Nowy numer 49/2020 Archiwum

Moje okno powołania

Przedstawiciel najmłodszego zgromadzenia zakonnego w diecezji, o. Krzysztof Kaniowski, klaretyn, mówi o Panu Bogu, który często idzie pod prąd naszego życia.

ks. Włodzimierz Piętka: Jak się Ojciec czuje w Płocku po siedmiu miesiącach pobytu na Górkach?

o. Krzysztof Kaniowski: O Płocku wiedziałem niewiele, prócz tego, że jest w nim Petrochemia. Dopiero gdy tu przyjechałem, poznałem urok tego miejsca i historię, ludzi i ducha tego miasta. W dobrym odnalezieniu się tutaj bardzo mi pomaga bliskość katedry, wspólnot sióstr zakonnych i domu księży emerytów. Znalazłem też bardzo wielu dobrych ludzi, jestem zbudowany ich życzliwością. Płock poznaję również przez szczególne miejsce, jakim jest szpital. To przestrzeń życia, umierania i rodzenia się na nowo, gdzie przez cierpienie człowiek człowiekowi staje się bliski, gdy go pociesza, czuwa przy jego łóżku, ma dla drugiego czas. To niesamowita szkoła człowieczeństwa, którą od kilku miesięcy coraz bardziej poznaję. Bardzo mocno wpływa ona na moje życie.

Do Płocka trafił Ojciec w lipcu ubiegłego roku. A jaka droga prowadziła do klaretynów?

Nikomu nie mówiłem, że chcę iść do zakonu. Dopiero na tydzień przed wstąpieniem do seminarium powiedziałem o tym najbliższym. Od dziecka towarzyszyła mi wrażliwość na różne wydarzenia duchowe i znaki religijne, choćby na przydrożne kapliczki; przeżywałem niezapomnianą dla mnie peregrynację obrazu Matki Bożej Częstochowskiej w rodzinach. O klaretynach nic nie wiedziałem, ale pociągnęły mnie sama nazwa zgromadzenia – Synowie Niepokalanego Serca Maryi – oraz jego rys misyjny. To odpowiadało młodzieńczemu zapałowi, jaki wtedy odczuwałem. Obraz zakonu i zakonnika wyrabiałem w sobie i wyobrażałem m.in. przez książki i filmy. Kiedyś znajomy dał mi obrazek, przedstawiający jakąś postać w habicie (to był chyba dominikanin, a teraz ja pracuję w kościele podominikańskim), która stoi przy oknie i patrzy na kościół i klasztor. Bardzo mi się spodobał ten obrazek, jego perspektywa. Dziękuję Panu Bogu, że tu, w Płocku, ja też mam takie okno, z którego widzę nasz kościół i dawny klasztor. Mnie to zaprasza do życia kontemplacyjnego i przypomina, abym obok wielu obowiązków zawsze walczył o więcej czasu na modlitwę, abym dbał o dystans do tego, co światowe, abym nigdy nie rezygnował z ubogich środków duchowych, jak modlitwa, post, cisza…

Czy powołanie zakonne nie jest właśnie takim odkryciem w sobie wołania duszy o więcej?

Z pewnością tak. Ale chodzi jeszcze o coś innego. Ja w moim powołaniu wielokrotnie doświadczyłem pewnego paradoksu, że w życiu kapłańskim i zakonnym robię dokładnie to, czego wcześniej, tak po ludzku, robić nie chciałem. Bo na przykład marzyłem o pracy w parafii, a skierowano mnie do pracy wychowawczej z młodzieżą, a potem formacyjnej wśród naszych nowicjuszy. Dzięki temu i podobnym przypadkom już wielokrotnie doświadczyłem, że Pan Bóg, prowadząc mnie tam, gdzie On chce, wzbudza o wiele większe owoce mojej posługi.

Ludzie pięknie zwracają się do was i mówią: „ojcze”. Pamięta Ojciec takie momenty ze swej posługi, kiedy to „ojcze” było wyrazem szczególnego powiernictwa i służby?

Ktoś mówił do mnie nawet „tatuśku”. To bardzo zobowiązujące, kiedy ktoś do nas się zwraca w taki sposób, bo daje znak, jak wiele ode mnie oczekuje. Za tym wezwaniem „ojcze” idzie pragnienie nawiązania relacji. A więc powinienem się tak zachować, aby sprostać temu oczekiwaniu w wymiarze duchowym. Dla mnie jest to wezwanie do odpowiedzialności i poświęcenia, bo oznacza, że ktoś we mnie wierzy i oczekuje ode mnie ojcowskiej postawy. Znam człowieka, który był wychowany w domu dziecka. On mi często przypomina: „Niech ojciec pamięta, że jest dla mnie ojcem, którego nie miałem”. Również gdy ktoś cierpiący w szpitalu zwraca się do mnie „ojcze”, muszę być bardzo wrażliwy i cierpliwy na takie wołanie.

Przez wiele lat był Ojciec wychowawcą młodzieży i mistrzem nowicjatu klaretyńskiego. W jaki sposób można dziś pomóc młodym ludziom rozeznać ich życiową drogę? Jak mogą im pomóc rodzice, przyjaciele, duszpasterze?

Pierwszym i podstawowym warunkiem jest normalność i zwykła, serdeczna rozmowa. To podstawa w budowaniu dobrej relacji. Tu trzeba wielkiej cierpliwości, bo na wszystko przyjdzie czas, przecież nie można nikogo przymusić do dobrego. Dlatego wierzę, że Pan Bóg poradzi sobie z nami, On sam wie najlepiej, jak to zrobić. Przecież pamiętam z własnego doświadczenia, że młody człowiek chce jak najwcześniej żyć i pracować na własne konto, i dlatego buntuje się. Trzeba mu wtedy cierpliwie i dobrze towarzyszyć.


wlodzimierz.pietka@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama