Nowy numer 3/2021 Archiwum

Koloratka i powstańcza opaska

Gdy powstańcy biegną na barykady, oni biegną do rannych i konających. Zamiast strzelać z karabinu lub rzucać butelki z benzyną, przesuwają paciorki różańca. Niemcy będą ich nienawidzić bardziej niż powstańczych żołnierzy. Kapelani powstania warszawskiego.

Nie wiem, czy ktokolwiek potrafi zliczyć książki o powstaniu. Od kilku lat przyglądamy się jego fenomenowi z różnych ujęć. Oglądaliśmy walczącą Warszawę oczami kobiet, a nawet z perspektywy żołnierzy III Rzeszy. Stanisław Zasada w książce „Duch ’44” pokazuje jeszcze jedno spojrzenie – przez pryzmat księży, którzy byli kapelanami powstańców. Autor przedstawił 10 portretów księży i jednego zakonnika, a wybierać miał w czym. Liczbę „duchowej armii” powstania szacuje się na około 150 osób. 100 było wcześniej aktywnymi i zaprzysiężonymi członkami konspiracji. 50 kolejnych dołączyło w trakcie trwania walk. 40 zginęło w sierpniowej Warszawie. Tyle mówią liczby. Zasada w portretowanych sylwetkach kapłanów wychodzi poza usypiającą statystykę i pokazuje osoby z krwi i kości, które mają bardzo różny stosunek do decyzji o wybuchu powstania. Na przykład ks. Wacław Karłowicz na długo przed Godziną „W” twierdził stanowczo: „będzie rzeź”. Gdy rozpoczęły się walki, ruszył tam, gdzie być powinien: pomiędzy ludzi. Tych, którzy walczyli, i tych, którzy leżeli ranni w polowych szpitalach, tkwili przestraszeni w piwnicach, wołali pod gruzami.

Pseudonimy

„Biblia”, „Rybak”, „Andrzej Bobola”. Księżowskie pseudonimy konspiracyjne są nader oczywiste, ale mają w sobie jakiś urok i fantazję. Choć pseudonimy mają ukryć tożsamość, to te wybrane przez księży na ogół potwierdzają jedno: jesteśmy osobami duchownymi. I tu musi paść pytanie: co robi ksiądz w powstaniu? Paradoksalnie – nic nowego. Spowiada, udziela ślubów i ostatniego namaszczenia. Sprawuje Mszę św., prowadzi nabożeństwa, adoruje Najświętszy Sakrament. Chciałoby się rzec: normalne duszpasterstwo w płonącej Warszawie. Pomimo konspiracyjnych pseudonimów tu nic nie dzieje się na niby. Przeciwnie, tu wszystko dzieje się tak, jak zawsze: na śmierć i życie. Dobrym przykładem jest ks. Tadeusz Burzyński, który zginął jako pierwszy z kapelanów powstania warszawskiego, niecałą godzinę po jego wybuchu. Jest właśnie w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu, gdy na ulicy słyszy starzały i wybuchy. Nie zwlekając, zakłada komżę i biegnie ze świętymi olejami do ofiar. Zostaje zastrzelony (jak cztery siostry zakonne, które są z nim) przez niemieckich snajperów, pogardliwie nazywanych przez powstańców „gołębiarzami”. Zatrzymuje mnie ta śmierć, ona jest symboliczna. Księża, siostry i bracia zakonni są osobami cywilnymi, nie żołnierzami. Podobnie jak znak Czerwonego Krzyża lekarzy i sanitariuszy, tak ich chroni habit, sutanna, koloratka. Duchowni chodzą w ubraniach podkreślających ich stan życia, są doskonale widoczni. Każde prawo międzynarodowe gwarantuje im traktowanie z szacunkiem. Tylko nie III Rzesza, tylko nie w sierpniowej Warszawie. Tutaj te prawa nie obowiązywały. Na wieść o powstaniu Hitler wyraził się przerażająco jasno: „Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy”.

Duszpasterska codzienność powstania

Koloratka i powstańcza opaska na czarnej sutannie – ten widok musiał robić wrażenie. Powstańcze pismo „Walka” zapisuje: „Dwa są symbole sierpniowego powstania walczącej Warszawy: biały orzeł na czerwonym tle i ksiądz z biało-czerwoną opaską, który wśród kul i bomb, wśród gryzącego dymu pożarów i trzasków walących się domów spieszy na swój kapłański posterunek”. Ten posterunek zdaje się nie mieć granic, księża są bowiem wszędzie. Zarówno na pierwszej linii walk, jak i na innych frontach bitwy, gdzie toczą się nie mniejsze boje – w szpitalach i w piwnicach, razem z umierającymi. Spowiadają i sprawują sakramenty. Śluby i pogrzeby to zdaje się codzienność duszpasterska księży. W czasie powstania warszawskiego ślub wzięło 256 par, co oznacza, że na każdy dzień walki przypadały cztery śluby. Kapelani powstania dużą wagę przykładali do ważności małżeństwa. Tłumaczyli, że nie może być chwilowym pocieszeniem. Nawoływali do wierności małżeńskiej i ganili tymczasowe „małżeństwa wojenne”. Narzeczonym stającym na ślubnym kobiercu księża stawiali te same wymagania, czyli dostarczenie odpowiednich dokumentów (w miarę możliwości) oraz świadków. To wszystko miało uświadamiać, że pomimo wojny i być może bliskiej śmierci, niewoli lub rozdzielenia, małżeństwo jest ważne. Niejako na drugim biegunie sytuuje się wypowiedź ks. Wacława Karłowicza: „Grzebałem około 40 osób dziennie z mojego szpitala na Długiej”. Duszpasterska codzienność powstania.

Ewangelia w czasie wojny

Po latach ks. Jan Zieja wspominał jedną z Mszy św. odprawianych w czasie powstania: huk artylerii zagłusza słowa, ale liturgię sprawuje się pomimo to. Do Komunii przystępują wszyscy żołnierze. Gdy ksiądz odwraca się, aby pobłogosławić wiernych, nikogo już nie ma. Wszyscy pobiegli walczyć. Ta scenka wiele mówi. Księża starali się sprawować codziennie Msze Święte. Każde bezpieczne miejsce – mieszkania, podwórka kamienic – do tego się nadawało. Zachęcano do życia sakramentalnego. Ganiono też wady powstańców: pijaństwo, niedochowanie wierności małżeńskiej. Upominano, że nie można się zatracić w walce, że nienawiść nie może zwyciężyć i podkreślano, że nie ma miejsca na samosądy. Kapelani powstania musieli odpowiedzieć na wiele trudnych pytań: czy można zażyć truciznę, gdy jest się torturowanym na przesłuchaniu, aby nie wydać innych ludzi działających w konspiracji? Jak przygotować się na własną śmierć? Jak przestać nienawidzić? Odpowiedzi szukano, adorując Najświętszy Sakrament, księża prowadzili nabożeństwa, intonowali litanie… W jakiś sposób duszpasterstwo powstańcze było przedłużeniem walki zbrojnej. Kapłani podtrzymywali na duchu i zwyczajnie nie pozwalali osunąć się żołnierzom i cywilom powstania w ciemność zatracenia. Nie wiem, jak zakończyć opis posługi sakramentalnej kapłanów sierpniowej Warszawy, dlatego odwołam się do dwóch scen opisanych przez Zasadę. Obraz nienawiści: po wzięciu do niewoli ks. Józef Stanek został powieszony na stule kapłańskiej. Obraz ewangeliczny: przebywający wraz z innymi powstańcami w obozie jenieckim ks. Jan Zieja spowiada żołnierzy niemieckich, którzy byli katolikami.

Ciche bohaterstwo

Stanisław Zasada opisał jedną z pięknych kart powstania warszawskiego, którą trudno czytać bez wzruszenia. Podobnych emocji dostarcza opis innych cichych bohaterek walczącej stolicy – sióstr zakonnych. Niedługo po rozpoczęciu walk przeorysza klasztoru benedyktynek sakramentek Janina Byszewska podejmuje niezwykłą decyzję: otwieramy klauzurę. Klasztor znajduje się w śródmiejskim obszarze działań wojennych. Sakramentki, jak je popularnie nazywano, są zakonem klauzurowym, który w Warszawie znalazł się w 1688 r., ufundowany przez królową Marię Kazimierę w podzięce za zwycięstwo pod Wiedniem. Teraz sakramentki otwierają swój klasztor i czynią z niego szpital, stołówkę, miejsce schronienia. Klasztor będzie bombardowany, a Stare Miasto powtarzać będzie: „sakramentki się palą”. Miron Białoszewski w „Pamiętniku z powstania warszawskiego” zapisał przejmująco: „A sakramentki się paliły. I latały w welonach. Białych. I biły świnie i krowy. Codziennie. I rozdawały ludziom. I przyjmowały, i opatrywały u siebie ludzi. Coraz większe gromady. Tysiące. Te sakramentki, które przez ileś set lat, od Marysieńki, śpiewały za kratami i przez kraty przyjmowały komunię, nagle stały się działaczkami, społeczniczkami, bohaterską instytucją, oparciem dla Nowego Miasta”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama