Nowy numer 08/2020 Archiwum

Okupacyjna wigilia, czyli ryba bez ryby

W 1941 roku mieszkańcy okupowanej Polski otrzymali dodatkowo na święta Bożego Narodzenia 3 jajka, 25 dag sztucznego miodu, pół kilo cukru i 1 kg chleba na osobę.

Jak radziły sobie panie domu z przygotowaniem świąt Bożego Narodzenia w czasach, kiedy w Polsce okupowanej przez Niemców podstawowe artykuły żywnościowe i przemysłowe były reglamentowane? Już w listopadzie 1939 roku w Generalnej Guberni wprowadzono kartki na cukier, później kolejno na chleb, mięso i inną żywność, a także na środki czystości. Przysługujące przydziały nie wystarczały do pokrycia dziennego zapotrzebowania energetycznego – dzienna norma dla dorosłego człowieka wynosi około 2400 kalorii, natomiast przydział kartkowy w 1940 roku w przeliczeniu na kalorie dawał ich ok. 400. Pracujący mieli lepiej, bo ich przydział wynosił ok. 600 kalorii. W Warszawie normy były nieco wyższe, podobnie jak ceny, ale wszędzie jakość kartkowych produktów była niska. Chleb, najważniejszy artykuł pierwszej potrzeby, był gliniasty, czarny, kwaśny i powodował wzdęcia.

Gdyby nie inne, nielegalne i surowo karane przez władze sposoby zdobywania dodatkowych produktów, mieszkańcy miast skazani byliby na śmierć głodową. By tego uniknąć, należało kombinować, czyli zająć się handlem, szmuglem lub samodzielną produkcją żywności. W tej sytuacji, jak wyjaśnia Aleksandra Zapruto-Janicka w swojej opartej na bogatej dokumentacji książce „Okupacja od kuchni”, „zadanie ratowania sytuacji żywieniowej polskich rodzin brały na siebie przede wszystkim kobiety”.

Choinka

W święta mieszkańcom przysługiwały dodatkowe racje żywnościowe, których wysokość corocznie ulegała zmianom. Przykładowo w 1941 roku mieszkańcy otrzymali dodatkowo 3 jajka, 25 dag sztucznego miodu, pół kilo cukru i 1 kg chleba na osobę. Bazując wyłącznie na dodatkowych przydziałach, trudno było jednak przyrządzić tradycyjną wigilijną kolację i świąteczne posiłki. Ale od czego wyobraźnia Polek, które przez całą wojnę musiały robić coś z niczego.

Najpierw należało się zmierzyć z problemem choinki, bo przecież trudno sobie wyobrazić święta bez pachnącego bożonarodzeniowego drzewka. Tyle że normalna, „przedwojenna” choinka dla wielu rodzin była praktycznie niedostępna ze względu na zawrotną cenę. Musimy pamiętać, że robotnik niewykwalifikowany zarabiał wówczas około 150, a urzędnik około 300 złotych. Po comiesięcznych zakupach przydziałowych towarów na kartki, opłaceniu świadczeń, podatków, biletów tramwajowych, itp. rodzina praktycznie nie dysponowała żadnymi nadwyżkami, a przecież nawet byle jaka choinka kosztowała kilkanaście złotych. Jeżeli nie wystarczało na kupno choinki, trzeba było się zadowolić jedliną. Teraz należało choinkę przystroić. Jak? To już zależało od materialnej sytuacji rodziny – najczęściej ozdoby wykonywano własnoręcznie, korzystano też z bombek czy świec choinkowych z przedwojennych zapasów. Oczywiście pod choinką nie mogło zabraknąć prezentów, chociażby skromnych. Najczęściej były to rzeczy praktyczne, które członkom rodziny służyły na co dzień.

Margaryna o smaku świecy

Teraz trzeba było załatwić sprawę zaopatrzenia oficjalnego. Dodatkowe kartki należało zrealizować we właściwym sklepie, do którego przypisani byli mieszkańcy. Po długim staniu w niekończącej się kolejce nie zawsze udawało się kupić wszystkie przydziałowe produkty, wśród których znajdowały się takie rarytasy, jak np. marmolada o wodnistej albo betonowej konsystencji, w skład której wchodziły pasta z buraków i jakieś bliżej nieznane dodatki, chociaż Niemcy twierdzili, że to produkt jakościowo doskonały. Była też margaryna o smaku świecy. Wiele produktów kobiety przygotowywały więc same. Należała do nich ersatz-kawa z cykorii zmieszanej z kawą zbożową, kawa z… marchewki czy żołędzi. Prawdziwa herbata była niedostępna w sklepach przydziałowych, na czarnym rynku osiągała ceny zawrotne, natomiast można było kupić jej syntetyczne zamienniki. Radzono też sobie, stosując różne napary z marchewkowych fusów, kwiatów lipy, liści poziomek, borówek i innych roślin leśnych czy ogrodowych. Najpopularniejszym był napój z jabłkowych obierzyn. Cukier w czasie okupacji stał się towarem luksusowym, zastępowano go czarnorynkową sacharyną i produkowaną domowymi sposobami melasą. Mąkę pszenną zastępowała dyniowa, robiono ją również z bobu, grochu, a nawet z…perzu. Z innymi produktami nie było lepiej. Sytuację ratował szmugiel, którego mieszkanki większych miast podjęły się jako pierwsze i który nasilał się w okresach Bożego Narodzenia i Wielkanocy.

Królował ziemniak

Jednak wielu produktów do przyrządzenia tradycyjnych potraw z wigilijnego menu nie można było dostać. Skoro karp czy szczupak był dla większości rodzin niedostępny ze względu na ceny, które rosły znacząco przed świętami, na stole pojawiały się stynki, czyli rybki długości małego palca. Smażono je w całości, jak karpie, a gotowane stanowiły składnik sałatki ziemniaczanej. Okazało się, że można było też przygotować faszerowaną rybę bez…ryby. Z czego? Z gotowanej soi albo z jajek.

Barszcz można było bez problemu przygotować w domu, nastawiając wcześniej zakwas, by w Wigilię ugotować zupę. Jednak trudno nasycić się wyłącznie barszczem, więc na stołach królował ziemniak w wielu postaciach. Były kartofle na oleju czy kartofle z surową cebulą. Na deser podawano ciastka, w których jaja zastępowano dynią lub proszkiem jajecznym. – Co bardziej przedsiębiorcze gospodynie wypiekały pierniki z marchwią zamiast miodu, kogo zaś nie było stać na nadziewanie strucli makiem, wykorzystywał i w tym przypadku marchew czy też soję, nasyconą wonnym olejkiem. Bakalie i owoce południowe należały do rzadkości i były niedostępne dla ogółu – wspominał wigilijne kolacje Władysław Bartoszewski.

W małych miasteczkach na prowincji łatwiej było o żywność, dlatego też kolacje wigilijne bardziej przypominały te sprzed wojny.

Na Pasterkę

W czasie okupacji zmieniło się nie tylko menu – inne były też wymieniane między sobą życzenia. Zamiast „wesołych” życzono sobie „spokojnych” świąt. Dla Polaków świąteczne menu nie było najważniejsze. Zarówno w Boże Narodzenie, jak i podczas Wielkanocy mogli oderwać się od okupacyjnej codzienności i spędzić czas z rodziną. Kolacja w rodzinnym gronie dodawała ducha. Wigilijny wieczór spędzano na kolędowaniu i rozmowach, które ciągnęły się do samego rana, do chwili, kiedy można było się udać na Pasterkę. Ponieważ Niemcy wprowadzili w kraju godzinę policyjną, a za złamanie zakazu groziły poważne represje, Pasterka odbywała się dopiero w godzinach porannych. •

  • Kutia wigilijna

Składniki: • 25 dag pszenicy w ziarnach • 20 dag maku • cukier lub sacharyna do smaku Pszenicę namoczyć na noc w zimnej wodzie, nazajutrz ugotować. Mak sparzyć na noc, odlać, osuszyć, zemleć na pasztetowym sitku, wymieszać z ugotowaną pszenicą, osłodzić do smaku cukrem, miodem lub chociaż sacharyną.

  • Głucha ryba (zupa o smaku ryby, bez ryby)

Składniki: • 60 dag kartofli • 2 duże cebule • 4 ziarnka pieprzu • 1 nieduży listek • sól do smaku • ewentualnie: szklanka mleka lub 10 dag śmietany Kartofle obrać i pokrajać na ćwiartki. Cebule przekrajane na połówki ugotować w półtora litra wody, z rozgniecionymi (nie utłuczonymi) ziarnkami pieprzu i listkiem. Dodać kartofle, ugotować. Podawać natychmiast po ugotowaniu. Zupa mało się różni w smaku od czystego rosołu rybnego.

  • Suszenina (potrawa wigilijna na 6–8 osób)

Składniki: • 25 dag suszonych owoców (jabłek, gruszek lub śliwek) • parę łyżek cukru • goździki • cynamon • łyżka mąki kartoflanej • sacharyna 25 dag suszonych owoców: jabłek, gruszek, jeśli można i śliwek, umyć starannie i namoczyć na noc w zimnej wodzie z paroma łyżkami cukru. Nazajutrz owoce pokrajać i gotować w tejże wodzie aż zupełnie zmiękną, dodać parę goździków i kawałek cynamonu. Kopiastą łyżkę mąki kartoflanej nalać w zimnej wodzie, wlać do gotujących się owoców, zagotować. Odstawić, aby ostygło. Dosłodzić do smaku sacharyną.

W tekście wykorzystano informacje z książki „Okupacja od kuchni. Kobieca sztuka przetrwania” (wyd. Znak) i wydanego w 1941 roku poradnika Elżbiety Kiewnarskiej „109 potraw”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji