GN 31/2020 Archiwum

Każdy ma swoje buty

O odkrywaniu swojego miejsca w misyjnym dziele Kościoła i oazowych rekolekcjach przeżytych w Afryce mówi Teresa Kmieć, siostra Heleny, zamordowanej w 2017 r. podczas wolontariatu w Boliwii.

Agnieszka Gieroba: Jakie miejsce w Pani życiu zajmują misje?

Teresa Kmieć: Ważne. W ostatnie wakacje byłam w Kenii i Tanzanii na rekolekcjach oazowych, które prowadziłam wraz z innymi animatorami z Polski.

Poszła Pani śladami siostry?

Niektórzy mówią: „Teraz ty jedziesz kontynuować dzieło Heleny”. To jednak nie tak. Jej misja była zupełnie inna i moja jest zupełnie inna. Nie chodzi o to, żeby kontynuować to, co zaczęła moja siostra, ale o to, by każdy odkrywał swoje własne miejsce. Nie mogę wejść w jej buty i robić za nią różnych rzeczy. Prawdą jest, że Helena zaangażowała mnie kiedyś w wolontariat salwatoriański i dużo opowiadała o misjach. Szczególnie kiedy wróciła z Zambii, cała nasza rodzina słuchała jej relacji o tym, jak tam było i jakie to ważne. Interesowało mnie to bardzo.

Wtedy postanowiła Pani także wyjechać na misje?

Przychodziło mi to do głowy, ale w moim sercu pierwsze miejsce zajmował od dawna Ruch Światło−Życie. Wyjazdy misyjne kolidowały z oazowymi rekolekcjami, więc misje odkładałam na później. Słyszałam kiedyś, że oaza dociera do różnych krajów na całym świecie, także na misje do Afryki, ale było to dla mnie jakieś odległe i nieosiągalne. Pan Bóg jednak miał dla mnie plan i wiedział, że da się wszystko połączyć. Znalazł na to sposób.

W te wakacje udało się Pani dosięgnąć tego, co wydawało się wcześniej nieosiągalne…

To prawda. W styczniu tego roku znalazłam informację, że diakonia misyjna Ruchu Światło–Życie szuka chętnych, którzy pojechaliby poprowadzić oazę w Afryce. Pomyślałam, że to jest to, na co czekam.

Dlaczego chciała Pani pojechać na misje?

Słuchając opowieści siostry o misjach, byłam zwyczajnie ciekawa, jak to jest doświadczyć samemu tego wszystkiego, o czym się słyszy, czyta. To z jednej strony, ale z drugiej – formacja oazowa, jaką mam za sobą, uwrażliwiła mnie na to, że nie można siedzieć spokojnie, że trzeba świadczyć o Jezusie, na którego czekają ludzie na całym świecie. Wiedziałam, że to jest po prostu potrzebne.

Nie bała się Pani wyjechać na misje po tym, co spotkało siostrę?

Oczywiście, było trochę strachu. Moja siostra zginęła na misjach, o których wszyscy mówili, że są bezpieczne. O wyjeździe na rekolekcje do Kenii i Tanzanii też wszyscy mówili, że to bezpieczna wyprawa, ale doświadczenie naszej rodziny mówiło, że nie do końca tak jest. Poza tym bałam się trochę malarii. Jednak już po paru dniach pobytu na miejscu zdałam sobie sprawę, że to nie jest tak, że malaria czyha na mnie na każdym kroku. Dziś, kiedy ktoś mnie pyta, jak było w Afryce, nie mogę opowiedzieć o żadnych mrożących krew w żyłach historiach. Jedyna nieprzewidywalna sytuacja była taka, że małpa ukradła nam banany, ale to było śmieszne, nie straszne.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama