Nowy numer 43/2020 Archiwum

Anioł furty, w cierpieniu komandos

S. Maria Bernadetta, karmelitanka bosa, przez długie lata serdecznie witała na furcie niezliczonych gości wrocławskiego klasztoru. Odeszła do Pana 20 września. Została pochowana na cmentarzu św. Wawrzyńca przy ul. Bujwida.

- Oj, Bernadetko, będzie nam Ciebie brakować! - mówił o. bp Jacek Kiciński, przewodnicząc 24 września Mszy św. pogrzebowej w klasztornej kaplicy.

Wspominał ją jako osobę bardzo pokorną, „apostołkę uśmiechu”, która cicho i wytrwale wypełniała swoje powołanie, czerpiąc siły z rozważania Słowa Bożego i Eucharystii. Miała zawsze wielkie poczucie humoru.

- „Jak się siostra czuje?” - zagadnął ją kiedyś. „Proszę ojca, już te kopyta nie chcą mnie nosić!” - odparła szczerze. - Kochała Jezusa i On jej nie opuścił. Umarła w otoczeniu sióstr, podczas odmawiania Koronki do Bożego Miłosierdzia, w Roku Miłosierdzia. Czy może być piękniejsza śmierć? - pytał.

S. M. Bernadetta, Maria Pela, urodziła się 19 lipca 1927 r. w Nowej Wilejce, 9 km od Wilna, jako najmłodsza z dziewięciorga dzieci.

Jej mama, będąc jeszcze w stanie błogosławionym, ofiarowała swe dziecko Niepokalanej. Odznaczająca się głębokim patriotyzmem rodzina wiele przeszła podczas wojennej zawieruchy. Starszy brat Marii, oficer WP, została zamordowany w Katyniu.

Po wojnie przyszła karmelitanka trafiła do Wrocławia, gdzie pracowała jako księgowa, bardzo ceniona za swą rzetelność.

Pewnego dnia, po śmierci rodziców, udała się do kościoła ojców karmelitów bosych przy ul. Ołbińskiej we Wrocławiu, by się wyspowiadać. Spotkała wówczas o. Jana Chrzciciela Kołaczka, przyszłego wieloletniego spowiednika i serdecznego przyjaciela.

1 marca 1959 r. wstąpiła do wrocławskiego Karmelu jako „siostra zewnętrzna”; tu otrzymała imię s. Maria Bernadetta od Niepokalanego Poczęcia NMP.

Niepełnosprawność fizyczna nie pozwalała jej na wykonywanie wielu prac domowych, pełniła więc przede wszystkim służbę na furcie, stając się - jak zaświadcza wiele osób - niejako jej symbolem.

Mimo słabego wzroku prowadziła dużą część korespondencji klasztornej, starając się - jak wspominają siostry - nigdy nie odkładać jej na później. Sama nauczyła się gry na organach i służyła tą umiejętnością podczas Mszy św. Za każdym razem o lasce wspinając się po stromych schodach na chór muzyczny. Znana była ze swej otwartości i serdeczności wobec ludzi, umiała ich zawsze cierpliwie wysłuchać. Dzięki niej Karmel zyskał wielu wiernych przyjaciół.

Kiedy kilka lat temu znacznie pogorszyło się zdrowie s. M. Bernadetty, a w końcu całkowicie utraciła wzrok, przeniosła się do klauzurowej części klasztoru, gdzie siostry otoczyły ją troskliwą opieką.

Wspominają, że przyjmowała ją z wielką wdzięcznością. Jeśli narzekała, to… na siebie. Wobec cierpienia odznaczała się wielkim pokojem, męstwem i cierpliwością.

Opiekujący się nią od lat lekarz nazwał ją „komandosem”. Wciąż żywo interesowała się sprawami sióstr i przyjaciół, ale także Kościoła i świata. Nie wypuszczała z ręki różańca, który siostry nazwały jej „mieczem”.

W ostatnim okresie życia s. M. Bernadetty, siostry pełniły przy niej nieustanny dyżur modlitewny. Odeszła 20 września ok. 11.15, w 54. roku profesji zakonnej, gdy dwie siostry odmawiały przy niej Koronkę do Bożego Miłosierdzia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama