można było usłyszeć: „Podoba ci się? Weź, to jest twoje” – wspomina pani Małgorzata.

Mała święta

– Wykorzystywała każdą chwilę; jednocześnie nigdy nie wyglądała na osobę, która się spieszy. Człowiek zawsze miał wrażenie, że ona zajmuje się w danym momencie tylko jego sprawami, a w rzeczywistości było ich mnóstwo – dodaje. Miała oczy, które widziały potrzebujących, oraz ręce i nogi spieszące im na pomoc z wielką delikatnością – podkreślają panie. – Potrafiła żartować nawet z własnej choroby – mówi M. Wanke-Jerie. – Kiedyś stwierdziła, że teraz wie, jak musi czuć się Jaruzelski. „Organy wykonawcze odmawiają mi posłuszeństwa” – wyjaśniła. Kiedy ktoś jej powiedział, że dobrze wygląda, odparła: „Bo na gębę nie jestem chora”. Gdy dzwoniła do drzwi, na pytanie „Kto tam?”, można było usłyszeć: „Hipopotam”. Od razu było wiadomo, kto przyszedł. Ostatni etap życia Małgorzaty był trudny. Latem 1988 roku została poproszona o wygłoszenie referatu na sesji plenarnej polsko-francuskiego seminarium z prawa administracyjnego w Krakowie. Z powodu choroby tak pogorszył się jej wzrok, że czytać mogła tylko przez lupę. Tekst swojego wystąpienia dyktowała znajomemu i redagowała z jego pomocą, a jej mama przepisała go na kartkach A4, umieszczając na każdej tylko kilka słów. W czasie wystąpienia Małgosia z trudem czytała kolejne zdania. W pewnej chwili rozpłakała się, potem jednak wzięła się w garść i wygłosiła referat. Otrzymała owacje na stojąco. Zimą 1988 roku otwarty został przewód habilitacyjny Małgorzaty, ale wkrótce nastąpił nawrót choroby. Pod koniec stycznia 1989 roku trafiła do szpitala. Zmarła 2 marca. Maria Wanke-Jerie dodaje, że jedną z osób, które widziały ją w ostatnich dniach jej życia, była Blandyna Skowrońska – studentka Małgosi i działaczka NZS-u. Małgorzata udostępniła jej pokój w swoim domu, gdy dziewczyna miała problemy z mieszkaniem. Z czasem mama Małgosi załatwiła studentce inne lokum, ale ona i tak raz po raz pomieszkiwała u państwa Longchampsów. Zapadła jej w pamięć rozmowa z bliską śmierci Małgorzatą w szpitalu. Chora powiedziała jej, że niczego w swoim życiu nie żałuje; że nie zmarnowała ani jednej danej jej minuty. Nawiasem mówiąc, jeszcze w przeddzień śmierci układała urodzinowy wierszyk dla 7-letniego Łukaszka, syna swoich znajomych… Czy musiała tak wcześnie umierać? Wiadomo, że ubiegała się o stypendium naukowe we Francji. Wyjazd chciała połączyć z leczeniem. Odmówiono jej, ponieważ nie zgodziła się na współpracę z SB, jaką zaproponowano jej przy staraniu się o wydanie paszportu. Kiedy zmarła, na oddziale szpitalnym wybuchł zbiorowy płacz – i chorych, i personelu. „Moja maleńka święta” – mówiła jej ciocia Róża podczas pogrzebu.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama